70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Majdan Ukraińcom się wydarzył

Okazało się, że Ukraina stale i zapewne w sposób nieunikniony dryfuje na Zachód. Nie można już tego zatrzymać. Nie chodzi tylko o „miękką siłę” Unii, która jest miejscem atrakcyjniejszym do życia, lecz o wartości.

Co kijowski Majdan powiedział nam o Ukrainie?

Przede wszystkim udowodnił, że ukraińskie społeczeństwo nie jest pogrążone w apatii. To bardzo ważne. Od czasów pomarańczowej rewolucji w 2004 r. w społeczeństwie rosły frustracja i rozczarowanie zarówno polityką, jak i samymi politykami. Na tyle duże, że na znak protestu przestano chodzić na wybory. W 2010 r. Wiktor Janukowycz został prezydentem, bo ludzie nie poszli głosować. Julia Tymoszenko dostała w tych wyborach o dwa mln głosów mniej niż Wiktor Juszczenko w 2005 r. A na Janukowycza zagłosowało w sumie o jakieś 400 tys. mniej osób. Zaczęto więc mówić, że ukraińskie społeczeństwo popada w apatię. I nagle okazało się, że jest ono żywe, chce zabierać głos. Dotyczy to przede wszystkim młodego pokolenia. To ono rozpoczęło tę rewolucję.

Ważną rolę w tych protestach odegrała także władza. Swoim aroganckim, a później brutalnym zachowaniem sprowokowała sprzeciw. Rosło społeczne rozczarowanie, władza dławiła biznes i tłumiła rozwój. Ludzie po prostu mieli dość.

I wyszli na ulice. To bunt obywatelski?

Tak! Ten Majdan zaczął się od dołu. Ludzie, którzy przez ostatnie lata na całej Ukrainie protestowali w jakichś drobnych lokalnych sprawach, teraz zupełnie nieoczekiwanie zebrali się, wyszli na ulice i powiedzieli: „dość!”.

Było to wołanie o Europę, bunt przeciwko decyzji o niepodpisywaniu umowy stowarzyszeniowej z Unią. Ale czy był to tylko pretekst?

Umowa stowarzyszeniowa stała się dla Ukrainy symbolem. Dawała nadzieję – ostatnią, że uda się zmusić rząd Wiktora Janukowycza do konstruktywnych działań. Nikt nie wierzył, że rządzący przestaną nagle kraść i nie będą już kłamać. Jednak wydawało się, że będą to robili mniej ostentacyjnie. Podpisanie umowy stowarzyszeniowej miało stanowić dowód, że coś na Ukrainie się zmienia.

Z punktu widzenia zwykłego Ukraińca umowa była prostym komunikatem: ukraiński rząd zobowiązuje się, że nie będzie już tak bezczelnie oszukiwać. Unia Europejska zaś ma dopilnować tego przyrzeczenia i wspierać ukraińskie społeczeństwo w bacznym przyglądaniu się władzy. Umowa miała dać także nadzieję na pokojową zmianę rządu w przyszłości. Nagle tego wszystkiego nas pozbawiono, więc ludzie się zbuntowali. Nie było innego wyjścia.

Okazało się, że Ukraina stale i zapewne w sposób nieunikniony dryfuje na Zachód. Nie można już tego zatrzymać. Nie chodzi tylko o „miękką siłę” Unii, która jest miejscem atrakcyjniejszym do życia, lecz o wartości.

Naprawdę nie uda się zatrzymać tego procesu?

Nie, decydujące znaczenie ma demografia. Istnieje ogromna korelacja między młodym wiekiem a orientacją proeuropejską. Nawet gdyby Janukowycz się uparł, a z nim cała elita polityczna, to i tak za 5 czy 10 lat można się spodziewać ponownego wybuchu niezadowolenia.

Czym różni się Majdan 2013 od Majdanu 2004?

Ktokolwiek porównuje Majdan 2013 z tym przed dziewięciu laty, widzi niedociągnięcia. Gorsza jest organizacja. Trudniej zapewnić dyscyplinę i bezpieczeństwo. Trzeba jednak pamiętać, że w 2004 r. było zdecydowanie łatwiej. Opozycja spodziewała się fałszerstw wyborczych, więc protest można było przygotować. A ten Majdan Ukraińcom się wydarzył. To było całkowite zaskoczenie. Również dla opozycji, która do dzisiaj chyba nie bardzo wie, co z nim zrobić. Kim byli ludzie, którzy ten Majdan zaczęli? Kto był gospodarzem na tym placu? Młodzież i studenci. Społeczeństwo obywatelskie w najczystszej postaci. To był protest zupełnie niepolityczny. Protestujący mocno podkreślali swój dystans do polityki. Chodziło im o Unię, o stowarzyszenie. Żadnego partyjniactwa.

W pewnym momencie doszło jednak do połączenia dwóch Majdanów – politycznego i obywatelskiego. Ten sojusz jest niejako wymuszony. Bo kiedy chce się przeciwstawić autorytarnej władzy, to potrzebna jest jedność. Ktoś również doszedł do wniosku, że nie da się przeprowadzić politycznych zmian przez niepolityczne hasła. One mogą pięknie brzmieć, jak: Occupy Wall Street. Ktoś jednak musi powiedzieć, co dalej…

Tych młodych ludzi charakteryzuje bardzo duża nieufność do polityków i polityki, nie tylko tych z szeregów władzy, ale również do opozycji.

To prawda. Ja ich rozumiem, bo ukraińscy politycy przez ostatnie lata się skompromitowali. Dzisiaj także nie pokazują się z najlepszej strony. Nie ma jednak alternatywy. Jeśli chcemy zmian, to potrzebni są ludzie, którzy je przeprowadzą i wezmą za nie odpowiedzialność. Jeśli nie podobają nam się partie, które mamy, to trzeba stworzyć inne. Nie da się przeprowadzić zmian, wyłącznie wykrzykując piękne hasła.

A czy młodzi ludzie – z których wielu zna Pan osobiście – są w stanie zrobić krok w kierunku polityki? Wejście w politykę oznacza wzięcie odpowiedzialności za to, co się dzieje. Czy oni są na to gotowi?

Myślę, że tak. Choć nie ma jeszcze takiej potrzeby. Pamiętajmy też, że przywódcy często pojawiają się zupełnie nieoczekiwanie. I raczej takiego scenariusza się spodziewam. Jednak póki co ukraińskie społeczeństwo ma resztki zaufania do opozycji, szczególnie do Witalija Kliczki. To czas ostatniej szansy dla polityków.

A władza, co ona wie o Majdanie?

Nie wiem, na ile Janukowycz rozumie sytuację. On pamięta rok 2004. Dzisiaj sytuacja jest zupełnie inna. Wówczas Majdan był kontynuacją kampanii wyborczej. Urzędującemu prezydentowi kończyła się kadencja. Było więc oczywiste, że Majdan musi się jakoś zakończyć. Dla Leonida Kuczmy nie było zresztą najważniejsze, czy wybory wygra Juszczenko czy Janukowycz, lecz zapewnienie sobie bezpiecznej emerytury. Janukowycz ją obiecał. A od Juszczenki musiał ją wynegocjować. I to mu się też udało.

Janukowycz może wykorzystywać słabsze przygotowanie obecnych protestów. Władza jest też bardziej agresywna niż wtedy. W szeregach opozycji zaś jest więcej radykałów. Również takich, którzy znaleźli się tam na polecenie władzy. Stąd na ulicach dochodzi do aktów przemocy i jest bardziej niebezpieczne.

A sam prezydent?

Wiktor Janukowycz ma pełną legitymację – wygrał wybory w 2010 r. Ulega także iluzji, że sprawuje kontrolę nad resortami siłowymi. Jego perspektywa jest prosta: „Jestem legalnie wybranym prezydentem. Moja kadencja upływa w 2015 r. Mam w swoich rękach wojsko, policję. Dlaczego mam ustąpić?”. Tym bardziej że cała kultura polityczna, w której został wychowany, nie uznaje kompromisu. Dla władzy kompromis jest oznaką słabości. Rację ma ten, kto pierwszy naciśnie spust. Nie ma negocjacji. Kto negocjuje, ten ginie.

Obawiam się, że trwając w takiej iluzji, Janukowycz może popełnić bardzo poważne błędy. Zwłaszcza że niektórzy na to liczą. To nie tylko ludzie głupi, ale również przebiegli, pracujący dla Rosji. Przez wiele lat Moskwa infiltrowała środowiska ukraińskiej władzy i ma na nie wpływ. Nie wiem zatem, na ile sam Janukowycz kontroluje sytuację. Ostatnio Wiktor Juszczenko mówił, że odnosi wrażenie, iż Janukowycz nie wie, co tak naprawdę się dzieje. Jakby kreowano specjalnie dla niego pewien nieprawdziwy obraz sytuacji. Trzeba pamiętać, że Janukowycz jest człowiekiem w pełni zdanym na swoich współpracowników. Nie ma innych źródeł wiedzy. Nie używa nawet Internetu, do czego zresztą publicznie się przyznał.

Dlatego tak ważna jest reakcja międzynarodowa. I choć dla Janukowycza te sygnały nie muszą być aż tak istotne, to dla jego syna czy dla dzieci premiera Azarowa, którzy w Europie gromadzą swoje majątki, reakcja Unii może być bardzo bolesna.

Dobrze wiem, że Unia jest tworem amorficznym. Poszczególne kraje mają swoje interesy i poddawane są presji różnych lobby, także rosyjskiego. Jednak byłoby bardzo dobrze, gdyby Unia wysłała nawet drobny, ale czytelny sygnał, np. objęła zakazem wjazdu Witalija Zacharczenkę, szefa MSW, który jest odpowiedzialny za pobicie pokojowych demonstrantów. To by wystarczyło. To jest język, który władza rozumie. Język siły. Prędzej jednak spodziewam się takiego sygnału ze strony USA. Już teraz Amerykanie działają bardziej stanowczo niż Europa.

A na czym polega fenomen Witalija Kliczki? Dlaczego właśnie on jest odbierany jako wiarygodny polityk?

Bo to polityk-niepolityk. Trochę podobny do Wiktora Juszczenki. Obaj wywodzą się spoza świata polityki. Jeden był technokratą, kierował Narodowym Bankiem Ukrainy, nigdy nie należał do świata polityki. Drugi był bokserem. Obaj to ludzie sukcesu. Juszczenko, jak się uważa, stworzył hrywnę, czyli narodową walutę. A Kliczko osiągnął wielki sukces sportowy i finansowy. Na obu też nie ciążyły zarzuty o korupcję. Te trzy cechy są niezwykle ważne dla ukraińskiego społeczeństwa. Na Ukrainie panuje niechęć do polityki, a towarzyszy jej wielka potrzeba odniesienia sukcesu.

Zarówno Juszczenko, jak i Kliczko są ludźmi, którzy prezentowali dość umiarkowaną linię ideologiczną, co jest niezwykle ważne w bardzo głęboko i boleśnie podzielonej Ukrainie. Oczywiście przyszedł moment, gdy Juszczenko dał się ubrać w szaty nacjonalisty, choć prywatnie jest dość umiarkowany. Niestety, nie miał talentów reformatorskich ani szczęścia do współpracowników. Odnoszę wrażenie, że z Kliczką jest podobnie. Nie widzę wokół niego zbyt wielu mądrych ludzi. Może jest lepiej niż w przypadku Juszczenki. To jednak trochę za mało.

A co można powiedzieć o tych, których nie ma na Majdanie? Dlaczego oni nie protestują, czemu nie tworzą anty-Majdanu?

Władza podejmuje jakieś próby mobilizacji swojego elektoratu. Jednak efekty są dość komiczne. Badania socjologiczne pokazują, że Ukraina jest podzielona na pół – połowa chce do Unii Europejskiej, a połowa chce unii z Rosją. Chociaż czasami mówi się o tym, że poparcie dla UE jest większe, bo za integracją z Unią opowiada się więcej osób, gdy jednak postawimy pytanie o wybór – albo UE, albo unia z Rosją, to wynik jest pół na pół.

Ta część społeczeństwa, która siedzi w domach, to homo sovieticus. To nie jest społeczeństwo obywatelskie, lecz poddani, którzy zgadzają się z władzą. Nie mają inicjatywy. Nie są gotowi do podjęcia walki o cokolwiek. Może z wyjątkiem niektórych radykalnych środowisk na Krymie. Oni nie chcą stać na Majdanie ani na anty-Majdanie w imię jakichkolwiek wartości. Ich postrzeganie jest bardzo proste – każda władza pochodzi od Boga. I tyle. Nie mają też zaufania do partii proeuropejskich, bo nie ufają Unii. Im się wydaje, że Europa oznacza pedofilię, małżeństwa gejowskie etc. Czerpią informacje z rosyjskich mediów. A tam nieustannie kreowana jest wizja Eurosodomii (tak w rosyjskich mediach mówi się o Unii Europejskiej). Bardzo wiele osób bierze tę opowieść za dobrą monetę.

Natomiast narracja proeuropejska pozostaje w absolutnej sprzeczności z całym ich życiem, z tym wszystkim, w czym byli wychowywani. Nagle pojawia się wątpliwość – czy naprawdę II wojna światowa to była Wielka Wojna Ojczyźniana? Po co budowaliśmy wielką wspólnotę narodów słowiańskich, za którą oddawaliśmy życie? Po co było to wszystko, skoro mamy wchodzić w sojusze z Amerykanami? Rozumiem ten tok myślenia, bo oni muszą niejako zaprzeczyć całemu swojemu życiu.

To wszystko sprawia, że władza ma bierne poparcie. Jeśli rządzący powiedzą, że trzeba iść, to pójdą. Ale stać przez całą noc i marznąć na placu? To już zbyt wiele. Dramat polega na tym, że gdyby Janukowycz miał trochę odwagi i rozsądku, to mógłby doprowadzić do wielkiej zmiany sposobu myślenia tych ludzi. Mógłby być tym politykiem, który wprowadzi Ukrainę do NATO i Unii Europejskiej, bo jest odbierany przez tych ludzi jako „swój”.

On też, w odróżnieniu od poprzedników, wprowadził wiele zmian prawnych i instytucjonalnych niezbędnych dla integracji Ukrainy z UE.

Inaczej to oceniam. Najważniejsze ustawy utknęły w parlamencie. Od początku zresztą był to proces pozorowany. Reforma prokuratury, kodeks wyborczy – zmiany te istnieją tylko na papierze. I tak pozostanie. Była już sytuacja, że pod naciskiem Międzynarodowego Funduszu Walutowego ukraińskie władze przyjęły bardzo dobre rozwiązania prawne, które szybko zostały zneutralizowane. Myślę, że w przypadku Unii strategia działania jest bardzo podobna.

Ciągle przywoływany jest Pana tekst o dwóch Ukrainach. Czy obecne wydarzenia pogłębią ukraińskie podziały?

Raczej nie, ponieważ obecny protest nie ma charakteru politycznego, chociaż polityczną narrację próbuje się narzucić tym wydarzeniom. Póki co, bez rezultatu. Ludzie na Majdanie domagają się integracji z Unią Europejską. Mimo wszystkich zastrzeżeń nie są to hasła, które mogą pogłębić podziały. Tym bardziej że, paradoksalnie, prezydent i jego rząd oficjalnie popierają integrację z UE.

Ukraińskie podziały powstały wcześniej. Kampania wyborcza w latach 2002–2004 została sztucznie zetnicyzowana przez władzę, a opozycja dała sobie narzucić taką narrację. Władza pokazywała Juszczenkę jako faszystę banderowaca. Z kolei opozycja mówiła o mafii w kategoriach narodowo-regionalnych. Każdy wiedział, że chodzi o donieckich agentów, którzy pracują dla moskiewskich mocodawców. Od tamtego momentu ten podział stał się bardzo etniczny.

Dzisiaj na tym podziale zbijany jest polityczny kapitał. Ostatnio władza prowadzi antynazistowską kampanię, przedstawiając mieszkańców zachodniej Ukrainy jako faszystów. Pokazuje się radykałów i na ich przykładzie maluje się obraz całej zbiorowości.

Chciałbym jednak wyraźnie podkreślić: poczynając od 2004 r., każda władza zrobiła wiele dla etnicyzacji podziałów na Ukrainie. Wcześniej Kuczma tego nie robił – ani w 1994 r., kiedy wygrywał z Leonidem Krawczukiem (poprzednim prezydentem), ani w 1999 r., gdy walczył z Petrem Symonenką (przywódcą ukraińskich komunistów). Oczywiście walka była zacięta i nierzadko prowadzono brudną kampanię wyborczą, ale nikt nie odważył się nazwać swojego konkurenta nazistą czy moskiewskim pachołkiem. Trudno będzie teraz wyciszyć tak rozbudzone etniczne emocje.

Dlatego też idea integracji z Unią Europejską jest lepsza, bo nie ma zabarwienia partyjnego. Próbuje się oczywiście wprowadzić podział na władzę (antyunijna)i opozycję (prounijna). Ale jestem przekonany, że Europa może nas połączyć. To jest konstruktywny projekt.

Tylko czy Ukraińcy nie idealizują Unii?

Nie mam złudzeń co do Unii. Ukraińcy też ich nie mają. Nikt nie oczekuje, że stowarzyszenie, czy nawet członkostwo, od razu coś zmieni. Jednak dla bardzo wielu osób Unia to obietnica zmiany. Mają bowiem poczucie, że Ukraina znalazła się w sytuacji bez wyjścia. A Unia daje nadzieję, że można to wszystko jeszcze odwrócić. Zmienić paradygmat funkcjonowania państwa, który obowiązuje od dwóch dekad. Wraz ze stowarzyszeniem pojawiło się narzędzie, które nam w tym pomoże.

Jest taka scena we Wściekłych psach Quentina Tarantino – bohaterowie, stojąc w kole, trzymają się na muszce. Nikt nie może odłożyć rewolweru, bo zginie. Jest tylko jedno wyjście z tej sytuacji. Do pokoju musi wejść ktoś, kto ma większą broń i powie: „Chłopcy! Zabawa się skończyła. Zaczynamy nową grę według zupełnie innych zasad”. Właśnie to wydarzyło się na Bałkanach. Unia zagroziła, że nie da pieniędzy, i zapanował tam pokój. Unia ma środki nacisku. To jest czynnik, który może pomóc zatrzymać zachłanność ukraińskich elit i jednocześnie być wsparciem dla społeczeństwa i umożliwić mu kontrolowanie władzy.

Zgadzam się z tym, że Ukraińcy sami muszą dokonać wyboru. Jednak w sytuacji podziału społeczeństwa na dwie połowy nie jest to takie proste. Dlatego jestem przekonany, że każde działanie Europy ma sens. Zwłaszcza że Rosja jest na Ukrainie bardzo aktywna. Potrzebna jest zatem równowaga z drugiej strony.

Nie można jednak oprzeć się wrażeniu, że Ukraina zachowuje się jak panna do wzięcia – zgodzę się na tego, kto da więcej.

Nie sądzę, by tak myślała większość Ukraińców. To raczej problem elit. One są przekonane, że Ukraina jest tak ważna, iż wszyscy bez wyjątku będą o nią zabiegać. I podbijają cenę. To droga donikąd. Odnoszę wrażenie, że powoli uświadamiają sobie to także nasi politycy.

Warto pamiętać, że środowisko władzy nie jest homogeniczne. Wewnątrz niego dochodzi do podziałów. Widzę to bardzo wyraźnie. Są różne plany, różne grupy. Wielkim zaskoczeniem jest to, w jaki sposób media należące do oligarchów relacjonują wydarzenia na Majdanie. Relacje z Kijowa są bardzo obiektywne. Jeśli porównamy to z rokiem 2004, kiedy media były pełne chamskiej propagandy, to widzimy zmianę, jaka zaszła na Ukrainie. I myślę, że nie jest to ostatnia zmiana..


MYKOŁA RIABCZUK – krytyk literacki, eseista i publicysta, poeta, wiceprezes Ukraińskiego Pen Clubu, współpracownik Centrum Studiów Europejskich Uniwersytetu Akademia Kijowsko-Mohylańska oraz Studium Europy Wschodniej UW. Był zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „Wseswit” oraz szefem działu krytyki czasopisma „Suczasnist”. Współzałożyciel kijowskiego miesięcznika „Krytyka”. W Polsce ukazały się przekłady jego książek: Od Małorosji do Ukrainy (2002), Dwie Ukrainy (2004), Ogród Metternicha (2010). Laureat nagrody POLKUL Foundation za działanie na rzecz dobrych stosunków ukraińsko-polskich, a także laureat polsko- -ukraińskiej Nagrody Pojednania

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata