70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nie ma jednej „całościowej” elity

Wyobrażałbym sobie, że elementem postawy polskich inteligentów, który istnieje już 200 lat, właściwie bez zmian, jest przekonanie, pewne poczucie – nie wiem, czy można użyć takiego określenia – że jest się w pewien sposób warstwą wzorcotwórczą czy też że chciałoby się być warstwą wzorcotwórczą.

Od paru lat mówi się w Polsce o odrodzeniu lub konieczności odrodzenia inteligencji zaangażowanej. Czy Pańskim zdaniem rzeczywiście potrzebujemy etosowej inteligencji?

Od wielu lat mówi się raz o niezbędności postaw inteligenckich, innym razem o upadku inteligencji, która w konieczny sposób przekształca się w klasę średnią. Pacjent tymczasem czuje się średnio, nie kwitnie, ale i nie umiera. Teraz do rzeczy: istnienie grupy społecznej, która w sposób nieco bardziej finezyjny niż w sloganach partii politycznych albo w reklamach artykułuje problemy, dążenia i idee społeczne, a w ten sposób pomaga społeczeństwu się odnaleźć, jest czymś pozytywnym.

Kiedyś, w dawnym świecie – tak to nazwijmy – inteligencja stanowiła jednak socjologicznie odrębną klasę, która powstała w określonych warunkach i zyskała własną samoświadomość, wykształciła też specyficzny etos i kodeks wartości. Dziś też jest miejsce na taką grupę?

Trzeba wyróżnić pewne elementy, które były związane z tamtą epoką i które, jak mi się wydaje, odeszły. Chodzi mi o specyfikę obyczajowości, stylu zachowania, pewnej wyniosłości, tego wszystkiego, co Chałasiński z irytacją nazywał gettem inteligenckim. Z drugiej zaś strony to jest pewne dziedzictwo ideowe, które możemy – jeśli lubimy pompatyczne słowa – nazwać etosem, i które może istnieć nawet jeśli zanikną te wyróżniki obyczajowe.

Czyli można mówić o ciągłości pewnego etosu bez względu na to, z jakiej grupy społecznej ktoś pochodzi?

Czemu nie, ostatecznie istnieje chyba coś takiego, co się nazywa asymilacją kulturową?

A jakie elementy tego etosu mogą być Pańskim zdaniem dziedziczone, a jakie powinny być dziedziczone?

Wyobrażałbym sobie, że elementem postawy polskich inteligentów, który istnieje już 200 lat, właściwie bez zmian, jest przekonanie, pewne poczucie – nie wiem, czy można użyć takiego określenia – że jest się w pewien sposób warstwą wzorcotwórczą czy też że chciałoby się być warstwą wzorcotwórczą. To łączy się z przeświadczeniem, istniejącym gdzieś w tyle głowy, że podniesienie ludu do poziomu inteligencji jest pewnym ideałem, tzn. że trzeba właśnie nie być populistą, jakoś tłumaczyć i wyjaśniać, zainteresować ludzi szerszymi problemami. To jest postawa, która z jednej strony określa się przeciw radykalnej ludomanii, która uważa, że należy samemu się wszystkiego od ludu uczyć, a z drugiej strony – przeciw konserwatywnemu wyodrębnianiu się, konserwowaniu sztywnych barier. Mnie się wydaje – intuicyjnie – że elementy tej postawy do dziś istnieją i że ona jest ważnym elementem tego tradycyjnego i nowego etosu.

Pańskim zdaniem paternalizm, który jest wpisany w etos inteligencki przyjmuje jakąś taką delikatną formę, która… nie szkodzi.

Tak mi się wydaje. Ja osobiście nie jestem wrogiem szeroko rozumianego paternalizmu. Nie wydaje mi się, by szacunek dla drugiego człowieka i poczucie utożsamienia się z ideałami demokratycznymi sprawiał, że człowiek ma obowiązek przyjmować za swoje idee wyznawane przez większą część społeczeństwa. Jest miejsce na próbę przekonywania ludzi, nie narzucania, ale przekonywania do swoich ideałów. Oczywiście można powiedzieć, że do swoich poglądów próbują przekonać społeczeństwo wszyscy, bo to są i producenci za pomocą reklam, i przedstawiciele wyznań religijnych, i politycy, zwłaszcza przed wyborami, ale też organizacje pozarządowe namawiające do przekazania im jednego procenta swoich podatków  i to jest w wolnym kraju rzecz oczywista. Optymistycznie (choć być może bezpodstawnie) myślę, że inteligenci próbują robić to w bardziej finezyjny sposób niż reklamy. Czy funkcją społeczną ludzi wykształconych nie jest po prostu tworzenie ram wyobraźni, w której myśl obywateli, również myśl polityków, się porusza?

Zgoda, ale nie wydaje się Panu, że tworzenie ram wyobraźni nie wymaga żadnego naddatku etycznego i że twórcami tych ram są przede wszystkim jednostki ciężko pracujące w swoich niszach?

 

Moim zdaniem wymaga: nie w tym sensie, że przypisuje się inteligencji jakieś specjalne wartości, bo byłoby arogancją, i też z chrześcijańskiego punktu widzenia byłoby to trochę wątpliwe, by jakaś grupa społeczna uznała, że jest moralniejsza niż inne. Tworzenie tych ram wymaga jednak przestrzegania pewnych norm etycznych w tym samym stopniu, co każda inna uczciwie wykonywana praca. Wymaga pewnej, używając wytartego zwrotu, uczciwości w myśleniu, wyrzeczenia się demagogii (że się mało kto do tych wymagań stosuje, to inna sprawa). Zarazem owo „tworzenie ram wyobraźni” wymaga pewnych umiejętności technicznych, których nie mogą mieć wszyscy, z przyczyn zupełnie praktycznych, choćby z braku czasu: pewnego otrzaskania i ze słowem, i ze ideami, i z życiem publicznym. A poza tym ram, o których mówię, nie tworzą jednostki: to, co powstaje w gazetach, artykułach wstępnych, esejach, felietonach, czasem w Internecie, nie jest tworem jednostek, ale zbiorowości, częściowo anonimowej: dlaczego nie można jej nazywać inteligencją?

Ależ można. Nie ma powodu, by rezygnować z samego określenia, która ma w Polsce już pewną tradycję. Pytanie tylko, czy poza tym, o czym mówimy, ta grupa rzeczywiście posiada jakiś etos zaangażowania, służby? Nie działa po prostu pragmatycznie?

Chyba jednak nie. Bo z jednej strony proces partykularyzacji inteligencji, rozdziału jej na liczne grupy, poszedł tak daleko, że może ten etos rozmienił się na drobne. Być może też funkcję tej dawnej etosowej inteligencji przejęli dziś intelektualiści, którzy stanowią niejako z definicji grupę nieliczną, działającą w środowiskach tak jak dawna inteligencja. Z drugiej strony wydaje mi się oczywiste, że każda jednostka czy grupa posiada jakiś system wartości, mniej lub bardziej uświadomiony: nie ma czystych pragmatyków, a więc sam fakt posiadania ideałów nie wyróżnia inteligencji spośród ogółu społeczeństwa, nie jest też niczym anachronicznym.

Oczywiście, że nie o same ideały chodzi, tylko o ich treść. Zastanawiam się zwyczajnie, czy dawny ideał etosowej, zaangażowanej inteligencji, nie jest dziś – jakby to dawniej powiedziano – ślepym zaułkiem dziejów.

Nie wiem, bo nie wiem, w jakim kierunku potoczy się przyszłość i nikt tego nie wie: żyjemy w świecie najrozmaitszych trendów, często zupełnie sprzecznych i nie da się powiedzieć, które zwyciężą. To jest chyba jedyna lekcja, jaką się nabywa z zainteresowania historią: naczytałem się tylu tekstów z różnych epok, prorokujących przyszłe wydarzenia w sposób bardzo inteligentny, bardzo przekonywujący i kompletnie nietrafiony, że nie wierzę w możliwość przewidywania trendów rozwojowych. A perspektywa odtworzenia wartości inteligenckich, o której Pan wcześniej wspominał, nie jest w tej chwili – moim zdaniem – trendem dominującym, jest jedną z licznych propozycji. Czy to jest ślepy zaułek? Zobaczy się. Zresztą można by zapytać: jaka jest Pańskim zdaniem alternatywa?

To jest wielkie pytanie! To, że dziś rozmawiamy na te tematy, stanowi też część pewnej tradycji dyskutowania o zadaniach warstw wykształconych, o ich miejscu w społeczeństwie. Odwołujemy się przy tym do wypracowanych pojęć takich, jak np. wspomniana inteligencja zaangażowana czy etosowa, i to jest część bagażu, jaki ze sobą nosimy. To jest też fragment kodu, języka, jakim się posługujemy i z którego trudno się nam wyzwolić. Pojawia się jednak pytanie, czy obecne czasy nie wskazują na to, że potrzebujemy nowego wzoru, korekty, odmoralnienia pojęcia inteligencji?

Nie wiem, bo można by sobie wyobrazić, że ten wzorzec dawny się w jakiś sposób zaaplikuje do nowych czasów. Chciałbym zwrócić uwagę na jedną kwestię, co do której nie mam do końca sprecyzowanego zdania, a która dla rozmowy o inteligencji jest dosyć ważna: czy inteligencja jest fenomenem krajów zacofanych, czy tylko specyficznym środkowo-wschodnioeuropejskim pojęciem na oznaczenie zjawiska, które istnieje wszędzie? Jeśli gdziekolwiek, to pewnie w takiej rozmowie o inteligencji jak nasza jest właśnie miejsce na „inteligenckie” dzielenie włosa na czworo, na wątpliwości i wahania: no więc ja chciałbym przyznać, że tak naprawdę, to do końca nie wiem, czy rzeczywiście grupa, o której mówimy, jest fenomenem lokalnym. Można przecież powiedzieć, że w krajach niemieckojęzycznych funkcjonował wzorzec wykształconego mieszczaństwa, który pod wieloma względami był zupełnie inny, ale który, jeśli chodzi o poczucie misji, nie różnił się od tego, co prezentował polski inteligent; a z kolei we Francji – urzędnik, jakiś dajmy na to prefekt – czy on też nie miał tego poczucia misji, tego przekonania, że jest nośnikiem cywilizacji? Czy to jest tylko specyfika tutejszego zacofania?

Wydaje się Panu zatem – wracając do początku naszej rozmowy – że potrzebna jest nam grupa, która posiada pewne poczucie misji względem reszty społeczeństwa? Która występuje jako swego rodzaju głowa tego społeczeństwa? Czy w sytuacji, gdy chcemy budować społeczeństwo obywatelskie, przyjęcie takiego modelu nie jest jednak pewnym balastem?

Ale przecież ta grupa nie występuje już z pewnością jako głowa społeczeństwa! Nie konkuruje, nie myśli nawet o konkurowaniu z gwiazdami popkultury, z przedsiębiorcami, nie wiem z kim jeszcze. To jest dobra strona społeczeństwa spluralizowanego, że nie ma jednej „całościowej” elity, elity, która dostarcza niekwestionowanego wzorca dla wszystkich. Ale jedną z takich grup elitarnych mogą być przecież ludzie wykształceni; w jakiś sposób zainteresowani życiem publicznym – czy nazwiemy ich inteligencją czy jakoś inaczej, nie ma ostatecznie wielkiego znaczenia. Nie widzę powodu, dlaczego taka grupa miałaby być balastem. Jeśli coś jest balastem, to trzy rzeczy. Jedna to kwestia tego getta inteligenckiego, o którym mówiłem, tego poczucia odrębności i kastowości inteligenckiej – myślę, że u „starej inteligencji” to było bardzo silne i nie ma tego co żałować. Dwie następne są o wiele ważniejsze: chodzi o stosunek do państwa i stosunek do „ludu”. Wydawało mi się w latach dziewięćdziesiątych niesłychaną zdobyczą intelektualną polskiej inteligencji odejście (w dużej części) od sympatii socjalistycznych, polubienie kapitalizmu i przekonanie się do idei liberalizmu politycznego i gospodarczego, i wydawało mi się równie ważną zdobyczą odejście od zachwytów nad człowiekiem prostym, chłopem, robotnikiem czy kimkolwiek. Element liberalizmu w miejsce sympatyzującego z socjalizmem etatyzmu i element tego umiarkowanego paternalizmu, o którym mówiłem wcześniej, w miejsce „ludomanii” – to moim zdaniem niesłychanie cenne zdobycze. Może zresztą paternalizm nie jest tu najlepszym słowem – używam go trochę przez przekorę, bo wiem, że słowo to budzi raczej negatywne skojarzenia. Może lepiej mówić o jakiejś niezależności intelektualnej – o tym, że demokratyczne przekonania polityczne nie oznaczają przymusu zgody na to, co myśli i czuje większość, że nie ma czegoś takiego jak instynkt mas, w który inteligent ma się wsłuchiwać z pokorą: odwrotnie, generalnie rzecz biorąc, im człowiek jest lepiej wykształcony, tym większe ma szanse prawidłowo rozumieć bieg wydarzeń w społeczeństwie. Dziś, jak się zadaje, zarówno środowisko „Krytyki Politycznej”, jak i konserwatyści odrzucają te dwie przemiany tradycyjnego etosu inteligenckiego. Głoszą przy tym konieczność aktywnej polityki gospodarczej państwa i odwołują się do dążeń mas jako do pewnego argumentu moralnego (jakby fakt, że większość coś uważa, zobowiązywał moralnie mniejszość, by myślała tak samo). W tych dwóch dziedzinach przywrócenie elementów tradycyjnego światopoglądu inteligenckiego nie wydaje mi się korzystne, ale jak będzie – zobaczymy.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter