70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

W oczekiwaniu na najgorsze

Doszliśmy do punktu, w którym wszyscy mają poczucie kryzysu, a nikt nie dysponuje zdecydowaną ideologią, w którą mógłby uwierzyć i posłużyć się nią jako skuteczną bronią do osiągnięcia własnych celów. W dawnych czasach w sytuacji takiego kryzysu, jaki jest dziś w Europie, już dawno wybuchłaby wojna albo rewolucja.

Od 2010 r. jesteśmy świadkami wielu wystąpień o charakterze ideologicznym, nieraz spektakularnych, jak zamieszki przy okazji Święta Niepodległości 11 listopada, nieraz barwnych, jak liczne pochody pod sztandarami socjalizmu lub nacjonalizmu, nieraz znów śmieszno-strasznych, jak choćby lutowa manifestacja narodowców przed wykładem prof. Magdaleny Środy. Czy Pańskim zdaniem tego typu wydarzenia, odwoływanie się do różnego rodzaju tradycyjnych ideologii politycznych, rzeczywiście mogą dziś mobilizować obywateli do działania politycznego?
Skoro mobilizują, to mogą, tyle że w każdym z wymienionych przypadków musimy wyróżnić odmienne płaszczyzny. Tradycyjne podziały czy ideologie to jest jedno, to, z czym mamy do czynienia w Polsce od 2–3 lat, to drugie.Dla mnie wspomniane przez Pana wydarzenia, np. to, co się wydarzyło niedawno na Uniwersytecie Warszawskim czy 11 listopada kilkanaście miesięcy temu, gdy doszło do zamieszek, które wszystkimi wstrząsnęły, to są wydarzenia niepokojące, złe, samonapędzające się. Niepokoją zaś dlatego, że wszyscy mają wrażenie, iż będzie coraz gorzej; pojawia się poczucie, że następuje jakaś eskalacja przemocy, najpierw symbolicznej, a potem fizycznej. Ona ma różne przyczyny, a ideologie stanowią tylko jedną z nich. Na płaszczyźnie politycznej to problem wejścia do debaty publicznej pewnego rodzaju ekstremizmu. To, co do tej pory należało do subkultur, czy to lewackich, czy prawackich (nie mylić z prawicą i lewicą), a z czym już kiedyś mieliśmy do czynienia – skini z antyfaszystami bili się na ulicach polskich miast wielokrotnie i wcześniej – zawsze było zamknięte w granicach jakiegoś marginesu. Dziś ten konflikt przesunął się do centrum, stał się częścią mainstreamu, życia politycznego.

Co powoduje, że ideologiczne ekstrema znajdują miejsce w głównym nurcie debaty politycznej?
Wydaje się, że ekstremizmy, które pojawiają się zarówno na lewicy, jak i prawicy, są charakterystyczne dla krajów, w których demokracja liberalna albo nie istnieje, albo przeżywa kryzys. Wówczas to młodzież w warunkach takiej skryzysowanej – jeśli można tak powiedzieć – demokracji sięga po erzace zaangażowania politycznego, które wykraczają poza to, co wydaje się młodzieży fasadą. Można walczyć np. z Żydami, którzy są prawdziwą siłą kryjącą się za tą fasadą, można też walczyć z systemem choćby poprzez różnego rodzaju akty przemocy symbolicznej, np. oblewanie farbą starych zabytkowych kamienic w centrum Warszawy, atakując firmy, które kojarzą się z luksusem i konsumpcją. Te rzeczy zawsze istniały, to co się zmieniło i co może budzić obawę, to że one stają się przedmiotem debat politycznych i intelektualnych.

Pańskim zdaniem ten typ ideologiczności nie ma większego znaczenia, jest jedynie swego rodzaju powierzchnią, pod którą kryje się istota tego, czym jest polityka? A politycy – jak choćby Palikot, ale także Tusk – zręcznie tylko instrumentalizują te spory?
Palikot jest doskonałym wcieleniem instrumentalnego polityka. Tyle że to jest jeszcze inny przykład, bo on żongluje nowoczesnymi ideologiami po to, by osiągać swoje cele polityczne, natomiast z drugiej strony jest ruch narodowy, który odwołuje się do ONR-u, co w polskich warunkach jest nie tylko horrendalne, ale po prostu dziwaczne. To tak jakby ktoś reaktywował młodzieżówkę Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy w Rzeszowie. Chociaż jest coś zastanawiającego w tym, że prawica, której szefuje dziś Jarosław Kaczyński, jednak flirtowała z tym ruchem. To o tyle zaskakujące, że Kaczyńscy to żoliborscy inteligenci, wychowani w etosie, w którym jakiekolwiek afiliacje z ONR-em są czymś zupełnie niezrozumiałym. Dziś też PiS odżegnuje się od tych związków, ale one i tak jakieś są, bo w różne marsze niepodległości byli zaangażowani politycy i media kojarzący się z Prawem i Sprawiedliwością; sam ruch jako partia daleki jest jednak od podobnych afiliacji.

Mówi Pan stale o radykalnych formach idei, godnych potępienia i odrzucanych. Ale czy idee w ogóle kształtują strategię polityczną, mają jakikolwiek wpływ na politykę?
Tak, zdecydowanie, i trudno sobie wyobrazić europejską, zachodnią politykę bez ideologii. Co prawda od dziesiątków lat powtarza się, że nie żyjemy już w wieku ideologii, kłopot jednak w tym, że – trawestując Marka Twaina – wszystkie informacje o śmierci ideologii są grubo przedwczesne. Tak jak w latach 50. czy 60. dziś wciąż żywe jest przekonanie, że dojdzie do jakiejś konwergencji, że politykę ideologiczną zastąpi technokratyczne sprawowanie władzy nad rzeczami i ludźmi, że polityka będzie polegać na martwieniu się o tę przysłowiową „ciepłą wodę w kranie”, że nauki społeczne pomogą nam wyjść z polityki. Wszystkie te tezy raz po raz wracają, ale i i tak na końcu dochodzimy do pytania, kto jest na lewicy, a kto na prawicy.

Zatem Pańskim zdaniem takie tradycyjne ideologie, jeszcze źródłowo zakorzenione w XIX w., jak konserwatyzm, socjalizm czy liberalizm, mają ciągle swoje współczesne formy?
Bez wątpienia. One przede wszystkim dają się uchwycić i opisać historycznie – cały czas wychodzą grube książki, dowodzące, że da się opisać historię konserwatyzmu, socjalizmu czy liberalizmu, która może zaczynać się w różnych czasach, ale zawsze będzie przyciągać te same fakty, postaci – w każdej historii konserwatyzmu będzie i Burke, i krytyka rewolucji, i będą XIX-wieczne spory, a później pojawią się neokonserwatyści, Thatcher, Bush, Wolfowitz i pośmiertny wpływ Leo Straussa na podjęcie decyzji o inwazji na Irak.

Same jednak konkretne formy ideologii, które mogą kierować działalnością ludzi, mają – jak sądzę – głębsze źródła. Możemy się spierać co do katalogów przekonań, encyklopedycznie próbując opisać punkty, które w danej doktrynie muszą się pojawić, a które niekoniecznie. Możemy się spierać, bo ludzie lewicy, konserwatyści czy liberałowie w historii różnie reagowali na konkretne problemy. Istnieje jednak pewna stała cecha, jaką za Michaelem Oakeshottem, wybitym angielskim filozofem konserwatywnym, określiłbym jako trwałe dyspozycje mentalne, która w jakimś sensie definiują nasze zachowania polityczne. Chcę tu jednak położyć nacisk na „dyspozycje”, zaznaczając, że nie mam zamiaru psychologizować w sferze polityki, jestem daleki od tego, by tropić u polityków jakieś formy schorzeń o charakterze psychicznym. To, o czym mówię, znajduje się na pograniczu idei i psychiki ludzkiej, nie ma jednak nic wspólnego z pewnego rodzaju determinacją, zakładającą, że wszystkie moje zachowania wynikają tylko z tego, że byłem wychowywany przez takiego, a nie innego ojca, matkę itd. Dyspozycje mentalne są czymś trwalszym i głębiej zakorzenionym niż ideologie.

Opisałbym to na przykładzie lewicy, bo od mniej więcej 200 lat pojawiają się ludzie, którzy mają lewicową dyspozycję mentalną i żeby ubrać ją w argumenty i słowa, sięgają do lewicowej ideologii, która może być zmienna w danych momentach. Np. transgresja lewicowa w XIX w. oznaczała uwielbienie postępu i nowoczesności, którego symbolem były dymiące kominy. Socjaliści dochodzący do władzy uważali, że społeczeństwo przemysłowe jest ukoronowaniem historii ludzkiej i że wszyscy powinni czerpać korzyści z rozwoju przemysłowego społeczeństwa, a dobrobyt świata polega na tym, że zakładamy huty i stalownie wszędzie tam, gdzie ich nie ma, ponieważ daje to ludziom pracę, postęp i cywilizację. Dzisiaj, mówiąc skrótowo, człowiek lewicy uznaje dymiące kominy za coś strasznego, za coś, co trzeba zlikwidować lub co najmniej okiełznać i poddać kontroli, natomiast postęp, szczęście ludzkości itd. polega na tym, żeby sortować śmieci, budować farmy wiatraków i mieć czystą energię. Za każdym jednak razem jest to ta sama dyspozycja mentalna, która oznacza transgresję danej rzeczywistości. Tzn. żeby ustanowić ład pożądany trzeba zmienić rzeczywistość według wykoncypowanych, abstrakcyjnych zasad.

Transgresja oznacza tu dążenie do rewolucji? Dyspozycje mentalne, o których Pan mówi, byłyby zatem uniwersalnymi typami postaw ludzkich, formami stosunku ludzi, np. do problemu zmiany, trwania?
Do pewnego stopnia tak można myśleć o podstawowych dyspozycjach. Transgresja nie oznacza jednak rewolucji, a to dlatego że samo pojęcie rewolucji jest historycznie zmienne. Dyspozycja mentalna to coś więcej – 100 lat temu lewicowcy uznawali za oczywistość, że rewolucja polega na obaleniu istniejącego ustroju przy użyciu przemocy fizycznej, dziś przemoc fizyczną przypisuje się tylko prawicy. Sama dyspozycja lewicowa nie uległa jednak zmianie, bo jej istotą jest myślenie w kategoriach transgresji, czyli przekroczenia w kierunku przyszłości. Jednym z elementów dyspozycji lewicowej jest myślenie utopijne, co nie znaczy nierealne. Lewicowa transgresja realizuje się na podstawie pewnego wzoru, który zakłada stan idealny w przyszłości – zmieniając to, co jest dziś, mamy szansę ten stan osiągnąć; dzisiejszy świat jest zły, bo powinien się zmienić, w imię tego, co powinno być w przyszłości. Dla dyspozycji – nazwijmy ją – konserwatywnej kluczowe jest zaś to, co wieczne, niezmienne. Konserwatyzm rozumiany jako pewna trwała dyspozycja przeciwstawia utopii mit, tzn. nawet jeżeli zakłada, że powinno istnieć coś pożądanego w przyszłości, to używając nietzscheańskiej frazy, winien być to wieczny powrót tego samego, na przykład idealnego modelu polityczności który był zlokalizowany na przykład w Świętym Cesarstwie Rzymskim Narodu Niemieckiego albo w republikańskiej rzeczywistości Aten V w. przed Chrystusem. To, co jest z natury, powinno powrócić, ono jest zlokalizowane na podstawie pewnego wzorca, który jest w przeszłości. Dyspozycja mentalna konserwatywna też może być w pewnym sensie „rewolucyjna”, też może oznaczać odrzucenie tego, co jest. Np. neokonserwatyzm, który tak znacząco wpłynął na postać świata, w którym obecnie żyjemy, a który ma korzenie w drugiej połowie XX w., był w sensie społecznym i kulturowym rewolucyjny, niszczył społeczeństwo, które zastał, a zastał socjaldemokratyczne państwo opiekuńcze, robił tak jednak w imię tego, co było wcześniej i co było zgodne z naturą. Innymi słowy, wydaje się, że ludzie jeszcze nim pojawią się konkretne ideologie, posiadają już pewne dyspozycje – bardziej liberalne lub konserwatywne.

Jeśli rzeczywiście możemy mówić o takich stałych dyspozycjach, to one najczęściej, w swych najbardziej radykalnych formach, aktualizują się wśród młodych, którzy chętnie sięgają po jakieś ideologiczne wskazówki mogące trafnie opisać buzujące w nich – jeśli możemy tak powiedzieć – dyspozycje. Jednocześnie wydaje się, że ideologiczność zostaje tu poświęcona na ołtarzu twardej politycznej gry władzy i służy zupełnie innym celom.
Ideologie odgrywają wielką rolę w świecie, ale momentami jest to rola pośrednia. To prawda, że ludzie chętnie posługują się ideologią, by znaleźć jakieś wskazówki do działania. Każda ideologia bierze jednak pod uwagę znaczenie pewnych stałych wyznaczników polityki, np. tego, że istnieje geopolityka, narody, interesy. Jeśli wgłębiam się w historię, to ukazuje mi się materia niezwykle skomplikowana, ale zawsze istnieją w niej pewne elementy stałe, np. państwa, które mają swoje interesy, geopolityczne usytuowanie, swoje służby specjalne, dyplomację. Te same państwa mogą też – jak np. Rosja – gwałtownie się zmieniać, raz jest to Rosja carska, raz bolszewicka, kiedy indziej putinowska, ale i tak, mimo tych ostrych cezur, istnieje pewna warstwa historii, która jest niezmienna, np. dla Polaka to będzie cały czas polityczność, która istnieje na Wschodzie, a która niezależnie od tego, w jakiej konkretnej postaci istnieje, jaką posługuje się ideologią, zachowuje się podobnie.

Czyli polityką rządzą mimo wszystko odwieczne interesy, a ideologia i – dziś zwłaszcza – media są jedynie dodatkiem?
Nie, to jest zawsze mieszanka i zawsze trzeba zadać pytanie o konkretny przypadek, w danym historycznych czasie i zobaczyć, jak układają się w nim proporcje.

A obecnie? Wydaje się, że dominujący wciąż liberalizm od wielu lat przechodzi głęboki kryzys.
Dzisiejsza sytuacja jest o tyle specyficzna, że doszliśmy do punktu, w którym wszyscy mają poczucie kryzysu, a nikt nie dysponuje ideologią dostatecznie zdecydowaną, żeby mógł czy to w nią uwierzyć, by zrealizować jakiś plan, czy to posłużyć się nią jako bronią, która jest na tyle skuteczna, by osiągnąć własne interesy. Dlatego że w dawnych czasach, a za dawne uznaję świat sprzed 100, 200 lat, w sytuacji takiego kryzysu, jaki jest dziś w Europie, i nie tylko kryzysu ekonomicznego, ale też kryzysu pewnego projektu europejskiego, już dawno wybuchłaby wojna albo rewolucja. Warto dodać, że ta wojna lub rewolucja nie musiałaby wcale przyjąć postaci nacjonalistycznej, wojny bywały też wyzwoleńcze lub – używając języka ideologii XIX i XX w. – postępowe. To, co dziś dzieje się na południu Europy, ten poziom deprywacji, upodlenia i upadku, jaki przeżywają np. Grecy, gdzie już 60% młodzieży jest bez pracy, w dawnych czasach w sposób automatyczny prowadziłoby do wybuchu społecznego, który mógł przyjąć w zależności od gry interesów i ideologii w danym kraju postać puczu wojskowego, rewolucji lewicowej albo liberalnej wiosny ludów.
Większość komentatorów uważa też, że podobne wydarzenia doprowadziłyby do wojny, która miałaby podłoże nacjonalistyczne, ale to wynika tylko z pewnego nacisku ideologii, która funkcjonuje od 2–3pokoleń w Europie – że całe zło historii jest związane tylko z ideą narodu, państwa narodowego i nacjonalizmu. To jest fałszywa perspektywa, bo przemoc polityczna w Europie mogła mieć też charakter liberalny, lewicowy, postępowy, itd. Wiosna Ludów to też był ciąg aktów przemocy, który budził euforię i powodował, że wszyscy uważali, że będą żyli w lepszym świecie.

Dlaczego jednak dziś nic takiego się nie dzieje? Czy to znaczy, że jesteśmy ideologicznie wyczerpani? Nie wiemy, na którego konia postawić?
To jest tajemnica, w której żyjemy i z którą nie wiemy, co zrobić; ja mam poczucie, że w dzisiejszej Europie w ogóle jest podświadome, podskórne oczekiwanie najgorszego i walka z jakimś nieznanym najgorszym, ale nie posiadamy narzędzi intelektualnych, które mogłyby temu zaradzić lub ten stan opisać.

Czy nie toczą się jednak ciągłe poszukiwania jednej zdecydowanej ideologii, która wyjaśni problemy świata? W Polsce odświeża się starych pisarzy, mówi o inteligencji zaangażowanej, odrodzeniu republikanizmu, socjalizmu itd.
To zaczęło się już w latach 90. tak na lewicy, jak i na prawicy; na prawicy poprzez odbudowywanie konserwatyzmu intelektualnego, przez poszukiwanie inspiracji republikańskich, ale w formach skrajnych, np. ruchu narodowym, te wystąpienia miały charakter marginalny. Zawsze można było natknąć się na tego typu publikacje, też choćby w drugim obiegu w latach 80., ale nie można porównać ludzi, którzy wydawali np. opozycyjną „Politykę Polską”, odwołującą się do tradycji endeckiej, z osobami, które marzą dziś o odrodzeniu ONR-u.

Zatem z jednej strony mamy – jak Pan mówi – tajemnicę, brakuje nam odpowiedzi na pytanie, jak opisać współczesną rzeczywistość, z drugiej – żyjemy w przestrzeni coraz dalej sięgającej radykalizacji języka politycznego. Podział polityczny też przypomina już bardziej wojnę dwóch kultur niż polityczny spór na argumenty.
Do pewnego stopnia tak. Co więcej Polska znajduje się obecnie w takim położeniu, że opis jej sytuacji ma w sobie coś z anomalii, choć da się też tłumaczyć historią. Anomalii dlatego, że czujemy się uwięzieni w jakimś podziale, który odbywa się wbrew jakby naszej woli i wyobrażeniom, z drugiej strony – gdyby się nad tym zastanowić – to główne siły polityczne, które dzisiaj funkcjonują w polskiej rzeczywistości, mają solidne historyczne korzenie. Mówiąc jeszcze inaczej, anomalią polskiej polityki jest to, że osiągnęliśmy stan, w którym polityka zorganizowana jest w taki sposób, że główni antagoniści swoim własnym elektoratom składają stale obietnice unicestwienia drugiej strony. Pomijam już kwestię pewnej niemoralności tego sporu, który zaczyna przypominać sytuację mentalnej wojny domowej, co jest absolutnie sprzeczne z zasadami życia w demokracji liberalnej. Problem też w tym, że jest to wojna zupełnie nierealistyczna, bo żadna ze stron nie jest w stanie unicestwić drugiej, dlatego że w sensie historycznym one reprezentują ugruntowane formacje kulturowo-ideologiczne w polskiej tradycji. Jeżeli Stalinowi z Hitlerem nie udało się wykorzenić polskiego, tradycyjnego grottgerowskiego patriotyzmu, to w jaki sposób miałaby to osiągnąć Platforma? A z drugiej strony – w jaki sposób polski konfederacko-insurekcyjno-republikański patriotyzm miałby znieść polską wersję mieszczańskiej lemingozy, jak to opisuje się w PiS-owskim języku? Bez narzędzi, których używano w dawnych czasach i które dzięki Bogu odeszły do lamusa historii, czyli gwałtownej przemocy fizycznej, nie da się tego osiągnąć. Reasumując, nazywam to z jednej strony anomalią, bo doszło do momentu, w którym obietnicą polityczną jest unicestwienie, z drugiej – jest zupełnie zrozumiałe, że jedna i druga tradycja istnieją. PiS i Platforma są reprezentacjami wielkich kulturowych formacji, tyle że one nie są synchroniczne, tylko diachroniczne, pochodzą z różnych czasów. Po jednej stronie są ci, którzy są w konfederacji barskiej, a po drugiej – no, właśnie, nie ma targowicy, jest raczej połaniecczyzna. Ci, którzy walczą z PiS-em, uważają, że to jest jakiś atak szaleństwa, który wystarczy wyleczyć, wystarczy wziąć proszki, zimne kąpiele i zmienić dietę, żeby przeszło. To jest nieprawda.

Skoro jednak polityka w Polsce jest już jedynie walką na unicestwienie, zajęcie całego terytorium, wyeliminowanie przeciwnika, to nie ma już ani nic wspólnego z interesami, ani ideologiami, jest wyłącznie zarządzaniem naszymi emocjami. Sama władza polityczna jest też zupełnie gdzie indziej.
Rzeczywiście, coś, co zaczęło się w 2005 i 2006 r., po katastrofie smoleńskiej doszło do stanu absolutnej hipertrofii. I te rowy do pewnego stopnia stały się przepaściami. Na tym także polega ten tajemniczy, dziwny sens tego nieszczęścia, ponieważ ono uruchomiło mechanizmy, nad którymi już nie panujemy. W coraz mniejszym stopniu jako społeczeństwo jesteśmy w ogóle w stanie świadomie odczytywać rzeczywistość, w której funkcjonujemy. Polacy nieźle radzą sobie jako jednostki, rodziny, mierzą się skutecznie z rzeczywistością na niewielkim polu, ale w sposób dramatyczny moim zdaniem tracą jako wspólnota polityczna zdolność poruszania się w świecie rzeczywistym, w otoczeniu, w jakim ta wspólnota działa obok innych wspólnot. Z tego też powodu stają się ogromnie podatni na manipulacje. Dla inteligenckiej publiczności jest ewidentne, że jest to wina prawicy spod znaku PiS-u, a moim zdaniem to jest także wina drugiej strony i to druga strona jako ta, która ma władzę, ponosi za to większą odpowiedzialność, bo w funkcjonalnym układzie zawsze większa odpowiedzialność spoczywa na tych, którzy kształtują rzeczywistość.

Czy nasza niemoc polityczna nie jest jednak pochodną szerszego kryzysu politycznej reprezentacji? Przestaliśmy wierzyć nie tylko w to, że politycy nas reprezentują, ale że mogą cokolwiek zmienić – na poziomie krajowym lub europejskim.
Wszędzie jest kryzys demokracji, ale dla mnie jednym z uderzających jego symptomów jest nie tyle kłopot z reprezentacją polityczną, ile rezygnacja z obowiązku militarnego. Demokracje i republiki istnieją tam, gdzie obywatele są żołnierzami; gdy ten obowiązek znika, pojawia się też kryzys samej wspólnoty. Odejście od zawodowych armii władcy absolutnego, finansowanych z podatków, i przyjęcie modelu obywatelskiego w krótkim czasie pozwoliło powołać ogromne armie, które mogły kontrolować znaczne połacie kontynentu. Wraz z pojawieniem się imperializmu doszło też do wyraźnego postępu w dziedzinie uobywatelnienia, emancypacji, nadawania praw. Dziś armie obywatelskie znów odchodzą w przeszłość, pojawia się zatem zasadne pytanie, co dalej z demokracją w jej obecnym kształcie. Odchodzenie od armii obywatelskiej jest symptomem wielkiej zmiany, która powoduje, że demokracja przedstawicielska może przetrwa, a może nie; nie twierdzę, że tylko jeden czynnik ją warunkuje. To jest jednak symptom, bardzo istotny dla mnie jako dla historyka, który patrzy na to w perspektywie stuleci. To zjawisko zbiega się też z innym symptomem, któremu podlega projekt europejski. Sposób zarządzania przez elity europejskie kryzysem przez ostatnich 5 lat zaczyna mnie kierować w stronę pewnych analogii do XVIII w., do absolutyzmu oświeconego, tylko bez osoby monarchy, bo te analogie nie działają wprost w ten sposób, że jeśli nie mamy demokracji przedstawicielskiej, to wracamy do absolutyzmu, czyli we Francji będzie król, który będzie siedział w Wersalu. Nie, nieprawda, tylko jest tak, że zamiast demokracji przedstawicielskiej możemy mieć sytuację, w której mamy bezpieczeństwo, dostatek i wykształcenie bez udziału we władzy politycznej, co oddajemy bez żalu albo z konieczności.

Czyli coś w rodzaju europejskiego Singapuru? Dobrobyt i swobody liberalne, ale żadnej demokracji?
Ten model jest w Europie akurat niemożliwy, ale powstaje za to coś zbliżonego do kasty mandarynów jak w Chinach, którzy rządzą za pomocą im tylko znanych procedur i oddzielają się w ten sposób od tego, co na zewnątrz. Dopowiedzmy od razu, że monarchia absolutna miała to do siebie, że nie posługiwała się argumentami patriotycznymi ani narodowymi. Jej działanie to była pewna struktura i tajniki zarządzania państwem, które posiadali ludzie działający nie tyle nawet w sposób niedemokratyczny, ile w sposób ukryty, poufny, istotą tego systemu było działanie na pół tajne, niepodlegające kontroli. Mówimy tu o grupie ludzi, którzy posiadają pewną kluczową wiedzę i kompetencje do zarządzania sprawami ponadnarodowymi i którzy rozstrzygają o najważniejszych rzeczach. Dziś takimi mandarynami są np. urzędnicy Komisji Europejskiej.

Czy polityka, która sprowadza się do manipulacji i pewnego rozgrywania różnych rzeczy w mediach, dla opinii publicznej nie jest już formą takiego rządzenia? Rządzenia, które de facto nie ma nic wspólnego z demokracją?
Do pewnego stopnia tak, chociaż mnie chodzi raczej o to, że o pewnych najważniejszych rzeczach zaczynają decydować ludzie, którzy są oderwani od wspólnot, z których się wywodzą, tworzą własną grupę. Kiedyś mówiono, że w Europie jest deficyt demokracji, dlatego Komisja Europejska produkowała sążniste akty wiary w demokrację europejską, np. White Paper on European Governance – kto dziś to pamięta? Obecnie nie ma mowy o governance, zarządzaniu, dziś jest twarda władza, pojęcie „governance” jest już historią. Mamy do czynienia z ewidentnym kryzysem demokracji przedstawicielskiej i parlamentarnej. Nie wiem, jak to się dalej potoczy, ale z pewnością mamy kłopot z jednej strony z czymś takim, jak obywatel zaangażowany, z drugiej – ludzie nie mają instrumentów, które doprowadziłyby do jakiejś zmiany. Do tego dochodzi lęk przed radykalizmem, gwałtownością, na końcu wojną po prostu. Czym to się skończy, trudno powiedzieć, to jest jakiś moment przejścia.

Ale nie chcę też tracić optymizmu. Widzę np. że mimo wszystko trwają wspólnoty narodowe, że od setek lat istnieją Francuzi, Polacy, Węgrzy. Raz żyją w ramach monarchii feudalnych, kiedy indziej w formie nowoczesnego państwa narodowego, ale ciągle trwają jako wspólnoty składające się na Europę narodów. Wspólnoty narodowe zatem istniały i będą istnieć w przyszłości – nawet jeśli np., co raczej mało prawdopodobne, w przeszłość odejdzie instytucja państwa narodowego. Wierzę też w powrót idei obywatelskiego zaangażowania. To jest konstytutywna cecha europejskiej kultury, która póki są ludzie ją tworzący, nie zniknie. Zachód musiałby przestać istnieć fizycznie, żeby nie powróciła w jakiejś innej odsłonie lub fali wiara w to, że życiem dobrym jest życie obywatelskie. Najwyższym stopniem spełnienia człowieka jest – nawiązując do Arystotelesa – życie filozofa, a najwyższym dostępnym dla największej ilości ludzi, którzy żyją w danym momencie historii, jest właśnie życie obywatelskie. Ludzie Zachodu wierzą i wiedzą, że nie każdy może być filozofem, chociaż każdy ma prawo spróbować, natomiast każdy dobry i normalny człowiek może być dobrym obywatelem. I to odróżnia nas wszystkich od innych cywilizacji czy kultur.

DARIUSZ GAWIN – pisarz i publicysta, wicedyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego, adiunkt w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata