70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Bagatela

Nie pamiętam, kiedy zobaczyłem ich po raz pierwszy. Może parę tygodni temu, w każdym razie pod krakowską Bagatelą, bo – chcąc nie chcąc – często tędy przechodzę. To właśnie tu, w te dni zimnych wiatrów ogarnął mnie po raz pierwszy w życiu irracjonalny, a może właśnie całkiem racjonalny strach przed anonimowością tutejszego tłumu. Sunąłem między nimi w kierunku filharmonii jak pobite dziecko, które wie, że przyznanie się do roli ofiary pogrzebie wszystko do reszty.

Dla pozoru jedynie trzymałem ręce w kieszeni i nie zwalniałem kroku, obrzucając ich białe twarze ciętym spojrzeniem. Gdzieś na Plantach to ustępowało, opuszczało mnie, ale dalej siedziała we mnie obawa, że zostałem już dawno wypchnięty poza bramę rzeczywistości, że drzwi do uczelni będą zatrzaśnięte, gdy to ja pociągnę za klamkę, lecz inni będą bezustannie wchodzić i wychodzić; że sekretarka w redakcji „Tygodnika Powszechnego” na moją kolejną prośbę o wygrzebanie archiwalnego numeru ordynarnie każe mi się wynosić, kanar wyrzuci mnie z autobusu za posiadanie biletu, policja aresztuje za zatrzymanie się przed znakiem stop, a ekspedientka w piekarni Awitex na prośbę o jedną jedyną kajzerkę oznajmi czule: „won”. Tak, lęk społeczny – trzy dychy z groszami na karku, dwa metry żywej masy. Dlatego nigdy bym się nie zatrzymał, bo to oznaczałoby dla mnie próbę nie do przejścia, ale właśnie wtedy ujrzałem ich po raz pierwszy. Stali po przeciwnej stronie, pod zielonym bankiem z twarzą Fronczewskiego. Stary – tuż przy bankomacie, młody – trochę dalej, na rogu Karmelickiej i Podwala, pod jasną piaskową arkadą. Gdy widok ten powtarzał się z dnia na dzień, w końcu przeszedłem na drugą stronę ulicy, kupując w kiosku dla niepoznaki paczkę czerwonych guluazów. Wtedy zrozumiałem, że to jednak trójkąt, że w całą sprawę wplątany jest jeszcze ponury ochroniarz z krogulczym nosem, w czarnym mundurze, oparty zwykle w bramie o mury zmurszałej oficyny i nakryty przez to pocętkowanym przez światło mrokiem.Niebieskie, a może błękitne czy nawet morskie, rozcieńczone, a przez to szklące się oczy i spojrzenie, które zdradza zawód światem, ale i gotowość wybaczenia mu wszelkich zdrad. Z nimi mam największy problem, z tymi starymi dziadami o jezusowym spojrzeniu, byłymi intelektualistami, pieprzyć tam intelektualistów – zwyczajnie oddanymi ludźmi z wrodzoną uważnością świata, którym świat podarował w jesiennej promocji podziurawioną kapę i wełnianą czapkę, by lepiej radzili sobie jako bezdomni. On, grzebiąc w odpadach mieszkańców dzielnicy El Dorado, nie miał już oporów, bo wędrując dniami i nocami tyle kilometrów po głuchym mieście, można zgubić nawet poczucie estetyki. Zawsze o tej samej porze grzebał w koszu koło bankomatu z tą samą precyzją i poświęceniem, jakby dopieszczał ostatni fragment urbanistycznego planu. Pół banana, piętka bagietki, ogryzek jabłka, dwie frytki: był wdzięczny tym, którzy już dawno stracili poczucie czasu i gonili echa swych ajfonów, bezimiennym idiotom, którym dzwoniły smartblety – błogosławieni ci, którym coś piszczy i wibruje w kieszeni, każe się zerwać i wyrzucić do kosza kęs baraniego kebaba. Sytuacja ta, jak zacząłem zauważać, powtarzała się codziennie: on w skupieniu selekcjonujący nowe dostawy w koszu i ochroniarz przeganiający go stamtąd z niesłabnącym zapamiętaniem. Błękitne spojrzenie starego stawało się jedynym punktem odniesienia dla znużonego security, jasnym sygnałem, że minęło pół dniówki wypełnionej senną bezczynnością i markowaniem zarobienia, i od teraz będzie już tylko z górki. Myślę sobie, że to wszystko wezbrało w młodym wtedy, gdy ochroniarz z dnia na dzień stawał się coraz bardziej agresywny i opryskliwy, zaczął na starego krzyczeć i ciężko go rugać.

Tego dnia stary zachowywał się jednak bardziej nerwowo niż zwykle. Jakby niezdarnie udawał samego siebie. Jego dłoń musiała penetrować kosz w sposób nieskoordynowany i gwałtowny, bo butelki wewnątrz co chwilę dzwoniły o metalową obudowę, robił to coraz szybciej i gorączkowo, jakby łowił dłonią z klozetu dopiero co upuszczony złoty pierścień, drżączka nasilała się, w powietrze frunęły aluminiowe sreberka i nylonowe torebki, zdrapki i nalepki, ulotki szkół językowych i tekturki z musztardą, kosz zaczął kołysać się, aż obrócił się dnem do góry i pod nogi wysypały mu się całe ludzkie rzygowiny. Ochroniarz ryczał. Wtedy usłyszałem po raz pierwszy starego. Krzyczał, lecz z jego ust wydobywał się tylko wibrujący szept: „Co pan sobie wyobraża?”, „Jak pan śmie?”, „Jak pan się do mnie zwraca?”. Cały się trząsł. Zostawił za sobą poczucie estetyki, ale na pewno nie stare językowe maniery, które dopadały go w najciemniejszych zaułkach tego straconego miasta, nie pozwalając zapomnieć o wszystkim.

Młody krążył wokół nich jak najęta ćma. Zawsze wyglądał tak samo. Skórzana krótka kurtka, jak te od gaździn spod Gubałówki, jasne dżinsy, zwykłe: ani za wąskie, ani za szerokie, skórzane buty, najczęściej w beżowym kaszkiecie. Kawał młodego chłopa, wyglądał wśród tych przebierańców, wśród tej nakrapianej, zniewieściałej młodzieży jak wypłowiały rebeliant na ostatnim szańcu męskiego świata. Palił, i to tam gdzie nie wolno, więc często podchodzili do niego ci sami policjanci. Gasił przy nich posłusznie kiepa pod nogami, przygniatając go zawsze jednym zdecydowanym ruchem prawego obcasa. Gdy odchodzili, odpalał nowego. Palił i udawał – że patrzy gdzie indziej, że na coś czeka, udawał, bo dla mnie było już jasne, że stoi tam w zupełnie innym celu. Stary chyba też się zorientował, ponieważ coraz częściej łypał na niego wzrokiem z jakimś szczerym, dziecięcym zaciekawieniem. Jak młody pies, który w reakcji na dziwny dźwięk pociesznie kręci głową. Stary chudł z dnia na dzień, bo ochroniarz od ostatniego wypadku nie pozwalał mu nawet podejść do kosza, a w mieście polskich królów i angielskich lumpów ludzie śpieszyli się najbardziej pod Bagatelą, i tam zostawiali mu najwięcej resztek. Zresztą może stary zgubił poczucie estetyki i wstydu jedynie wobec tego miejsca, a inne kosze omijał jak łożyska plag i zboczenia.

Tego dnia od razu przeszedłem na drugą stronę, czułem, że coś się święci. Stary podszedł, może nawet podbiegł do kosza. Podbechtany goryl wystrzelił z sieni jak z katapulty, chwycił starego za poły płaszcza i uderzył nim o słup. Stary rąbnął o ziemię i jego głowa zatrzymała się o piędź od torów. Tramwaj dzwonił i piszczał jak Rakieta Stephensona, lecz zatrzymał się dopiero parę metrów dalej. Motorniczy wyskoczył, zmarszczył nos i podparł ręce na biodrach, bo w tej chwili młody, dogasiwszy papierosa prawym obcasem, ruszył już w amoku przed siebie i kropnął na pełnej potężnym prawym sierpowym ochroniarza, który wleciał na kosz i gruchnął ogłuszony o ziemię po jego drugiej stronie. Ruszał tylko lewym butem. Nakrapiane towarzystwo pod Bagatelą zamarło. Ich głowy wyglądały w te dni białych wiatrów jak umączone kulki ciasta, które tylko udają żywe twarze. Może wydawało im się, że to jakiś kolejny performance drogiego teatru. A może po prostu nigdy, poza filmami i jutub, nie widzieli, jak mężczyzna leje mężczyznę w pysk. Stary podnosił się ogłuszony i szukał wzrokiem sprawcy. Młody chciał to zrobić. Wystrzelił w powietrze dogasającego papierosa wskazującym palcem, ruszył w kierunku starego, wokół którego jaśniał krąg pustki, i wyglądał tak, jakby pomyślał dokładnie to samo co ja, a to zawsze oznacza staranne wyobrażenie scen, które zwykle nie następują: „Otrzepię starego, wezmę go pod ramię i powiem: – Zostaw tego czarnego dupka. Chodź, kupię ci zupę, powiedzmy, że dziś jest Boże Narodzenie – a nasze czarne sylwetki będą tonąć w jasnej zieleni Plant. Jest przecież wiosna i ziemia buja się w słońcu”. Ruszył w jego stronę, przyśpieszył kroku i kiedy już byłem pewny, że schyla się, by go podnieść, odbił w prawo, nasuwając niżej na czoło kaszkiet z miną, jakby wypełniło go to mętne, ale palące uczucie, pojawiające się chwilę po tym, gdy na prośbę żebraka o drobne odpowiedzieliśmy „nie mam”, niosąc w kieszeni ich pękaty trzos, którego gdzieś w końcu mieliśmy się pozbyć. Ale i tak, gdy nie obracając się, znikał za rogiem Garbarskiej, była późna wiosna, tyle że to słońce bujało się w ziemi.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata