70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Filologowie vs. teologowie: Co Bóg miał na myśli?

Tłumacz chce, aby jego przekład się podobał, a uczony dąży wyłącznie do poznania prawdy, nawet najmniej atrakcyjnej. Jest to jedno ze źródeł rozbieżności między tym, co można wyczytać z obszernych komentarzy do Biblii, a tym, co można znaleźć w przekładach.

Czy Bóg stworzył niebo i ziemię?
Tak jest napisane w Biblii.

Trzy lata temu świat obiegła wiadomość, że holenderska badaczka Biblii dowiodła, iż Bóg wcale nie stworzył świata, a jedynie oddzielił niebo od ziemi…

Ellen Van Wolde faktycznie przedstawiła nową interpretację czasownika użytego w pierwszym zdaniu Księgi Rodzaju, jednak bibliści przez te trzy lata dopatrzyli się w jej argumentacji kilku słabości, więc jej twierdzenia pozostały hipotezą. I tak np. zwrócono uwagę, że czasowniki znaczące „oddzielić” wymagają dopełnienia w postaci przyimka „od” (jak w „oddzielić coś od czegoś”) lub „między” (jak w „rozróżniać między czymś a czymś”), a tymczasem czasownik tradycyjnie tłumaczony jako „stworzyć” ani razu z takimi przyimkami w Biblii się nie pojawia. Zauważono też, że tego samego czasownika, co w pierwszym zdaniu Księgi Rodzaju, używa się w innych fragmentach Biblii w kontekstach, w których tłumaczenie „oddzielić” jest niemożliwe, np. prorok Amos (4, 13) powiada, że Bóg „stwarza wiatr”. Chciałbym zapytać prof. Van Wolde, od czego Bóg oddziela wiatr.

Czy sądzi Pan, że usłyszymy jeszcze o podobnych – choć może trudniejszych do obalenia – kontrowersjach związanych z rozumieniem słów Biblii?

Tak. Są pewne słowa czy wyrażenia, które pojawiają się w Biblii rzadko, np. tylko raz lub dwa, a na dodatek niekiedy w niejasnym kontekście. Takie wyrażenia przestały być zrozumiałe dawno temu, wskutek czego kopiści, przepisujący teksty biblijne zanim wynaleziono druk, popełniali właśnie w tych miejscach błędy literowe, co oczywiście jeszcze bardziej utrudniło właściwą interpretację trudnych fragmentów. A wśród nich są i takie, które obrosły w rozmaite interpretacje teologiczne, jak np. fragment, który w Biblii Tysiąclecia (BT) tak przetłumaczono: „niewiasta zatroszczy się o męża” (Jr 31, 22) – dawniejsi egzegeci odnosili te słowa do Matki Bożej i Jej Syna, a dziś uważa się je za niezrozumiałe.

Wielkie odkrycia archeologiczne, których dokonano w XIX i XX w., pomogły zrozumieć wiele wcześniej niejasnych lub błędnie interpretowanych fragmentów Biblii. Odkryto m.in. dużo tekstów w języku ugaryckim, bardzo podobnym do hebrajskiego biblijnego, w którym spisano różne utwory literackie, co prawda nie na cześć Jahwe tylko na cześć Baala. Okazuje się, że teksty te zawierają podobne wyrażenia, co niektóre niejasne fragmenty Biblii. Dzięki temu pewne wersety biblijne jesteśmy dziś w stanie tłumaczyć lepiej niż 100 lat temu. Nie rozwiązano jednak jeszcze wszystkich trudności interpretacyjnych, zatem nie jest wykluczone, że w przyszłości, dzięki nowym odkryciom archeologicznym, zmieni się nasze rozumienie niektórych fragmentów Biblii. Jednak takie rewolucje egzegetyczne będą dotyczyć raczej pojedynczych, rzadko używanych w Biblii wyrażeń, nie zaś całości tekstu biblijnego ani idei czy konceptów często w nim się pojawiających, w kontekstach raczej jednoznacznych, a do takich należy kwestia stworzenia świata przez Boga.

Czy zmiany w tłumaczeniach mogą spowodować zmiany w teologii?

Oczywiście, przecież teologia chrześcijańska to w dużej części interpretacja Biblii. Są w Biblii fragmenty, którym teologia przypisuje duże znaczenie, a których interpretacja (zatem i tłumaczenie) bynajmniej nie jest oczywista. Podam jeden przykład. Kiedy Bóg ukazał się Mojżeszowi w krzaku gorejącym, Mojżesz nalegał, aby Bóg wyjawił mu swoje imię. Bóg udzielił odpowiedzi, którą jedni uważają za wymijającą, a inni za rzeczową. Ja należę do tych pierwszych i uważam, że odpowiedź Boga należy tak tłumaczyć: „Jest mi obojętne, jakim imieniem będziesz się do mnie zwracał”.

Widzę zdziwienie na Państwa twarzach – całkiem uzasadnione. Tradycyjnie tłumaczy się bowiem tę odpowiedź tak: „Jestem, który jestem”. Proszę zwrócić uwagę, że ten przekład zawiera błąd gramatyczny, z którego powodu zdanie to nie ma sensu. Przekład bpa Romaniuka: „Ja jestem Tym, który jest”, jest gramatycznie bezbłędny, rozumiemy go bez trudu, domyślamy się, że zdanie takie wypowiedziane przez Boga może być przedmiotem głębokich rozważań teologicznych. Nie taki jest jednak sens oryginału, który niedwuznacznie daje tu do zrozumienia, że to, czego zdanie dotyczy, zatem kwestia imienia Bożego, nie ma dla mówiącego, czyli Boga, żadnego znaczenia.

Dlaczego Mojżesz usłyszał taką właśnie odpowiedź? W religiach politeistycznych jest bardzo istotne, by każdy z bogów miał swoje imię. Bo jak inaczej ludzie mogliby adresować swe modlitwy czy ofiary? Objawiający się zaś Mojżeszowi w krzaku Bóg, oznajmia mu, że jest jedyny, że poza Nim nie ma żadnych innych bóstw, dlatego też można się do Niego zwracać rzeczownikiem pospolitym „Boże”, tak jak dziecko zwraca się do rodziców „Mamo”, „Tato”, a nie po imieniu, bo ma jednego ojca i jedną matkę. Nasi czytelnicy z pewnością zadają sobie pytanie, skąd wiem, że odpowiedź Boga dana Mojżeszowi z krzaku gorejącego znaczy coś zupełnie innego niż jej tradycyjne tłumaczenia. Dla mnie argumentem rozstrzygającym są ustalenia filologiczne. Zauważono, że zdań zbudowanych podobnie jak owa wypowiedź Boga jest w Biblii więcej, i zawsze pojawiają się one w kontekście, który wskazuje na sens „to, o czym mowa, jest obojętne”. Nie zaskakuje mnie jednak fakt, że tę samą konstrukcję gramatyczną ci sami tłumacze raz przekładają tak: „Upieczcie, co chcecie upiec” (BT, Wj 16, 23), tj. upieczcie, co tylko chcecie, a raz tak: „Jestem, który jestem”. Tłumacze mają swoje powody, aby trzymać się tradycyjnej interpretacji, wbrew znanym im przecież ustaleniom filologicznym.

Ale konsekwencje przyjęcia takiego a nie innego tłumaczenia wspomnianego wersetu są przecież niezwykłe! Św. Tomasz z Akwinu w oparciu o to jedno zdanie stworzył całą teorię bytu, która weszła na trwałe nie tylko do teologii chrześcijańskiej, lecz zaważyła także na kształcie całej filozofii Zachodu, a szerzej także na naszym myśleniu nie tylko o Bogu, ale o nas samych, o otaczającym nas świecie…

Chyba właśnie dlatego, że tłumacze zdają sobie sprawę, że pewne fragmenty Biblii, źle zinterpretowane przed wiekami, stały się podstawą wielu idei teologicznych, tradycyjna, ale z filologicznego punktu widzenia błędna interpretacja pokutuje we współczesnych przekładach. Może być jeszcze jeden powód takiej praktyki. Prawie każdy tłumacz, nie tylko Biblii, chce dokonać przekładu, który zyska aprobatę czytelników. Być może tłumacze boją się, że gdyby zamiast „Jestem, który jestem” Bóg rzekł „Jest mi obojętne, jakim imieniem będziesz się do mnie zwracał”, to czytelnik czułby zawód, że w tak kluczowej scenie objawienia padają nie głębokie stwierdzenia teologiczne, lecz banalne uwagi dotyczące technicznych kwestii komunikacji. Tym właśnie różni się interpretacja tekstu dokonywana przez filologa od praktyki tłumaczeniowej. Tłumacz chce, aby jego przekład się podobał, a uczony dąży wyłącznie do poznania prawdy, nawet najmniej atrakcyjnej. Jest to jedno ze źródeł rozbieżności między tym, co można wyczytać z obszernych komentarzy do Biblii a tym, co można znaleźć w przekładach.

Czy jest więcej takich fragmentów, tzn. zarazem kontrowersyjnych i kluczowych dla teologii czy szerzej religii?

Tak. Są fragmenty teologicznie doniosłe, które zdaniem filologów należy zupełnie inaczej rozumieć niż to zostało przyjęte w praktyce przekładowej. W Księdze Kapłańskiej czytamy: „masz kochać bliźniego swego, jak siebie samego” – tak to brzmi w tradycyjnych przekładach. Natomiast faktycznie werset ten znaczy najprawdopodobniej: „masz kochać bliźniego swego, który jest taki sam jak ty”. Ludzie Starego Testamentu znali pojęcie kochania kogoś tak jak siebie samego. Pojawia się ono np. dla wyrażenia miłości, jaką darzył Dawid swego przyjaciela Jonatana, ale w tym przypadku użyto zupełnie innego zwrotu niż ten, jaki spotykamy w zacytowanym fragmencie Księgi Kapłańskiej. Werset ów nie mówi bowiem w istocie, iż należy kochać każdego człowieka jak siebie samego, tylko że należy kochać wyłącznie tych ludzi, którzy są do nas podobni, a więc naszych współplemieńców. Znaczenie to harmonizuje z etyką Starego Testamentu, którą w dużej mierze kształtowała nadrzędna zasada, by pozytywne uczucia ograniczać jedynie do swoich ziomków. Uniwersalizm, który rozszerzył nakaz miłości na wszystkich ludzi, pojawia się w judaizmie dość późno.

To jest zdanie często później powtarzane przez Jezusa…

Tak, ale słowa Chrystusa zachowały się w wersji greckiej, która może znaczyć tylko „kochać bliźniego swego jak siebie samego”. Jeśli przyjmujemy, że Biblię stanowi i Stary i Nowy Testament łącznie, to można powiedzieć, że Chrystus zreinterpretował po swojemu pisma wchodzące w skład Starego Testamentu. Jeśli więc tłumacz przyjmuje, że Nowy Testament jest równie natchniony jak Stary i razem stanowią nierozerwalną całość, to może on też uznać, że tłumacząc Stary Testament należy go interpretować w świetle Nowego Testamentu. Nawet jeśli jest nieprawdopodobne, aby autorzy ludzcy Starego Testamentu przewidywali, że po wiekach ich słowa zostaną zupełnie inaczej zrozumiane przez Chrystusa. Dla filologa nie ma to znaczenia, że ktoś zrozumiał sporny werset biblijny inaczej, niż to wynika z analizy naukowej tekstu, ale dla człowieka wierzącego może to być ważniejsze niż wszelka argumentacja filologiczna.

Wydaje się jednak, że człowiek wierzący także powinien znać te kontrowersje interpretacyjne, że pozwoliłoby mu to lepiej poznać Jezusa, a w konsekwencji być może także lepiej rozumieć swoją wiarę.

Zgadzam się. Ludzie wierzący powinni wiedzieć, jak filologowie interpretują pewne fragmenty, gdyż dzięki temu mogą być przygotowani do dyskusji z ludźmi niewierzącymi, dla których takie rozbieżności między naukową a religijną interpretacją tekstów świętych są często orężem w polemice. Wiedząc, że filologia odrzuca tradycyjne rozumienie pewnych fragmentów Biblii nie musimy przecież zmieniać z tego powodu treści swej wiary religijnej. Weźmy jako przykład zapowiedź przyjścia Mesjasza na skutek niepokalanego poczęcia. Najprawdopodobniej dotyczący tego werset w Księdze Izajasza nie znaczy, że pocznie i porodzi syna dziewica, tylko szerzej – kobieta, a nawet mężatka, czyli prawdopodobnie już nie dziewica. W Starym Testamencie dziewictwo kobiet miało duże znaczenie i dlatego istnieje w języku hebrajskim wyraz znaczący „dziewica”, ale to nie jego użył Izajasz w proroctwie. Jednak już w Septuagincie, greckim przekładzie Starego Testamentu, dla oddania hebrajskiego wyrazu znaczącego „młoda kobieta” użyto słowa greckiego, które oznacza wyłącznie dziewicę. I właśnie tę wersję grecką cytują ewangeliści. Jeśli zatem czytelnik wierzy, że Nowy Testament jest tak samo natchniony jak Stary, to ma prawo reinterpretować werset Izajasza zgodnie z tym, jak rozumieli go ewangeliści.

Jaki przekład jest zatem najlepszy dla człowieka wierzącego? Taki, który będzie zachowywał tradycję, czy taki, który uwzględnia przede wszystkim racje filologiczne?

Myślę, że najlepszy przekład to taki, który jest opatrzony dobrymi komentarzami, w których podaje się warianty tłumaczeń i przytacza racje za nimi stojące. Zresztą Kościół katolicki akceptuje wyłącznie przekłady komentowane. Jest to bardzo dobre podejście, bo naprawdę trudno w jednym przekładzie zawrzeć kilka interpretacji często prawie tak samo uprawnionych.

Czy w świetle dotychczasowych rozważań może Pan jako filolog powiedzieć, że Biblia jest dobrze przetłumaczona?

Przekładów Biblii jest mnóstwo, są wśród nich lepsze i gorsze.

A co dla filologa oznacza dobry przekład?

Dobry przekład to przekład wierny, czyli taki, którego odbiorca reaguje na tekst w sposób zbliżony do tego, w jaki reaguje na oryginał odbiorca tegoż. Na tę reakcję składają się różne elementy, np. rozumienie tekstu, czyli przypisanie tekstowi konkretnego znaczenia. Jeśli tak rozumieć wierność przekładu to przekład „Jestem, który jestem” czy „Miłuj bliźniego swego jak siebie samego” nie jest wierny, bo dzisiejszy czytelnik polski przypisuje temu tekstowi inne znaczenie niż przed wiekami czytelnik oryginału. Ciekawe natomiast, że zupełnie inaczej „wierność przekładu” rozumieją ludzie niebędący przekładoznawcami. Okazało się, że za najwierniejszy przekład uważają oni najczęściej tłumaczenie jak najbardziej dosłowne, ale jeszcze zrozumiałe.

Kiedy jednak ta reakcja, będąca rękojmią wierności przekładu, jest taka sama lub jak najbardziej zbliżona do tej, jaka charakteryzowała odbiorcę oryginału?

Najważniejsze, by przekład miał to samo znaczenie, co oryginał, na co już zwróciliśmy uwagę. Jeśli oryginał jest zrozumiały, a przekład nie, to taki przekład na pewno nie jest wierny. Spójrzmy na przekład Izajasza 61, 10: „Ogromnie się weselę w Panu” (BT) – jest on niezrozumiały, tj. nie wiadomo, co znaczy w tym kontekście wyrażenie „w Panu”. Oryginał jest zrozumiały i znaczy „cieszę się z Boga”. Albo tradycyjny przekład Rdz 24, 2: „Połóż mi swą rękę pod biodro” (BT) – polski czytelnik nie rozumie ani jaki ruch czy gest ma wykonać sługa Abrahama, do którego patriarcha zwraca się w tych słowach, ani też, po co miałby to robić. Czytelnik oryginału rozumie, że Abraham prosi, aby sługa wykonał zwyczajowy gest towarzyszący przysiędze, a polegający na dotknięciu części ciała, służących do płodzenia potomstwa, które w tamtych czasach uważano za najcenniejsze dobro w życiu człowieka. Nawiasem mówiąc, redaktorzy przekładu Pisma św., zwanego Biblią Paulistów, poprosili mnie, abym przekład skorygował przed publikacją. Zaproponowałem, aby ten właśnie werset tak tłumaczyć: „Podnieś rękę i przysięgnij mi”, czyli aby zastąpić oryginalny gest takim, który w naszej kulturze towarzyszy przysiędze. Jako wyjście alternatywne, ale w sumie pół żartem, podałem przekład, który w przeciwieństwie do BT przynajmniej zrozumiale opisuje oryginalny gest: „Włóż mi rękę między nogi” – co oczywiście wymagałoby wyjaśnienia w przypisie, co taki gest znaczył. Byłem niemało zdziwiony, gdy w opublikowanej wersji znalazłem właśnie ten drugi przekład, który czytelnika może szokować. Ale wróćmy do zagadnienia wierności przekładu. Nawet jeśli oryginał i przekład mają to samo znaczenie, tłumaczenie może być niewierne stylistycznie. Np. ks. Stanisław Łach tak przetłumaczył Rdz 19, 16: „[aniołowie] uchwycili […] rękę obu jego córek i wyprowadzili za miasto” – rozumiemy bez trudu, że aniołowie złapali te dziewczyny za ręce i siłą wyprowadzili z Sodomy. Jednak przekład ks. Łacha nas śmieszy, bo sugeruje, jakoby córki Lota miały jedną wspólną rękę. Oryginał ani nie zawiera takich absurdalnych sugestii, ani nie jest śmieszny w tym miejscu, z czego wynika, że przekład ks. Łacha nie jest wierny.

Jakie są przyczyny różnic między oryginałem a przekładem?

Powodów, dla których nawet najlepszy przekład zawsze jakoś różni się od oryginału, jest wiele. Czytelników może zainteresować jeden czynnik, który moim zdaniem bardzo wpływa na to, że wiele przekładów Biblii poważnie odbiega od oryginału stylistycznie, a często i znaczeniowo. Jak już mówiłem, tłumacz prawie zawsze stara się tak tłumaczyć, aby przekład podobał się czytelnikom. Jeśli tłumacz sądzi, że oryginał jest pod jakimś względem niedoskonały, to stara się go poprawić w przekładzie. Tak też dzieje się z Biblią. Są w Biblii wyrażenia, które mają w oryginale dość banalne znaczenie, a w przekładach zdają się nabierać niezwykle głębokich treści. Przykładem może być Ps 24, 6 w przekładzie bpa Romaniuka: „Oto ludzie, którzy Go szukają, to ci, co Twego oblicza szukają”. Tłumaczenie to zawiera metaforę, którą moim zdaniem polski czytelnik zrozumie w ten sposób, że mowa o ludziach, którzy wysiłkiem umysłowym czy poprzez obserwację świata poszukują jakichś dowodów na istnienie Boga, albo może próbują poprzez kontemplację rzeczywistości dociec natury jej Stwórcy. Można też to tłumaczenie odnieść do tych, co poszukują prawdziwej religii, tj. mają krytyczny i pełen wahań stosunek do doktryn religijnych, ale zarazem odczuwają potrzebę transcendencji. Tymczasem oryginał wyraża tu bardziej banalne znaczenie: „oto ludzie, którzy zabiegają o łaskę Boga”. Rozumiem, że wielu tłumaczy odczuwa pokusę, aby wyrazić w przekładzie głębokie i subtelne znaczenia, których nie ma w oryginale, i stąd tłumaczenie jak u bpa Romaniuka.
Jeśli natomiast chodzi o styl, to w oryginale Stary Testament nie brzmi jakoś szczególnie osobliwie, gdy się go porówna z innymi tekstami hebrajskimi, jemu współczesnymi. W starożytnym Izraelu uważano, że teksty sakralne – traktujące o Bogu i życiu religijnym – powinny być utrzymane w takim samym stylu jak teksty literackie dotyczące zagadnień świeckich. Skąd to wiadomo? Otóż odkryto pochodzącą z tamtego czasu korespondencję i okazało się, że w listach prywatnych dotyczących np. transakcji handlowych występują takie same zwroty jak w tekstach biblijnych. Ponieważ przez wieki uważano przekład dosłowny za najwierniejszy, kalkowano w przekładach hebrajskie konstrukcje gramatyczne i tak powstał w polszczyźnie tzw. styl biblijny, którego używanie w tłumaczeniu powoduje jednak automatycznie jego niewierność wobec oryginału, który brzmi dokładnie tak samo, jak inne ówczesne teksty hebrajskie, o charakterze świeckim.

Gdyby dzisiaj ktoś napisał list, naśladując ów polski styl biblijny, to wywołałoby to co najmniej zdumienie, bo przecież taki styl przystoi tylko tekstowi sakralnemu. W czasach biblijnych natomiast nie uważano, że tekstom sakralnym przysługuje jakaś specjalna odmiana stylistyczna języka, lecz, że o tym, co boskie, powinno się mówić w taki sam prosty, zrozumiały dla wszystkich sposób, jak w przypadku spraw ludzkich. Z biegiem stuleci zaś europejscy czytelnicy Biblii na skutek lektury dosłownych jej przekładów doszli do wniosku, że teksty sakralne muszą być utrzymane w zupełnie innym stylu niż teksty dotyczące zagadnień świeckich.

Oddzielono sacrum od profanum

Tak i ten podział na sacrum i profanum zgodnie z oczekiwaniami współczesnych czytelników Biblii powinien odzwierciedlać się nie tylko w tematyce, lecz także w samym języku tekstu sakralnego. Tłumacze znają te oczekiwania i się do nich dostosowują, choć oznacza to niewierność wobec oryginału.

Czy podejście to różni tłumaczenie Biblii od tłumaczenia zwykłej książki?

Między innymi. Gdy ktoś tłumaczy np. średniowieczną literaturę francuską, to stara się, żeby tłumaczenie naśladowało polski tekst średniowieczny. Jeśliby zatem chcieć przełożyć Biblię wiernie, mając na uwadze jej styl, to należałoby dążyć do tego, by brzmiała ona mniej więcej jak powieść polska sprzed 100 lat. Nie tyle z tego powodu, że Biblia jest tekstem starożytnym, lecz także dlatego, iż, jak dowiedziono, oryginał Biblii jest napisany stylem literackim z lekka archaizującym, różniącym się nieco od ówczesnego języka potocznego. Wobec tego należałoby ją tak tłumaczyć, aby brzmiała dla dzisiejszego czytelnika jak np. powieści Sienkiewicza.

Co Pana skłoniło do naukowego zajmowania się Biblią i jej przekładami?

Biblia ma duże walory literackie, których nie mają jej przekłady. Mam taki gust literacki, że podobają mi się książki, które są napisane językiem prostym, klarownym i konkretnym, a przy tym poruszają pewne uniwersalne zagadnienia. Duża część Biblii to teksty narracyjne. Ja osobiście narrację, a nie liryczność (a już w żadnym razie nie abstrakcję) uważam za kwintesencję literatury. Właśnie ta konkretność Biblii i prostota jej języka stanowi dla mnie jej urok. Pod tym względem przypomina mi ona trochę wiersze Tadeusza Różewicza. Biblia jako tekst literacki może też przypaść do gustu osobom raczej pesymistycznie zapatrującym się na rzeczywistość, jako że wielu spośród jej autorów to osoby pozbawione złudzeń np. co do natury ludzkiej. Mimo że Biblia jest podstawą wiary religijnej wielu ludzi, wyraźna jest w niej pewna skłonność do materializmu, co może pociągać dzisiejszego człowieka, któremu, jak powiedział zdaje się Herling Grudziński, amputowano duszę.

Dlaczego dziś Biblię zazwyczaj tłumaczą zespoły, a nie pojedynczy ludzie?

Dzisiaj także zdarza się, że ktoś w pojedynkę przetłumaczy całą Biblię, jak to zrobił kilka lat temu bp Kazimierz Romaniuk. Jednak w przypadku przekładów, które mają potem otrzymać oficjalną aprobatę Kościoła, lepiej jeśli jest to zespół, bo wtedy wchodzący w jego skład księża, którzy niekoniecznie są biblistami, za to znają teologię katolicką i doktrynę Kościoła, mogą na bieżąco czuwać nad tym, aby przekład spełniał formalne wymogi stawiane przekładom katolickim.

Czy przekłady zbiorowe są lepsze niż indywidualne?

Zespołowy charakter pracy nie gwarantuje wysokiej jakości przekładu, która zależy od tego, kto tworzy zespół i jak praca jest zorganizowana. Często zdarza się, że bibliści dokonują przekładu, po czym jest on oddawany do sprawdzenia i korekty literatom, którzy nie znają oryginału. I niestety, efekt takiej współpracy przeważnie nie jest zadowalający. Tak było w przypadku Biblii Tysiąclecia. Dokonali tego przykładu bibliści, nie dbając w żadnej mierze o nadanie tekstowi waloru literackości, a następnie został on przekazany pisarzom, by o ten aspekt go wzbogacili. To się nie udało gdyż, jak się domyślam, literaci nie śmieli zwrócić uwagi biblistom, że dany fragment źle brzmi po polsku, bo nie czuli się uprawnieni do wydawania opinii, czy jest to adekwatny przekład. Mogło być też tak, że bibliści nie uważali, aby uwagi krytyczne osób nieznających oryginału miały większą wagę. Zatem najlepiej, aby Biblię tłumaczył ktoś, kto zarówno zna język oryginału, jak i włada literacką odmianą języka docelowego.

Problemem natomiast jest zapewne ogrom wiedzy, którą powinien posiadać tłumacz porywający się samotnie na teksty biblijne…

Wcale nie tak trudno jest dobrze przełożyć Biblię. Po pierwsze, nie jest to tak bardzo obszerny tekst, jak mogłoby się wydawać (np. Talmud w porównaniu z Biblią jest o wiele obszerniejszy). Po drugie, wiele tekstów biblijnych jest do siebie podobnych, więc jeśli uda nam się dobrze przełożyć jeden z nich, to z łatwością poradzimy sobie też z kilkoma innymi. W przypadku zaś trudnych do przetłumaczenia miejsc dysponujemy setkami komentarzy. Po trzecie, tłumacz Biblii ma dziś do dyspozycji mnóstwo pomocy: przede wszystkim ogromną ilość przekładów na inne języki, jak również słowników, encyklopedii, kompendiów, tak że naprawdę nie trzeba czytać dziesiątków książek, aby z trudem wyniesioną z nich wiedzę zastosować do konkretnego wersetu. Po prostu wpisujemy numer wersetu w wyszukiwarce internetowej i wiemy, gdzie szukać wyjaśnień, co on oznacza i jakie są z nim trudności. Wszystko to odróżnia warunki, w jakich pracuje tłumacz-biblista, od sytuacji, w jakiej znajduje się np. tłumacz powieści nigdy dotąd nieprzełożonej na żaden inny język, kiedy to samodzielnie musi dochodzić wszystkich znaczeń. Żeby dobrze tłumaczyć Biblię, wystarczy się dobrze nauczyć hebrajskiego biblijnego, a nie jest to trudne, bo charakteryzuje się on ubogą fleksją i dość ograniczonym słownictwem.

Choć Biblię w zasadzie można także dobrze tłumaczyć, w ogóle nie znając języka oryginału, co też się robi! Jan Kochanowski nie znał hebrajskiego, a przetłumaczył Psalmy bardzo dobrze, dlatego że porównał kilka łacińskich przekładów i domyślił się, co może znaczyć oryginał. W naszych czasach podobnie postąpił Bohdan Drozdowski, który parę lat temu także wydał przekład Psalmów, w ogóle nie zaglądając do oryginałów. Porównał po prostu ze sobą kilkanaście polskich przekładów i zastanowił się, jak te treści dobrze, pięknie wyrazić po polsku. Nie zawsze utrafił w styl oryginału, ale wiele jego pomysłów wartych jest pochwały.

Jednak inny wysoko ceniony za walory literackie przekład Biblii, mianowicie autorstwa Czesława Miłosza, ostro Pan krytykował. Dlaczego?

Tak, to prawda. Przede wszystkim dlatego, że nie jest to wcale przekład literacki. Gdybym nie wiedział, że dokonał go poeta, noblista, to sądziłbym, że wyszedł spod pióra biblisty, który w życiu nie przeczytał ani jednego wiersza napisanego oryginalnie po polsku. Miłosz nie mógł uzyskać innego efektu, skoro postanowił przetłumaczyć tekst dosłownie. Za przekłady poetyckie należy uznać te dokonane przez Drozdowskiego, Kochanowskiego, czy Karpińskiego.

Wydobycie literackiego aspektu tekstów biblijnych wydaje się szczególnie istotnym wyznacznikiem dobrego przekładu. Dla wielu ludzi słowa Biblii to słowa żywe, a jako takie powinny przemawiać nie tylko poprzez treść, lecz także poruszać w swej warstwie formalnej.

Współczesnych przekładów pod tym względem nie można określić jako szczególnie wiernych, gdyż w swej warstwie językowej nie oddziałują one tak mocno na uczucia czytelników, jak oryginał na jego odbiorców. Nierzadko zdarzają się w Biblii kalambury, gry słowne, które mają czytelnika olśnić, sprawić mu estetyczną przyjemność. Przekłady rzadko oddają te literackie walory oryginału Biblii i dlatego współczesny człowiek, czytając Biblię w przekładzie, może nie mieć wrażenia, że są to teksty natchnione, a więc doskonałe także pod względem literackim. Podczas gdy oryginał jest często bardzo literacko wyrafinowany. Jako przykład pozwolę sobie przytoczyć werset z Księgi Izajasza, który ma pierwszorzędne znaczenie w teologii chrześcijańskiej. Brzmi on mniej więcej tak: „Mesjasz będzie cierpiał i – tu większość przekładów dopowiada – poniesie grzechy wielu”. Co to jednak znaczy „poniesie grzechy”? W oryginale mamy w tym miejscu kalambur – użyto w nim zwrotu, który ma dwa znaczenia: „zostać ukaranym za czyjś lub swój grzech” albo „wybaczyć komuś krzywdy”. A więc fragment ten należałoby przetłumaczyć: „Mesjasz wybaczy ludziom grzechy i zostanie ukarany za grzechy ludzkości” – ale taki przekład nie oddaje walorów literackich oryginału, w którym oba te znaczenia wyrażono jednym zwrotem. Oryginał koresponduje tu z Nowym Testamentem i byłoby dobrze, żeby polski czytelnik dostrzegł, iż autor oryginału w jednym wyrażeniu przekazał te dwie, tak istotne dla wiary chrześcijańskiej, treści.

Czy Stary i Nowy Testament tłumaczy się tak samo?

Przede wszystkim tłumaczenie Nowego Testamentu jest moim zdaniem o wiele trudniejsze. Dzieje się tak z kilku powodów. Tekstów napisanych w języku hebrajskim biblijnym zachowało się bardzo niewiele. Poza tymi, które wchodzą w skład Starego Testamentu, to naprawdę nieliczne i mało obszerne fragmenty. Dlatego też tłumacz może się z łatwością zapoznać z całością piśmiennictwa powstałego w języku hebrajskim biblijnym i wyrobić sobie zdanie o stylu, w jakim została napisana Biblia oraz o tym, jak ówcześni ludzie mogli ją odbierać. Natomiast w języku greckim powstało bardzo wiele do dziś zachowanych tekstów, z którymi powinien zapoznać się tłumacz Nowego Testamentu po to, aby ocenić, jakie wrażenie mogły one wywierać na Grekach z Aten, czy szerzej na poganach. Do dziś bibliści nie potrafią tego ustalić, a nie wiedząc tego, trudno w ogóle próbować odtworzyć w przekładzie styl oryginału. Zdaniem filologów klasycznych grecki przekład Biblii, zwany Septuagintą, cytowany w Nowym Testamencie, mógł wskutek swej dosłowności brzmieć w uszach rodowitych Greków absurdalnie. Ale jak brzmiał np. w uszach Żydów mówiących po grecku? Takie pytania powinien sobie zadawać tłumacz Nowego Testamentu.

A przecież Ewangelia to miała być Dobra Nowina głoszona całemu światu, a nie hermetyczna nauka zrozumiała jedynie dla Żydów.

I dlatego zaczęto ją tłumaczyć na łacinę, ale powstałe w dawnych wiekach przekłady łacińskie, z Wulgatą na czele, nie stanowiły dobrego narzędzia ewangelizacji, ponieważ, znów wskutek dosłowności przekładu, były w wielu miejscach niezrozumiałe nawet dla ludzi biegle władających łaciną. Zatem, mimo uniwersalnego charakteru przesłania Biblii i mimo zawartego w niej nakazu, aby słowo Boże głosić wszystkim ludziom, przez wiele stuleci forma językowa przekładów nie pozwalała przesłaniu biblijnemu dotrzeć do całej ludzkości. Sytuacja zmieniła się w XX w., wraz z postępami w językoznawstwie. Polska językoznawczyni Anna Wierzbicka stworzyła nawet cały język, w którym można by spisać Biblię tak, by była ona dla każdego, niezależnie od jego kultury zrozumiała. Zaczęła także tłumaczyć na ten język przypowieści ewangeliczne. Problem jednak w tym, że jest to język sztuczny o bardzo ograniczonej liczbie jednostek semantycznych, co powoduje, że tłumaczenie nawet krótkiego fragmentu jest niezwykle długie, gdyż im uboższe słownictwo, tym więcej operacji językowych musimy wykonać, by oddać tę samą treść, co w oryginale.

Czy można zatem powiedzieć, że dziś w XXI w. lepiej rozumiemy naukę Jezusa, że możemy być Jego wierniejszymi uczniami?

Tak, z całą pewnością. Decydują o tym odkrycia archeologiczne, postęp w językoznawstwie oraz mniejsza presja tradycji. Kiedyś argument, że coś jest zgodne z tradycją był tak samo ważny jak argument naukowy. Dziś tak już nie jest. A niestety tradycyjne przekłady Biblii są często znaczeniowo i stylistycznie niewierne. Dzisiejszy czytelnik ma większe szanse, by zrozumieć, co znaczy oryginał (nie znając go) niż czytelnicy w dawnych wiekach. Poza tym dziś jest też łatwiej nauczyć się hebrajskiego biblijnego – jest wiele pomocy naukowych, są wydania oryginalne z komentarzem gramatycznym – znając więc praktycznie tylko litery, możemy bezpośrednio obcować z oryginałem.


MAREK PIELA – pracownik Katedry Językoznawstwa Afroazjatyckiego w Instytucie Orientalistyki UJ, zajmuje się gramatyką współczesnego języka hebrajskiego oraz przekładami Biblii.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata