70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Wojna” to mocne słowo

Mówienie w Polsce o wojnach kulturowych jest głęboko przesadzone. Owszem, dochodzi do konfliktów o charakterze światopoglądowym, ale podziały polityczne przechodzą zupełnie gdzie indziej. Co prawda jesteśmy świadkami ogromnej ewolucji w stosunkach międzyludzkich, w tym zmiany modelu rodziny, ale wciąż najistotniejsze problemy polityczne dotyczą ekonomii i demografii.

Czy mamy w Polsce wojny kulturowe?
Zadawano mi już wielokrotnie pytanie, czy Polska jest podzielona, czy w istocie są dwie Polski, i ja mam do tego dość ambiwalentny stosunek, ponieważ Polska nie jest jedynym krajem, w którym mówi się o takim głębokim podziale. To był język bardzo często używany przy opisie Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza w czasie prezydentury Billa Clintona i później George’a W. Busha. Mówiono wówczas, że w USA są stany niebieskie, których kultura jest bardzo zbliżona do europejskiej i których mieszkańcy udzielają podobnych do europejskich odpowiedzi na wszelkie pytanie dotyczące problemów obyczajowych, stosunku do wojny, używania przemocy w stosunkach międzynarodowych. Mówiono także, że są i stany czerwone, które reprezentują trochę inny świat, z wciąż silnym kultem kowboja, kulturowo konserwatywny, znacznie bardziej niż reszta Ameryki religijny, nieufny wobec organizacji międzynarodowych. Na ile jest to problem też w Polsce?

Pewne elementy tego typu sporu na pewno istnieją, ale te podziały wpisują się w szersze zjawisko, które obserwujemy we wszystkich krajach peryferyjnych w stosunku do centrów rozwoju kulturowego, w naszym przypadku zachodniej Europy. W tych państwach istnieje zawsze bardzo ambiwalentny stosunek do metropolii, które działają trochę jak magnes, pojawia się od razu pragnienie imitacji, nie tylko kulturowej, lecz także ze względu na bezpieczeństwo, na poziom rozwoju, na instytucje demokratyczne itd. W tych krajach istnieją także siły, które są bardziej związane z tradycją, tradycyjnym sposobem życia, wierzeń, poczuciem odrębnej tożsamości narodowej, ze strachem przed narzuconą zmianą, wymuszoną sekularyzacją. Polska też jest takim państwem, jakkolwiek grupy integralnie odrzucające okcydentalizację są u nas zjawiskiem marginalnym; nawet one przyjmują modernizację w sensie materialnym, chcą, żeby było lepiej, zamożniej, natomiast odrzucają to wszystko, co mogłoby się wiązać z jakimś kulturowym i obyczajowym importem. Ten podział ma istotny wymiar generacyjny – ludzie młodsi, dynamiczni, znający języki, są bardziej optymistyczni, mniej się boją, generalnie są zwróceni na Zachód, po prostu bardziej pragną tej okcydentalizacji. Ludzie starsi natomiast, dla których to, co się stało w 1989 r. było oczywiście pociągające, głównie ze względów kulturowych i narodowych, byli przerażeni skalą dokonanej zmiany, to był dla nich prawdziwy kataklizm, załamał się przecież świat, który znali, którego reguły chcąc nie chcąc, przyswoili; ci ludzie, można dodać, są też bardziej religijni i ich stosunek do modernizacji jest dużo bardziej ambiwalentny, by nie powiedzieć negatywny. Zatem ten podział istnieje, ale ulega też pewnej ewolucji. Myślę, że z czasem będzie następować reintegracja tych dwóch Polsk i ten podział będzie słabł.

W swoim optymizmie pozostaje Pan chyba jednak dość osamotniony. Wielu publicystów twierdzi, że ten podział nie tylko jest trwały, ale może też prowadzić w skali europejskiej do wojny. George Weigel parę lat temu stwierdził wprost, że wojny kulturowe w Europie już trwają i to przynajmniej dwie – jedna to wojna moralnego relatywizmu z religijnym tradycjonalizmem, druga – wojna cywilizacji europejskiej z naporem islamskiego radykalizmu.
Pojęcie wojny wydaje mi się dalece przesadne, chociaż wybuchają od czasu do czasu konflikty wokół problemu imigracji, zwłaszcza z krajów muzułmańskich. Wyznawcy islamu rzeczywiście są znacznie bardziej odporni na asymilację i to jest źródłem pewnego pesymizmu, zwłaszcza gdy okazuje się, że nawet w trzecim pokoleniu angielskich imigrantów ludzie dobrze wykształceni, osadzeni, zajmujący dobre stanowiska, nagle zaczynają zajmować się islamskim terroryzmem. Pojawia się wówczas pytanie, czy asymilacja jest w ogóle możliwa. Przykłady francuskie napawają jednak pewnym optymizmem. Znajdziemy tam wiele dowodów na to, że asymilacja postępuje. Co prawda ona jest bez porównania trudniejsza niż wtedy, kiedy we Francji zjawiały się wielkie fale imigrantów portugalskich, włoskich, hiszpańskich czy Polaków, bo ich kulturowa bliskość była tak wielka, że te grupy asymilowały się w ciągu jednego pokolenia, chociaż warto pamiętać, że i wówczas reakcje Francuzów nie zawsze były życzliwe. Istnieją zatem pewne elementy wojny kulturowej, tyle że one nie są wewnątrzbrytyjskie ani wewnątrzfrancuskie, w sensie tradycyjnego społeczeństwa, tylko związane są raczej z problemem masowych migracji w czasach postępującej globalizacji, z problemem jak radzić sobie z masowym napływem imigrantów o bardzo odmiennych cechach kulturowych. Te problemy obserwujemy wszędzie tam, gdzie istnieje duża ludność napływowa: w Holandii, Hiszpanii, w Niemczech, ale nawet w Finlandii, gdzie imigranci stanowią tylko 2% ludności, powstała Partia Prawdziwych Finów, której głównym celem jest właśnie walka z imigracją. W Stanach Zjednoczonych nie ma podobnej walki z imigracją. Oczywiście, duża część Amerykanów nie chce tolerować milionów Latynosów, którzy nielegalnie przenikają przez południową granicę, ale i tak dochodzi później, tak jak się to stanie niebawem, do masowego przyznawania obywatelstwa nielegalnym imigrantom. USA – kraj uchodźców z różnych stron świata – akceptują imigrantów jako stan natury, gotowi są przystosowywać się do kolejnych fal imigracji. Europa – nie, tu żyją stare narody, które albo żądają od imigrantów pełnej asymilacji (model francuski), albo też gotowe są tolerować ich kulturową i obyczajową odmienność, o ile nie zagrażają obowiązującym regułom prawa i obowiązującym zasadom współżycia społecznego (model brytyjski). Powracając do Pana pytania, problem masowej imigracji, w tym wyznawców islamu nie jest, jak dotychczas, problemem polskim.

Ale kiedy obserwuje Pan scenę polityczną we Francji, w Hiszpanii, też w Polsce, to czy nie dostrzega Pan pewnej zmiany w języku polityki, zastępowania języka interesów językiem tożsamości, kulturowej różnicy?
To zależy kiedy i gdzie. Problem interesów jest silnie obecny, a wraz z kryzysem pojawił się też język, który był słabiej obecny przez długi czas, a w USA w ogóle nieobecny, tj. język sprawiedliwości społecznej, problematyka granic prawomocnych nierówności. Kryzys nagle zmobilizował wielkie pokłady moralnego oburzenia, ludzie zaczęli pytać, jak to jest, że bankierzy, którzy są odpowiedzialni za wybuch kryzysu zarabiają jednocześnie jakieś niewiarygodne sumy i do tego wszystkiego są ratowani przez państwo z naszych podatków?! Również w Europie narasta w ostatnich latach poczucie pewnego moralnego oburzenia związanego z przywilejami, pozbawionymi społecznej prawomocności nierównościami. W Polsce interesująca była pod tym względem, anegdotyczna w dużej mierze sprawa premii przyznanych sobie przez panią marszałek i wicemarszałków Sejmu. Parę lat temu ci sami marszałkowie odbierali premię i nikt się tym nie oburzał; mamy więc znacznie większą wrażliwość na nierówności i niesprawiedliwość.
Pańskie pytanie dotyczy jednak, jak sądzę, trochę czego innego: problemów bioetycznych, obejmujących m.in. in vitro, kwestii związków partnerskich, małżeństw homoseksualnych… Moim zdaniem, pojawienie się tych zagadnień, jako istotnych czynników dzielących społeczeństwa Zachodu (w tym i nasze) jest związane z rozwojem tych krajów, radykalną ewolucją w ich ramach stosunków międzyludzkich, w tym również tak podstawowej instytucji jak rodzina. Jeżeli w drugim kraju, który znam najlepiej poza Polską, czyli we Francji, ponad 50% dzieci rodzi się już poza małżeństwami, to nie można utrzymywać monopolu tradycyjnej formy małżeństwa i nie dać żadnego zabezpieczenia parom i dzieciom, żyjącym w innego typu związkach. Związki partnerskie, tzw. PACS, które wprowadzono we Francji w 1999 r. wywoływały oburzenie i zdecydowany opór prawicy, dziś są akceptowane przez wszystkich. Z paru powodów – po pierwsze, związki partnerskie raczej stabilizują społeczeństwo, integrują je aniżeli dezintegrują; po drugie, okazało się, że to w ogóle nie chodzi o homoseksualistów, ponieważ – zaznaczmy jednak, że socjaliści, gdy wprowadzali PACS, mieli na myśli właśnie pary homoseksualne – okazało się, że 90–95% zawieranych w ten sposób luźniejszych związków dotyczy osób heteroseksualnych. Innymi słowy, to wynik ewolucji kulturowej, która jest moim zdaniem nie do powstrzymania. I nie widać, aby towarzyszyło temu nasilenie zjawisk patologicznych w życiu społecznym.

Czy obok ewolucji kulturowej nie możemy też mówić o pewnej ewolucji w sposobie uprawiania polityki? W Stanach Zjednoczonych przez długi czas mieliśmy do czynienia z wojną stanów czerwonych z niebieskimi, wojną kulturową, która zakończyła się dopiero wraz z kryzysem ekonomicznym i dojściem do władzy Baracka Obamy. Czy w Europie nie obserwujemy podobnej ewolucji? Dziś, zwłaszcza w Polsce, przechodzimy etap wojny kulturowej, który dopiero – też pod wpływem kryzysu – przeradza się w ostry spór ekonomiczny?
Tak bym tego nie określił, nie dochodzi do żadnej tego rodzaju zmiany. Co prawda politycy oczywiście czasem manipulują i wprowadzają tematy zastępcze, co teraz u nas świetnie widać. Jeżeli popatrzy Pan jednak na Francję, to mamy tam oczywiście problem małżeństw homoseksualnych, zaakceptowanych przez Izbę Deputowanych, podobnie jak i problem adopcji, ale źródłem podstawowym obecnych konfliktów jest ekonomia. Francja przeżywa w tym wymiarze poważne problemy, narosłe od dziesięcioleci. To nie jest zagadnienie, które znikło. Od dawna też nie było rządu czy prezydenta, który tak szybko by utracił poparcie społeczne; właśnie dlatego, że nie jest w stanie rozwiązać problemów ekonomicznych. Również w Wielkiej Brytanii – przy zupełnie innej polityce – są bardzo poważne problemy gospodarcze i rząd konserwatywny wprowadził coś w rodzaju nowej konserwatywnej rewolucji, drugiej po Thatcher. Zresztą polityka ta budzi poważne wątpliwości, czy to dobra strategia wychodzenia z kryzysu. Przy bardzo restrykcyjnej polityce oszczędnościowej rząd konserwatywny Davida Camerona, antycypując niejako presję społeczną, wystąpił o uznanie związków homoseksualnych. Nie zrobił tego ze względów ideologicznych, kierował się interesami – myślą o przyszłych wyborach. Politycy w ogóle kierują się raczej interesami, zdają sobie jednak sprawę, że w następnych wyborach mogą się potknąć na różnych tego rodzaju problemach. Amerykańscy Republikanie potknęli się w niedawnych wyborach na wielu problemach społecznych, np. statusu różnych mniejszości, które bardzo zantagonizowali.

W Polsce gdy politycy przestają mówić o zdradzie i nomenklaturze, a zaczynają o rodzinie i wartościach, to też ciągle mówią o interesach, czy po prostu zmieniają kostium, słownik polityczny?
Oddzielenie wartości od interesów jest często trudne. I u różnych osób ten podział może różnie wyglądać. Tu też są interesy. Można powiedzieć, że kiedyś dominował podział na umiarkowanych liberałów, radykałów i postkomunistów. Umiarkowani w obozie solidarnościowym uważali, że trzeba myśleć przede wszystkim o rozwoju, transformacji ekonomicznej, a nie rozliczać się z przeszłości, co tylko będzie prowadziło do konfliktów. Radykałowie uważali, że moralna sanacja – rozliczenie z przeszłością jest warunkiem powodzenia programu unowocześniania Polski. Dzisiaj mamy raczej podział na obóz liberalno-modernizacyjny i wątłą lewicę oraz obóz bardziej tradycjonalistyczny, konserwatywny, znacznie silniej utożsamiający się z wiarą, nad którym unosi się spiskowa wizja katastrofy smoleńskiej. Kiedy Jarosław Kaczyński odwołuje się do swego elektoratu, to obecnie stara się mówić przede wszystkim o realnych problemach i interesach, ale też od czasu do czasu zaczyna dominować język, w którym przedstawia się apokaliptyczną wizję wielkiego spisku, z udziałem władz Rzeczypospolitej, który miał doprowadzić do katastrofy pod Smoleńskiem.

Skoro mówimy o elektoratach – czy podziały wytwarzające się na polskiej scenie politycznej (choć może to problem uniwersalny) nie mają jednak charakteru w dużej mierze sztucznego, skonstruowanego, ideologicznego po prostu? Często w debacie publicznej spotykamy się np. z podziałem na zwolenników i przeciwników „cywilizacji śmierci”, a nie racjonalnych polityków dyskutujących o problemach kobiet i rodzin.
Celem polityków jest zdobywanie poparcia. Jednym z narzędzi jest narzucanie własnej wizji rzeczywistości, jej opisu. Stosunek do prawdy jest u polityków często bardzo złożony. Ale też nie jest tak, że politycy mogą wszystko, co chcą, obywatelom narzucić. Można uświadomić ludziom ich interesy, można ich bardziej skupić, można antagonizować ich w stosunku do drugiej części kraju. Mamy ostatnio w mediach dużo dyskusji o sprawie Katarzyny W., oskarżonej o dzieciobójstwo, osoby, która bardzo często pojawiała się w mediach, na okładkach prasy także brukowej. W jednym z programów telewizyjnych oglądałem dyskusję wokół tej sprawy, archetypiczną w jakimś sensie. Przedstawiciel prawicy mówił, że coś tak strasznego mogło wydarzyć się z powodu atmosfery pewnego relatywizmu moralnego, który dopuszcza aborcję. Rzecznik poglądów liberalnych odpowiadał na to, że jest dokładnie przeciwnie, że wszystkie dane pokazują zmniejszanie się liczby dzieciobójstw, że nie należy tego wiązać z ewolucją kulturową i że wręcz przeciwnie – często podobnych tragicznych aktów dopuszczały się zahukane, przestraszone dziewczyny w tradycyjnych zbiorowościach, w których nie mogły dla siebie znaleźć miejsca. Zwolennik tej samej liberalnej wizji doda jeszcze, że kobiety są coraz bardziej wyzwolone, nie podlegają hierarchicznej dominacji mężczyzn; jeśli mieszkają w większym mieście nie są potępione jako np. samotne matki, jest jeszcze kwestia antykoncepcji, edukacji seksualnej itd. Mamy więc zderzenie racji i odmiennych interpretacji rzeczywistości. Nie powiedziałbym, że to jest wynik manipulacji politycznej, raczej jest tak, że polemiczna przesada nakłada się na autentyczne podziały. Oczywiście, politycy z obu stron są zainteresowani, by wyostrzać te różnice między Polską bardziej konserwatywną i nowoczesną, by doprowadzać do konfrontacji i pokazać odmienność tych obozów.

Podał Pan mnóstwo argumentów racjonalnych za jednym z rozwiązań sporu o miejsce kobiet w rodzinie, życiu publicznym. Mam jednak wrażenie, że debata wcale tak nie wygląda, że jesteśmy raczej bombardowani bardzo uproszczonym, ideologicznym przekazem, który ma służyć mobilizacji do działania, a mało ma wspólnego z debatą. Obawiam się też, że to jeden z głównych powodów, dla których tak wielu ludzi „odpada”, mówiąc potocznie, od polityki – nie znajdują w niej bowiem żadnych problemów, które w istotny sposób dotykają ich życia codziennego, konieczności dokonywania różnych wyborów, ustalanie pewnych zdrowych relacji z państwem, itd.
Moim zdaniem wielu ludzi „odpada” od polityki, ponieważ nie mają poczucia, że są reprezentowani. Po pierwsze dlatego, że oferta polityczna jest marna, bo wielu ludzi, nawet w grupach jak najbardziej politycznie świadomych, posiadających pewien instynkt obywatelski, np. wśród inteligencji, nie mają poczucia, że PiS czy PO dostarczają im wyboru. Po drugie, oczywiście mają poczucie, że politycy nie są w stanie odpowiedzieć na ich trwogi, na ich problemy, co nie jest tylko wadą polityków, to jest również wynik czasów, w jakich żyjemy, w których bardzo wiele czynników, które wpływają na nasz los, znajduje się poza krajem, czyli poza kontrolą naszych polityków. Koniunktura gospodarcza w dużym stopniu jest niezależna od działań naszego rządu, jej konsekwencje przychodzą gdzieś z zewnątrz. To rzecz jasna rodzi rozczarowanie i pretensje pod adresem polityków. Politycy szukają języka, którym mogą trafić do obywateli i ich przekonać, a język polityczny z natury rzeczy jest językiem upraszczającym. W nim nie chodzi o subtelne analizy, chodzi jedynie o przekazanie takiego siermiężnego, prostego przekazu, zwłaszcza w dobie telewizji, gdzie zdolność skupienia uwagi ogranicza się do minuty–dwóch; sprawny polityk musi więc nauczyć się mówić tak, by w tym czasie powiedzieć, o co mu chodzi, czego chce.

Czy to nie jest błędne koło? Polityk musi upraszczać swoje komunikaty, by być wysłuchanym, a media żądają, by przekaz też był coraz prostszy, bo chcą przyciągnąć jak największą oglądalność? Czy nie jest też tak, że prawdziwe interesy, o których Pan mówił, znajdują się już poza polityką narodową i to, co pozostaje politykom w kraju, to walka na właśnie upraszczające komunikaty ideologiczne, które dotyczą głównie kultury i światopoglądu?
Dużo w tym jest prawdy. W dzisiejszych czasach sfera gospodarki w coraz większym stopniu uniezależniona jest od decyzji państw narodowych, ale nie do końca. Np. u nas to, że Polska nie weszła do strefy euro, doprowadziło do relatywnego spadku wartości złotego, co pozwoliło na utrzymanie naszego eksportu i poziomu produkcji. Te narzędzia są coraz bardziej subtelne i można powiedzieć, że podstawowe kwestie są determinowane przez koniunkturę ogólną lub europejską, ale to nie jest tak, że w ogóle państwa narodowe nic nie mogą. Np. wszyscy wiedzą że konieczne są reformy finansów publicznych. Od tego zależeć będzie moment naszego przystąpienia do strefy euro i korzyści jakie z tego będziemy mogli odnieść. Podobnie polityka społeczna pozostaje w dużym stopniu w gestii rządów państw narodowych. Dzisiaj zaczyna się o tym dużo mówić ze względu na katastrofalną demografię. Polska, kraj przecież katolicki, ma jeden z najniższych wskaźników przyrostu naturalnego, mimo bardzo rygorystycznej ustawy antyaborcyjnej. To jest też kwestia pewnego poziomu uświadomienia, zrozumienia dramatyzmu tego i innych problemów. Polska zmniejsza się z punktu widzenia liczby mieszkańców, w wyniku emigracji młodzieży i właśnie spadku liczby urodzin, czemu te wyjazdy sprzyjają. Ustalenie jakiejś korelacji między polityką i skutkami demograficznymi jest jednak bardzo trudne, nie jestem więc pewien, czy relatywnie dobra pod tym względem sytuacja Francji, Irlandii czy krajów skandynawskich, jest związana z polityką tych krajów, czy raczej z dość wysokim poczuciem bezpieczeństwa, optymizmu i wzajemnego zaufania.

Optymizm i poczucie bezpieczeństwo to być może już jedynie kwestia przyszłości. Czy aktywność młodych środowisk opiniotwórczych, takich jak „Krytyka Polityczna”, „Kultura Liberalna” czy „Pressje”, by wymienić tylko kilka, daje Pańskim zdaniem nadzieję na wypracowanie nowego, ambitnego programu politycznego?
Raczej metapolitycznego. Myślę, że osoby działające w tych grupach, np. w „Krytyce Politycznej”, mają świadomość, że to, co głoszą, ma konsekwencje polityczne i chcą oddziaływać na politykę, odczuwają też pewną pokusę polityczną. Wielokrotnie – jak sądzę – ludzie ze środowiska „Krytyki Politycznej” myśleli, żeby wejść do polityki, ale równocześnie bardzo wiele rzeczy ich odstraszało. Oni się nie mieszczą w dzisiejszej polityce i rola, jaką odgrywają, właśnie rola metapolityczna, jest bardzo pozytywna – oni wpływają na lewą stronę naszej polityki poprzez dostarczanie idei, wywieranie presji czy poprzez straszenie starszych. To samo można powiedzieć o środowiskach liberalnych, np. pojawienie się takich interesujących zjawisk jak „Kultura Liberalna”, „Liberté”, w jakimś sensie do tego grona należy również „Res Publica Nowa”, znacznie starsze pismo, ale gdzie parę lat temu młodsze pokolenie przejęło rządy – wszystkie te środowiska myślą w kategoriach społecznych i politycznych, piszą o nich, a równocześnie nie mają – jak dotąd tego nie widać – pokusy wejścia bezpośrednio do polityki. Przypuszczam, że tu wiele rzeczy odgrywa rolę: na pewno to, że polityka jest kompletnie zakrzepła, nieelastyczna, że są dwa wielkie bloki i nie widać możliwości powstania czegoś nowego, nie bardzo wiadomo jak wpływać na rzeczywistość działając w ramach tych wielkich partii. Wielokrotnie się już o tym mówiło, ale warto powtórzyć, że nasze partie mają charakter wodzowski, doszło do takiej sterylizacji w rządach tych ugrupowań, że trudno wskazać – poza wodzem – drugą lub trzecią osobę, która mogłaby występować w roli rzecznika partii. W Platformie Obywatelskiej jest tylko jeden głos – Donalda Tuska, podobnie w PiS-ie – Jarosława Kaczyńskiego. Nawet u Palikota słychać tylko Palikota. Nie ma też w tych partiach żadnych debat ideowych. Paradoksalnie, w partiach, które wywodziły się ze starego ustroju, demokratyzm wewnętrzny i pewien pluralizm jest obecnie znacznie większy. W tych dawnych popeerelowskich strukturach – zarówno w SLD, jak i w PSL – widzimy większą różnorodność, wielość postaci o różnej wrażliwości, którzy potrafią negocjować i współżyć, nie wyżynają się nawzajem. Myślę, że młodych ludzi taka polityka odstrasza, że oni bardziej kreatywny sposób wpływania na życie publiczne dostrzegli raczej w sferze wydawnictw i idei.

Przy obecnym poziomie czytelnictwa te wysiłki mają jednak dość ograniczony, elitarny wpływ. Poza tym, wydawnictwa czy zajmowanie się kulturą jest ważne, ale albo doprowadzi do już zupełnej depolityzacji życia publicznego, albo w sposób naturalny wygaśnie, wraz ze zmianą zainteresowań twórców tych środowisk – po prostu na pewnym etapie nie można już dalej robić polityki kulturą, trzeba mieć jakiś pomysł na siebie później.
Tylko co można by im zaproponować? Po pierwsze, nie jestem pewien, czy to są ludzie, którzy rzeczywiście myśleli w kategoriach wyboru – polityka czy pisanie. Przypuszczam, że to innego rodzaju talenty, że to po prostu ludzie, którzy są bardziej zafascynowani ideami, idą do pism. Oczywiście, tam są niektórzy, którzy mogliby znaleźć się również w polityce, ze względu na swoje umiejętności. Po drugie, idee mają swoje konsekwencje, interesy mają swoje konsekwencje, tradycje mają swoje konsekwencje. Kiedyś Keynes mówił, że wszyscy politycy żyją w cieniu idei zmarłych ekonomistów, można powiedzieć, że idee, które są wypracowywane często w ezoterycznych pismach o ograniczonym nakładzie mają wpływ na sposób myślenia politycznego. Tego bym nie lekceważył.

Czy Pańskim zdaniem te młode środowiska coś proponują? Czy też, zachowując wszelkie różnice, nie powielają XIX-wiecznego wręcz podziału na socjalistów, liberałów i konserwatystów, który w dzisiejszym świecie ma sens jednak dość ograniczony?
W sensie programowym nie widzę żadnych nowych propozycji, ale podkreślam – te środowiska nie stawiają sobie celów politycznych. Myślę też, że tam dochodzi jednak do przekraczania pewnych barier, widzę interesujące u liberałów podejmowanie problemów państwa dobrobytu np., również w lewicowej „Krytyce” dostrzegam wielką otwartość na autorów, którzy wywodzą się z zupełnie innych tradycji. Trudno jednak powiedzieć, jakie to będzie miało konsekwencje polityczne, czy będzie miało jakiekolwiek konsekwencje. Nie wykluczam, że dopiero młode pokolenie będzie w stanie się wyrwać z obecnego stanu polityki polskiej, kiedy nastąpi moment odejścia wodzów i będzie głęboki kryzys wielkich partii. Na jednym wodzu nie da się budować trwałości partii, kiedy on odejdzie może to oznaczać rozpad takiego bloku, a w każdym razie poważną reorganizację. Zmiana pokoleniowa może zatem nastąpić dopiero w momencie, w którym Kaczyński i Tusk odejdą.

I wtedy te młode środowiska zajmą ich miejsce?
Albo one, albo ludzie z nimi związani pokoleniowo, którzy gdzieś są np. jako urzędnicy, asystenci polityków, jako przedsiębiorcy, działacze sektora pozarządowego czy zatrudnieni w organizacjach międzynarodowych; wtedy ich zobaczymy.

ALEKSANDER SMOLAR – publicysta, politolog, prezes Fundacji im. Stefana Batorego

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata