70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Prawa większości

Za państwem stoi demokracja, tzn. wola ludu, i to ona formuje dezyderaty dotyczące norm kulturowych, które stają się częścią procesu politycznego, np. w postaci instytucji pamięci, instytucji edukacyjnych. Dlatego też państwo musi uwzględnić ten polityczno-kulturowy impuls, płynący od społeczeństwa, i uwzględnić go w formie prawnej. Nie może powiedzieć, że to jest narodowe, dlatego się tego pozbywam.

Za państwem stoi demokracja, tzn. wola ludu, i to ona formuje dezyderaty dotyczące norm kulturowych, które stają się częścią procesu politycznego, np. w postaci instytucji pamięci, instytucji edukacyjnych. Dlatego też państwo musi uwzględnić ten polityczno-kulturowy impuls, płynący od społeczeństwa, i uwzględnić go w formie prawnej. Nie może powiedzieć, że to jest narodowe, dlatego się tego pozbywam

Czy demokracja może obejść się bez narodu? Czy państwo demokratyczne jest zawsze państwem narodowym?

Z pewnością awans pojęcia narodu jest silnie związany z awansem pojęcia demokracji, istnienia demokratycznego. Państwo – w nowoczesnym sensie tego słowa – jako instytucja powstaje gdzieś mniej więcej na przełomie XV i XVI w., co łączyłbym z nazwiskiem Machiavellego, i z początku jest własnością niewielkiej grupy ludzi: rodziny lub dynastii. Później, już w wieku XIX, kontrolę nad państwem przejmują większe zbiorowości – narody. Ten stan trwa do dziś. W tym sensie samo pojęcie narodu – a co za tym idzie i państwa narodowego – jest oczywistością, podstawą organizacji zbiorowości, która zdominowała całkowicie kulturę europejską. Wzór narodowy stał się wzorem europejskim „eksportowanym” poza naszą cywilizację. Samo pojęcie narodu opisuje jednak wspólnoty nie tylko o charakterze etnicznym, kulturowym, wspólnoty pamięci, lecz także wspólnoty, które mają ambicje polityczne, które tworzą państwo, chroniące dany naród, nadające mu pewne ramy działania i w jakimś sensie też go współtworzące. To obustronna interakcja. Każdy z wielkich, dużych narodów europejskich dąży do powołania swojej organizacji politycznej – czyli państwa – i w jej ramach próbuje wyznaczyć zasadnicze ramy ochrony istnienia własnej wspólnoty kulturowej.

Państwo określane jako narodowe służy swemu narodowi do zachowania tożsamości (wartości wspólnoty decydują o charakterze państwa), czy też świadczy mu jedynie pewne usługi, np. zapewnia dostęp do podstawowej infrastruktury, dróg, szkół, pozostając przy tym organizmem bardziej neutralnym?

Państwo oczywiście służy istnieniu narodu i chce to istnienie umacniać. Naród dominujący próbuje zatem „podbić” inne narody, inne grupy etniczne, które nie są jeszcze narodami, włączyć do swojego obszaru, przy czym ten podbój nie musi dokonywać się drogą wojenną, wystarczy do tego szkolnictwo, służba wojskowa, jednolity system biurokratyczny, narzucający pewien język, model wrażliwości zachowań. Naród dominujący narzuca pewne formy swojego istnienia, wchłaniając często te wszystkie grupy, które są jakoś na poboczu i które wcześniej czy później, co widać choćby na cmentarzach, zmieniają swoją tożsamość. Oczywiście, znamy dziesiątki definicji narodu, np. Znanieckiego, Gellnera, Walickiego, Andersona, ciągle powstają też nowe jak choćby Smitha czy Millera. Kłopot w tym, że nie da się zbudować takiej definicji narodu, na którą wszyscy się zgadzają. Jedno natomiast zdaje się pewne: pojęcie narodu w każdym wypadku ma polityczny desygnat. Dlatego tak ważne jest pytanie o charakter wspólnoty polityczno-kulturowej będącej podstawą i racją istnienia państwa zwanego państwem narodowym.

Może państwo nie musi dziś już jednak umacniać istnienia narodu, a państwo narodowe może przekształcić się w państwo bez narodowego przymiotnika, państwo różnych grup społecznych i różnych narodów?

Tu są możliwe trzy szkoły myślenia. Pierwsza to szkoła konstytucjonalistyczna, która uczy, że istotą państwa jest konstytucja i przestrzeganie reguł prawa. Państwo tak pojęte działa według zasad liberalnie pojętej idei sprawiedliwości, która jest w pewnym sensie ślepa na pochodzenie, religię i kulturę. Jednostki wnoszą pewien udział w reprodukcję państwa poprzez akt wyborczy, płacenie podatków, oczekując w zamian odpowiednich świadczeń. W tej perspektywie ludzie prywatni nie odróżniają się od obywateli. Przeciwstawiają oni swoje interesy aparatowi państwa.
Druga szkoła ma charakter ściśle nacjonalistyczny, tzn. mój naród dominujący ma pełne prawo narzucania swojej woli i ograniczenia praw wszystkich grup etnicznych czy narodowych, które są mniejszościowe. W tym modelu jednostka-obywatel ma prawa i obowiązki, bo jest członkiem państwa-narodu. Nikt kto zamieszkuje państwo, a pochodzi z innej nacji, nie może być de facto częścią wspólnoty polityczno-narodowej i znajduje się poza prawem lub też jego prawa są fundamentalnie ograniczone.

Można rzec, że w perspektywie liberalnej najważniejsza jest ochrona praw i równe traktowanie, ale uczestnictwo w rządzeniu nie jest wartością samą w sobie. Dla nacjonalisty do udziału w rządzeniu wzywani są wszyscy bracia w narodzie i traktowane jest to w kategoriach obowiązku. Mniejszości zostają z tego prawa zasadniczo wykluczone.
Wreszcie trzecia szkoła – mnie najbliższa – to komunitaryzm (i republikanizm), w którym zasadnicze znaczenie ma udział w samorządzeniu wszystkich obywateli niezależnie od religii, pochodzenia narodowego. Owo „my”, wspólnota samorządząca się zależy od wysiłku, jaki wkładamy w kształtowanie jej samowiedzy zbiorowej i od kultury politycznej wolności. Komunitarianie dlatego podkreślają wagę patriotyzmu, identyfikację ze świadomie akceptowaną tradycją własnej wspólnoty polityczno-kulturowej. Charles Taylor myśl tę zawarł w formule: „patriotyzm polega na powszechnej identyfikacji z historyczną wspólnotą odwołującą się do pewnych wartości (…) które obejmują również wolność”. Wspólnota jest czymś tworzonym i zmieniającym się, a zasady konstytucyjne mogą stać się napędową siłą, kiedy zostaną usytuowane w kontekście historii, losu wspólnoty. Owe wspólnoty mogą mieć inny niż narodowy charakter (Szwajcaria, USA, Kanada), ale zawsze pozostaje w tej perspektywie poczucie wspólnego „my” zakorzenionego w kulturze, tradycji i odniesione do przyszłości.

Jak wyglądałoby to jednak w praktyce, w naszym życiu codziennym? Np. zakaz noszenia chust przez muzułmanki na ulicy we Francji wpisywałby się w model nacjonalistyczny, chroniący tkankę chrześcijańskiego narodu Francuzów czy komunitariański, chroniący tradycję świeckiej sfery publicznej?

Byłby to model komunitariański. Rozszerzę Pański przykład. Jeżeli dziecko muzułmańskie chodzi do szkoły we Francji i ma się uczyć według programu francuskiego, to ma się go uczyć niezależnie od tego, czy jego religia i jego tradycje rodzinne, z których się wywodzi, są zgodne czy niezgodne z tym programem. I powiedziałbym, że pewne dominujące wzorce edukacyjne, w tym wzorce ubierania się, takie jak choćby zakaz noszenia chust czy bardzo wyraźnych oznaczeń, które w kulturze lokalnej byłyby oczywiste, w kulturze dominującej, w tym wypadku francuskiej, są niedopuszczalne. Kultura francuzy demokracja może obejść się bez narodu? Czy państwo demokratyczne jest zawsze państwem narodowym?trska w tym sensie chroni swoją hegemoniczną pozycję.

Dlaczego nie może jednak powstać państwo, w którym grupom mniejszościowym nada się pewną autonomię, np. kobietom religijnym pozwoli się nosić chusty? Zwłaszcza, że sama tradycja ciągle poddawana jest przecież reinterpretacji, zmienia się.
Mnie się wydaje, że istnieje coś takiego jak prawo narodu dominującego, prawo narodu-gospodarza, prawo kultury i pamięci, stojące za tym narodem, do zachowania i budowania podstaw tożsamości zbiorowej, która wyraża się w takich a nie innych zachowaniach politycznych. Jeśli podstawą tożsamości politycznej imigrantów jest np. niski poziom tolerancji dla działań negocjacyjnych, szukania kompromisu, to kultura dominująca ma prawo wyraźnie przemówić własnym głosem. Komunitariański model organizacji państwa zakłada, że niezależnie od tego, skąd jako imigranci żeście przyjechali, nieważne, co robicie, musicie przestrzegać norm, które myśmy wytworzyli przez pokolenia. Te normy nie muszą być wpisane do kodeksów prawnych, ale nie ma wątpliwości, że bez nich konstrukcja państwa narodowego będzie niestabilna. Mówiąc jeszcze inaczej, ideał radykalnej neutralności światopoglądowej jest być może szlachetny w swojej intencji, ale jest niemożliwy do utrzymania. Trzeba byłyby wszakże udowodnić, że norma liberalna jest lepsza od kulturowej, a to jest bardzo trudne.

Jest też inny argument, praktyczny. Otóż, wspólnota narodowa ma jakieś formy swojego istnienia, obyczajowości, sposobu jedzenia, ubierania się, i tak dalej, z których nie musi wcale rezygnować w imię normy liberalnej. Nie widzę powodu, dla którego taka wspólnota miałaby w inny niż powolny, ewolucyjny sposób wycofywać się ze swoich nawyków, mało tego – akceptować w swoim obszarze nawyki, które są absolutnie sprzeczne z jej wymaganiami.

Oczywiście, jeśli zagrożeniem dla tej kultury dominującej są małe wspólnoty, jak np. romska, która żyje gdzieś na marginesie, jest niewidoczna, to problem jest niewielki, co innego natomiast, gdy pojawia się wielka wspólnota, która staje się widoczna i domaga się czegoś, zresztą w imię liberalnych praw, co jest niezgodne z tradycją wspólnoty dominującej. (Najczęściej zresztą powołuje się na reguły liberalne, choć sama tych reguł w obrębie swojej wspólnoty nie szanuje.) Wtedy – tak uważam – musimy uznać prawa większości kulturowej, która jest też większością polityczną, do uznawania jej praw. Co więcej, jeżeli ta większość nie będzie broniła swoich praw i jeżeli jej prawa nie będą respektowane, to prawdopodobieństwo pojawienia się szowinizmu stanie się bardzo duże. Siła absorpcyjna kultury europejskiej jest jej wielką zaletą, ale ta nie oznacza biernego przyjęcia każdego sposobu życia; każdorazowo grupa przyjmowana musi zaakceptować przeto kulturę i warunki przez nią narzucane.

Innymi słowy, państwo narodowe w tym ujęciu staje się przede wszystkim gwarantem spójności narodowej, bez względu na to, z jak wielu zróżnicowanych cząstek ten naród się składa.

Można powiedzieć tak: o państwie mogę myśleć w kategoriach liberalnych, państwo musi przestrzegać reguł prawa, administrować sprawiedliwością, itd., ale nie zapominajmy, że za państwem w nowoczesnych formacjach stoi demokracja, tzn. wola ludu. I jeżeli ta wola ludu jest wolą, która formułuje pewne dezyderaty dotyczące norm kulturowych, a one są też częścią procesu politycznego, chociażby w postaci instytucji pamięci, tego, co się pamięta, instytucji edukacyjnych, tego, czego się uczy w szkole, to ten polityczno-kulturowy impuls, który płynie od społeczeństwa, wyborców, państwo musi uwzględnić, zamienić w formę prawną, nie może powiedzieć, że to jest narodowe, dlatego ja się tego pozbywam. Poza tym mnie się wydaje, że w ogóle powinniśmy docenić wartość narodu. Uważam, trochę myśląc przez Ortegę y Gasseta, że naród jest siłą budującą. Nie sądzę przy tym, by ktokolwiek z nas mógł spojrzeć na siebie inaczej niż z perspektywy narodu, w którym się wychował, lub z perspektywy narodu, do którego się uczy. W ten sposób lepiej rozumie się własną specyfikę i własną odrębność, również z punktu widzenia procesu demokratycznego. Demos to też przecież wspólnota – wspólnota losu i wspólnota przeznaczenia – która jest obecnie opisywana w kategoriach narodowych.

Tekst jest częścią bloku tekstów z listopadowego numeru „Znaku” poświęconych tematyce demokracji.


Czy nie znajdujemy się jednak obecnie w sytuacji, w której te spójne tożsamości narodowe coraz bardziej się rozpuszczają, coraz mniej ludzi czuje się związanymi tylko z jedną tradycją kulturową lub z dominującą tradycją religijną? Dziś – jak się zdaje – kultura narodowa, a za nią państwo narodowe, które tworzy np. instytucje edukacyjne, kulturalne, socjalizuje nas i nasze dzieci do życia w pewnym określonym narodowym środowisku, ta dominująca kultura nie ma dziś już tak dużego znaczenia. Sytuacja nieuchronnie się zmienia.

Tak, zmienia się, ale nic nie wskazuje na to, mimo ogromnej wymiany kulturowej, turystyki, by pojęcie narodu zniknęło lub znikało.

Nie twierdzę, że zniknie, ale że będzie więcej narodów w jednym państwie lub że pluralizm grupowy wpłynie na kształt tegoż państwa. W tym sensie mówienie o państwie narodowym być może straci sens, będziemy raczej mówić o państwie i narodzie/narodach.

Wątpię, przywiązanie do tradycji narodowej jest bardzo silne, a najlepiej to widać po imigrantach. Oni przecież najlepiej się czują z osobami, które są do siebie podobne; trudno pokonać tę barierę między różnymi grupami. Otaczająca nasze życie warstwa kulturowa jest tak gęsta, że nie możemy z niej po prostu wyjść.

Jak moglibyśmy jednak zmienić nasze myślenie tak, by znaleźć w nim miejsce dla grup, które już od dwóch, trzech pokoleń żyją w danej wspólnocie, ale ich tożsamości, np. religijne, nie mogą zyskać należnego im miejsca w dyskursie publicznym? Zdaje się, że struktura naszego myślenia – założona w strukturze demokratycznego państwa narodowego – jest niedostosowana do tego, by radzić sobie z takimi problemami.

Pewnie nie jest dostosowana. Nasz odruch w tego rodzaju sprawach rzeczywiście jest odruchem dominacji. Mówimy: mieszkamy na tej ulicy od pradziadów i nikt nie będzie nam mówił, co mamy robić, jak żyć. Jest taka tendencja, ale ludzie, którzy tak mówią, nie są osobami, które są pozbawione całkowicie racji! Zaryzykuję tu stanowisko bardziej narodowe i powiem tak: jeżeli ci ludzie wytworzyli pewną substancję kultury materialnej, w której zawiera się pewne doświadczenie czasu, doświadczenie przestrzeni, to mam wrażenie, że jeżeli to jest cześć naszej kultury, to też wymaga ochrony. Moim zdaniem przekonanie, że mniejszościom coś się należy, nie może stać się automatycznym prawem. Nie ma obowiązku, by demos musiał ulegać wpływom mniejszości, musiał rezygnować ze swojej tożsamości, wstydzić się tej tożsamości. Mniejszości powinny mieć prawo do rozwijania swojej kultury, religii, szanowania swej przeszłości, ale nie zmienia to faktu, że pozostają mniejszościami. Dziś przeżywamy swoistą tyranię mniejszości. Wymagamy, by spojrzeć na siebie oczami mniejszości, i to jest dobre, ale wiele środowisk wykorzystuje tę wrażliwość i buduje na tym dość agresywną, by nie powiedzieć autorytarną politykę.

Ale czy nie odwracamy w ten sposób uwagi od problemu, który jest gdzieś indziej? Dajmy na to, zakazujemy noszenia chust przez muzułmanki, ale nie chcemy widzieć, że mamy do czynienia z odmiennymi formami religijności, ze zmienionym statusem kobiet.

Używam przykładu chusty trochę na zasadzie ilustracji sposobu, w jaki liberalna bądź co bądź kultura francuska próbuje sobie poradzić z problemem odmienności, z zachowaniem konsensusu. Pozostaje tylko kwestia, że jeżeli nawet przyjmiemy doktrynę liberalną, którą tak kochamy, tak cenimy, uznajemy za wielką wartość, to zapominamy, że ona też jest wytworem europejskiej kultury. By istniał liberalizm musi istnieć jakieś podłoże kulturowe, zmysł kompromisu, szacunku dla prawa, poczucia wagi osoby ludzkiej, indywidualizmu i tak dalej. Nie ma doktryny politycznej, która spada z nieba, ona zawsze jakby wyrasta z tkanki kultury i o tyle, o ile ta tkanka może być zagrożona przez radykalne żądanie inności, przez radykalne kwestionowanie tego dominującego nurtu, to ja uważam, że ta kultura ma prawo się bronić, ma prawo powiedzieć stop.

Innymi słowy, istnienie państwa z silnie przestrzeganymi regułami liberalnie pojętej sprawiedliwości, jest możliwe tylko w obrębie tej kultury, i ochrona tego państwa jest zarazem ochroną pewnego dziedzictwa kulturowego. Nawet jeżeli feministki, czy jakieś inne ruchy mniejszościowe, będą kontestować dominującą kulturę, bo jest niesprawiedliwa, bo niszczy kobiety, itd., to tak czy inaczej nawet jeżeli uważają, że mają monopol prawdy na swój pogląd, to nie mogą zakwestionować reguły kompromisu i pluralizmu, tego, że żyją w kulturze kompromisu, kulturze demokratycznej, która jest podstawą nowoczesnego państwa.

Powracając zatem do początkowego pytania: czy demokracja może istnieć tylko w formie narodowej? Nasze wybory demokratyczne nie będą możliwe w grupach zorganizowanych według odmiennych zasad?

Demokracja wymaga demosu, który rozpoznaje siebie jako choćby luźną wspólnotę. Rozpoznaje się we wspólnocie języka, pamięci, edukacji, praw, władz. Mogą w niej brać zarówno udział obywatele państwa (na szczeblu państwowym), jak i nie-obywatele (na szczeblu lokalnym). Jednak demokracji nie da się zarządzić w tak rozrzedzonej wspólnocie jak Unia Europejska. Jest to zresztą powodem poważnej sprzeczności. Istnieje już de facto jakiś rodzaj państwowości europejskiej i europejskiego rządu, ale ten ma wyjątkowo skąpe podstawy demokratyczne. Trudno żeby było inaczej. Nasza znajomość problemów innych krajów jest słaba, a poza tym przyznajemy, że najlepiej swoje problemy zdefiniują we Włoszech Włosi, w Polsce Polacy. Nie ma demokracji gdzie nie ma demosu, a demos w naszych czasach występuje w narodowym kostiumie.


PAWEŁ ŚPIEWAK – socjolog; specjalizuje się w historii idei, interesuje się myślą konserwatywną i liberalną oraz problematyką przemian politycznych i społecznych w Polsce i Europie Środkowej. Jest autorem wielu książek, wśród nich: Ideologia i obywatele (1991), W stronę wspólnego dobra (1998), Midrasze: księga nad księgami (2004) i Pamięć po komunizmie (2005). Jest profesorem w Instytucie Socjologii UW, gdzie kieruje Zakładem Historii Myśli Społecznej, jest także członkiem Collegium Invisibile. Od początku lat 70. działał w opozycji demokratycznej, zaś w latach 2005–2007 był posłem na Sejm RP. W październiku 2011 r. został dyrektorem Żydowskiego Instytutu Historycznego. Współpracuje z wieloma czasopismami („Więź”, „Tygodnik Powszechny”, „Kultura Liberalna”, „Wprost”)

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata