70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Homme de lettres, czyli prawdziwa misja Lamberta Strethera

Lambert Strether, bohater Ambasadorów, przybywa z Woollett w stanie Massachusetts do Paryża. Stąpa po niepewnym gruncie i nierzadko czuje się zdezorientowany.

„Gubił się w domysłach nie mając pojęcia, co sądzić o nowych znajomych”.

„Nie można było nawet w przybliżeniu obliczyć, co ten młody człowiek pomyśli, odczuje, powie na jakikolwiek temat”.

„Nie wiedział, co myśleć o wielu twarzach, które tu spostrzegał. Czy były śliczne, czy tylko obce?”

„Wciąż jeszcze nie rozumiał, do jakiego celu go używano, mimo to nie opuszczała go świadomość, że oddaje jakieś usługi”.

„Jestem prawdziwy, ale nieprawdopodobny. Wręcz fantastyczny i śmieszny… sam siebie nie pojmuję. Jakże więc mogłyby one mnie zrozumieć?”

Nic dziwnego. Nierozumienie jest w tym wypadku zupełnie zrozumiałe, skoro Strether znajduje się w obcym kraju, ba – w obcym świecie. Określenie „pielgrzym” w odniesieniu do Strethera i jemu podobnych u Jamesa wykłada się dwojako: streszcza w sobie stan ducha podróżników, którzy docierają do miejsc uświęconych długą historią i wiekową kulturą, ale ewokuje także mentalność ojców pielgrzymów, purytańskich założycieli pierwszych kolonii w Nowej Anglii.

Podróże do Europy, odkrywcze wyprawy wiodące z zachodu na wschód, Amerykanie w Paryżu – to bez mała znak firmowy Henry’ego Jamesa. Sam w wieku dwudziestu paru lat przeniósł się z Ameryki do Europy, mieszkał najpierw w Rzymie, potem w Paryżu, ostatecznie osiadł w Anglii. W powieściach i nowelach zgłębiał różnice i kontrasty między Nowym a Starym Światem. Te różnice sytuują się wzdłuż kilku głównych osi. Z jednej strony prostota, która może zbliżać się do topornego ograniczenia lub do wdzięcznej naiwności, z drugiej strony wyrafinowanie, które z kolei może trącić obłudą albo sceptyczną mądrością; z jednej strony zasady moralne, z drugiej – reguły sztuki życia. Jasne, że stwarza to okazje do wzajemnego niezrozumienia.

W dodatku Strether przybywa do Europy z pewną delikatną misją. Mianowicie w Paryżu od kilku lat bawi i najwyraźniej bardzo miło spędza czas młody człowiek z Woollett, Chad Newsome. Matka, pani Newsome, wdowa po właścicielu świetnie prosperującej firmy, podejrzewa, że młody człowiek w Paryżu związał się z jakąś kobietą, inaczej mówiąc – ugrzązł w rozpuście, i koniecznie chce go ściągnąć do domu: powinien przejąć rodzinny interes, sensownie się ożenić i w ogóle wrócić na dobrą drogę i na swoje miejsce. Zadaniem Strethera jest rozpoznać sytuację w Paryżu i przywrócić marnotrawnego syna na łono rodziny. Jeśli mu się powiedzie, sam może liczyć na małżeństwo z panią Newsome.

Fabularny szkielet Ambasadorów jest dość wątły i trzyma się banalnych wzorów: projekty matrymonialne, rodzinne komeraże, mniej lub bardziej desperackie strategie utrzymania majątku oraz pozycji społecznej i towarzyskiej. Na podobnych motywach rozpięta jest fabuła innej powieści Jamesa, The Golden Bowl (nieprzetłumaczonej na polski, sfilmowanej przez Jamesa Ivory’ego), z cudownie skomplikowanym układem stosunków w czworokącie między ojcem, córką, zięciem i tą czwartą, która jest kochanką zięcia, przyjaciółką córki i żoną ojca.

Jak można było się spodziewać, na miejscu, to jest w Paryżu, wszystko wygląda zupełnie inaczej niż z perspektywy Woollett. Chad bynajmniej nie zszedł na złą drogę, przeciwnie –zmienił się na lepsze, dojrzał, wzbogacił wewnętrznie. A to dzięki pani de Vionnet, to jest owej kobiecie, z której rąk pragnie wyrwać go rodzina, a która okazuje się czarującą osobą i prawdziwą damą. Oraz dzięki jej otoczeniu, w którym pełno jest innych interesujących dam i w ogóle ciekawych ludzi. W sumie dzięki Paryżowi, który nie jest żadnym gniazdem rozpusty, ale przybytkiem cywilizacji i subtelnych doznań. Tak w każdym razie z biegiem czasu gotów jest widzieć rzeczy Strether. A przypatruje się wszystkiemu bardzo uważnie, wręcz namiętnie: „często instynktownie sięgał po różę obserwacji, której kolor i zapach wyczuwał coraz silniej, w miarę jak rozkwitała, i w której płatkach mógłby zanurzyć nos aż do upojenia”.

Dla przeprowadzenia swojej misji Strether musi wykazać się taktem i przemyślnością. Druga strona też nie pozostaje w tyle. Chad zręcznie – bo w Europie nabył zręczności – organizuje sytuacje i zdarzenia mające zachwiać wyobrażeniami, jakie Strether przywiózł z Ameryki, i skłonić go do zmiany poglądów. Dyplomatyka i łowy, krzyżujące się optyki, wieczne niedopowiedzenia, posunięcia i kontrposunięcia z udziałem akolitów i sojuszników tworzą gęstą siateczkę, uplecioną z pajęczego filigranu. Psychologizm Jamesa nie buduje wyrazistych portretów wewnętrznych, raczej paruje na zewnątrz i rozprasza się w zamglonej atmosferze wzajemnych relacji i oczekiwań. W tej mgiełce łatwo się zagubić, łatwo stracić orientację, nic tu nie jest tylko czarne albo tylko białe, nic nie jest oczywiste.

Strether miał namówić Chada do rychłego powrotu, potem sam ulega paryskim urokom i przedłuża pobyt, a na ostatnich stronach powieści, jawnie sprzeniewierzając się pierwotnemu posłannictwu, zaklina młodzieńca, by nie porzucał pani de Vionnet. Z tym wszystkim mógłby doskonale być postacią z komedii, pod tytułem – powiedzmy – Poseł zbałamucony albo jakoś podobnie. W wersji szlachetniejszej byłaby to historia kogoś, kto stopniowo wyzbywa się sądów z góry powziętych, zawierza bezpośredniemu doświadczeniu i, nawet jeśli to koliduje z jego prywatnymi interesami, zdobywa się na własną ocenę rzeczy.

Nieodłączną częścią misji Strethera jest korespondencja z Woollett. W listach, a niekiedy w telegramach zdaje sprawę pani Newsome ze swoich kolejnych spostrzeżeń i poczynań. Traktuje to bardzo sumiennie, w poczuciu odpowiedzialności, jaka na nim ciąży. Od tego, co napisze, jak przedstawi paryską rzeczywistość, wiele zależy, w tym dalsze stosunki między matką a synem oraz jego własna, Strethera, przyszłość z panią Newsome, czyli jego przyszłość w Ameryce.

„Aby zaś upewnić się, że napisał jej rzeczywiście wszystko, starał się przypomnieć dobrze szczegóły, które w liście pominął. W rzadkich momentach, zwykle podczas bezsennych godzin nocnych, gdy taki szczegół nagle mu się narzucał, stwierdzał ostatecznie, po głębszej rozwadze, że nie było to nic istotnego.

(…) pisywał przecież regularnie; rzecz dziwna, czynność ta w dalszym ciągu przynosiła mu pewna ulgę i bardziej niż każda inna uspokajała sumienie przekonując go, że jednak coś robi dla swojej misji, do tego stopnia, że nieraz zastanawiał się, czy pod naciskiem okoliczności nie nauczył się przypadkiem bałamutnej sztuczki, szczególnej umiejętności mydlenia oczu. (…) Oswoił się przecież z tym, że wcale nie lubi odczytywać własnej prozy. Z tym zastrzeżeniem mógł wciąż jeszcze szafować hojnie piórem, w najlepszym jednak razie było to tak jakby pogwizdywanie w ciemnościach”.

Sam dla siebie Strether pragnie jednego: „zdobyć prostą, lecz trudną do osiągnięcia sztukę przyjmowania wszelkich rzeczy tak, jak je życie niesie”. I w listach nie próbuje niczego wyjaśniać: „Jakkolwiek bardzo wysoko cenił jasność, był przekonany, że nic naprawdę nie można wyjaśnić drugiemu człowiekowi”. Można jedynie przekazać swoje wrażenia, najrzetelniej, nie odzierając opisywanych faktów z przynależnej im nieoczywistości. Z nadzieją, że adresatka nasyci się „żywymi, malowniczymi listami, ich pomysłowością, a nawet stylem”.

Słane do Ameryki listy Strether nazywa świadectwem, a także swoim „dziełem”, wynikiem swoich obserwacji. Wie, że jego świadectwo tam, w Woollett, może spotkać się z nieprzychylnym przyjęciem, ma nawet pewne dowody, że faktycznie nie zostało właściwie odebrane. Pociechę znajduje w pytaniu: „Cóż więcej mogłem zrobić ponad to, że jej wszystko napisałem?”.

Sprawozdawcze listy to margines, produkt uboczny dyplomatycznych działań Strethera. Ale może jest odwrotnie, paryskie perypetie ambasadora, o których czytamy w powieści, to tylko materia dostępna oczom czytelnika, a właściwe dzieło i sens misji Strethera kryje się właśnie w listach. Letters to listy, ale i literatura. W Ambasadorach opisana jest wycieczka Strethera na wieś, na francuską prowincję, która dla niego jest „krainą fantazji, tłem powieści, elementem sztuki, wylęgarnią literatury”. Przy tej okazji zresztą – w „atmosferze godnej noweli Maupassanta” – Strether po raz kolejny doświadcza, że rzeczy mają się inaczej, niż mu się wydawało. I sam wkracza w literacki krajobraz.

 

Henry James, Ambasadorowie, tłum. Maria Skibniewska, T. 1–2, Warszawa: Czytelnik, 1960.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter