70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Koniec polskiej cywilizacji

Polska tożsamość okazuje się histeryczna i absolutnie słaba, w związku z tym niezdolna unieść nawet najmniejszej krytyki. Najmniejszej. To jest tragedia. Tak zwany obóz patriotyczny to w tej chwili obóz ludzi, którzy uważają, że ktokolwiek wypowiada jakkolwiek krytyczne sądy na temat Polski i Polaków, po prostu jest zdrajcą. W ogóle nie ma tutaj miejsca na coś takiego jak lojalna krytyka albo krytyka, której celem jest poprawa języka tożsamości i jego artykulacji. To jest absolutny podział.

Adam Puchejda: Czy była Pani zaskoczona tym wszystkim, co wydarzyło się po katastrofie smoleńskiej w Polsce? Mam na myśli formę przeżywania żałoby narodowej i to wszystko, co mogliśmy obserwować później na scenie politycznej?

Agata Bielik-Robson: Nie. Byłam zaskoczona właściwie tylko jedną rzeczą. Kiedy tylko to się wydarzyło, moja pierwsza reakcja była taka, że oto wracamy do układu domyślnego, który dużej części społeczeństwa jest bardzo na rękę, czyli do histerycznej martyrologii. I że zostanie ona natychmiast instrumentalnie wykorzystana politycznie przez jedną stronę i jedyna rzecz, która mnie zdumiała, to opór mediów przed zrozumieniem tej perspektywy. Mam na myśli narzucanie nam wszystkim przez bardzo długi czas stanu wymuszonej jedności. Tak jakby to miało być święto jedności, którym oczywiście nie było. To była absolutna medialna hipokryzja. Od samego początku to było święto nacechowane podziałem i agresją. I to się ujawniło w zasadzie od razu, od pierwszego dnia.

 

A.P.: Nie zgadza się Pani z twierdzeniem, że tak naprawdę to demokratyczny lud opłakiwał prezydenta republiki i oddawał mu cześć?

A.B.-R.: Nie. Moim zdaniem to był element medialnej piany. Oglądałam wtedy TVN, ale szybko przestałam, w miarę jak narastał we mnie poziom irytacji wobec retoryki wymuszonej jedności i zgodnej żałoby. Podczas gdy ewidentnie nie to się działo. To w niczym nie przypominało żałobnych rytuałów po śmierci papieża, bo często się pojawiała taka analogia mająca niby pokazać, że polskie społeczeństwo jest zdolne do wspaniałych, jednoczących rytuałów funeralnych. A mnie się wydawało, że trudno było o większy kontrast, że tak jak rzeczywiście żałoba po papieżu miała charakter oczyszczający i jednoczący – pamiętam jaki smutek ogarnął wszystkich, nawet radykalnych, walczących ateistów – to tym razem miałam poczucie, że żaden jednoczący rytuał nie zachodzi, wręcz przeciwnie, że to wszystko jest nacechowane strasznie silnym podziałem, agresją, projekcją winy, poszukiwaniem kozła ofiarnego i że ta agresja musi się po prostu na kimś skupić i na kogoś przelać. Ktoś musi być winny tej straszliwej katastrofie i oczywiście nie będzie to osoba, o której żeśmy na samym początku wszyscy myśleli.

 

A.P: I nie była Pani zaskoczona też tym, że znowu z taką siłą zetknęliśmy się z językiem narodowo-romantycznym? Widać go było na ulicach, w telewizji, symbolice, śpiewach. 

A.B.-R.: To mnie nie zaskoczyło, bo ten syndrom narodowo-romantyczny to zarazem syndrom obronny polskości, która się bardzo poważnie zatraciła w ostatnich latach i kompletnie nie wie, co robić w nowoczesnym świecie. Utraciła poczucie własnej tożsamości, stąd też i ten układ domyślny zagrożonej polskości, o jakim mówiłam; kiedy rzeczywiście coś złego dzieje się z definicją Polaka, to ten język po prostu zaczyna mówić przez niego automatycznie, jak zacięta płyta, tak jakby nie było tam żadnego człowieka. Ten język po prostu mówi się sam. I żałoba po katastrofie smoleńskiej była fantastyczną okazja, żeby ten język wydobył się po raz kolejny na powierzchnię.

 

A.P: Pani zdaniem to jedyny język, jakim możemy opisywać takie wydarzenia i tak naprawdę jedyny, jakim możemy opisywać polskość?

A.B.-R.: Niestety na to wychodzi. Polska kultura okazała się strasznie słaba przy przedefiniowaniu samej siebie. I mam wrażenie, że nie powstał żaden nowy, przekonujący język, w którym Polacy mogliby z przekonaniem mówić o swojej narodowej tożsamości. Język narodowo-romantyczny jest tradycyjnie najsilniejszy, niestety. On jest najgorszy, najgłupszy, a jednocześnie najsilniejszy. I w sytuacjach, które mu sprzyjają, tak jak sytuacja katastrofy, natychmiast wypiera wszystkie inne. Nagle się okazuje, że te wszystkie inne możliwe języki opisu polskości są jakimś bladymi cieniami – wizja Polaka pozytywistycznego, pracującego, realizującego swój patriotyzm na sposób nowoczesny, to wszystko kompletnie się rozwiewa i to natychmiast.

 

A.P: Jednak pojawiają się głosy, że tak naprawdę to właśnie język narodowo-romantyczny jest tym spoiwem, które jednoczy wspólnotę i przygotowuje ją, po pierwsze, do budowania silnego państwa, silnego kapitału społecznego, który później się będzie pomnażał, co Polacy pokazują chociażby w sferze czystej przedsiębiorczości, a, po drugie, do umocnienia pozycji Polski na arenie międzynarodowej, czego dowodem może być nasze zaangażowanie w pomoc Gruzji. Czy Pani zdaniem ten język nie może być naszą siłą?

A.B.-R.: Nie, jego przyjęcie świadczy raczej o naszej żałosnej słabości. Poza tym to, co Pan tu wymienił, to są zupełnie oddzielne fenomeny.

To znaczy, ludzie, którzy wykazują się przedsiębiorczością w Polsce, a także ci, którzy są jakkolwiek silnymi, rozpoznawalnymi graczami na międzynarodowej scenie politycznej, to są właśnie ci, którzy zerwali z tym językiem. Bo wiedzą, że to jest język samozagłady. To język, na którym nie można niczego zbudować. To język paranoi, strachu, wewnętrznej czystki, gdzie ciągle tropi się wroga, tego, który zdradził, język, za którego pomocą przerzuca się winę na wszystkich innych, tylko nie na siebie. Nie ma śladów mentalnej, psychologicznej dojrzałości w tym języku, więc to nie może być konstruktywna podstawa czegokolwiek.

 

A.P: Ale jednocześnie mówi Pani, że nie ma żadnego innego języka, że nasza tożsamość jest rozchwiana.

A.B.-R.: Nie ma. To znaczy, są ludzie, którzy uciekają od tego układu domyślnego, ale nie stworzyli żadnego przekonującego nowego języka. Weźmy chociażby Janusza Palikota. Janusz Palikot jest osobą, która właściwie istnieje tylko i wyłącznie dzięki temu, od czego może się odbijać. Gdyby nie Kaczyński i gdyby nie właśnie ten grząski fenomen martyrologicznego patriotyzmu, którym zdaniem Janusza jest cały polski romantyzm, gdyby nie on, to Palikot w zasadzie w ogóle nie mógłby istnieć, bo wszystko, co on ma do powiedzenia, to jest mówić temu „nie”. Natomiast jakiekolwiek próby artykulacji pozytywnej zawsze kończą się niepowodzeniem, bo na Gombrowiczu, jak się okazuje, nie można zbudować nowej tożsamości. Po prostu Gombrowicz sam jest reaktywny. I sam nie istnieje bez polskiego romantyzmu.

 

A.P: Czyli jesteśmy wciąż jakby przygnieceni przez tę narrację narodowo-romantyczną i nie możemy się z niej uwolnić.

A.B.-R.: Tak. Czy będzie to ciężar wzięty na siebie dobrowolnie, jak w przypadku Jarosława Kaczyńskiego, czy wręcz przeciwnie, ciężar, z którym chcemy zerwać, jak w przypadku Palikota, to tak naprawdę kręcimy się ciągle wokół tego samego, dosyć mrocznego centrum.

 

A.P: Kiedyś pisała Pani, że przyczyną pojawienia się tego „mrocznego centrum” są tak naprawdę nieudane liberalne reformy w Polsce. Czy Pani zdaniem to jest też powód, dla którego tak silny jest język narodowo-romantyczny? Bo on jakby powstał z popiołów.

A.B.-R.: On nie powstał z popiołów, on zawsze był. I obawiam się, że zawsze będzie, tylko problem polega na tym, że on w pewnym sensie został wyparty, dosyć brutalnie zresztą przez pierwszą falę polskiej modernizacji po roku 89. A teraz dzięki katastrofie smoleńskiej powrócił z rejonów wyparcia i jak wszystko, co stamtąd wraca, wrócił w formie spotworniałej. To jest syndrom, czyli jak poucza psychoanaliza, jest zawsze dużo gorszy niż jego pierwotna wersja, z której się wyrodził. Dlatego też to nie jest tylko po prostu zwykły nawrót naszej romantycznej choroby, bo ta choroba wraca w wyjątkowo agresywnej otoczce – otoczce wielkiego resentymentu. „Ciemnogród” mówi: teraz my! Wyście nazwali nas ciemnogrodem, myśmy w końcu przyjęli tę nazwę – tak, jesteśmy ciemnogrodem i jesteśmy z tego dumni, i teraz właśnie przemówimy pełnym głosem i czapkami was nakryjemy, bo nas jest więcej. Tak na przykład zaraz po katastrofie smoleńskiej zaczęła pisać „Rzeczpospolita”. Zaczęła przemawiać mrocznym, resentymentalnym, populistycznym językiem, w którym było strasznie dużo tryumfalnej nuty w stylu „moralnej większości”. Właśnie teraz my! Jest nas dużo, jest nas więcej niż Was i samą liczbą zwyciężymy.

 

A.P: Czy tak trochę jednak nie jest Pani zdaniem?

A.B.-R.: No, niestety tak jest. Elita modernizacyjna, choć wydawała się bardzo silna, bo miała silną artykulację w latach 90., teraz jest w kompletnym odwrocie. Okazała się tak naprawdę drobną, elitarną garstką. I rzeczywiście ten pogardzany, stłamszony i dosyć brutalnie traktowany lud, „ciemnogród”, teraz się nieźle rozwinął. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. I to rozwinął się z takim faszystowskim przytupem. Faszyzm to był niemiecki romantyzm, który został stłumiony przez modernizacyjne elity Republiki Weimarskiej i po prostu powrócił w tak monstrualnej wersji, właśnie z takim przytupem, że doprowadził do tego, do czego doprowadził. Mam nadzieję, że ten polski faszyzm nie zakwitnie tak pięknie.

 

A.P: Ale być może ze względu na to, że język narodowo-romantyczny jest tak głęboko zakorzeniony w naszej tożsamości, to tak naprawdę tylko w nim możemy opisywać naszą nowoczesną przyszłość?

A.B.-R.: Nie wiem, ale to jest trochę inny temat i nie chciałabym się tu rozwodzić nad wszystkimi subtelnościami romantyzmu. W tej chwili mówimy tylko o takim fragmencie polskiego romantyzmu i to romantyzmu szczególnie niskiego, czyli romantycznym języku obsługującym polskie poczucie bycia ofiarą. Ofiarą historii, ofiarą świata, ofiarą losu, w ogóle ofiarą. To jest ta sfera mentalności romantycznej, która teraz okazała się szczególnie istotna. Na razie o reszcie nie wspominajmy. Być może gdzieś tam, zwłaszcza w polskim romantyzmie wysokim jest jakaś szansa na inną nowoczesność, na jakieś alternatywne drogi poszukiwania języka tożsamościowego. Być może tak, ale ja nie chcę się w to w tej chwili wdawać. Ważne jest to, że masowo czy ludowo działa wyłącznie ten najniższy romantyzm ofiarniczo-martyrologiczny i oczywiście różne rzeczy się na to składają. Na pewno poczucie bycia ofiarą transformacji też, choć można powiedzieć, że działa tutaj wyjątkowo fałszywa świadomość. Na przykład coś, co denerwuje, a nawet do rozpaczy doprowadza tę nieszczęsną młodzież z „Krytyki Politycznej”, która chciałaby polskim ofiarom transformacji wyjaśnić, że są ekonomicznymi ofiarami pewnego procesu i że powinni swoje złe samopoczucie wyrażać w języku bliższym rzeczywistości, głównie ekonomicznej. Tymczasem okazuje się, że te ofiary wyrażają swoje niezadowolenie w takim właśnie mitycznym języku, który ma się nijak do realnych przemian modernizacyjnych w Polsce.

 

A.P: I to jest Pani zdaniem ta polska wersja zemsty ludu, zemsty łączonej z jakąś religijną lub pseudoreligijną otoczką?

A.B.-R.: Oczywiście, tak. To jest zemsta ludu, która nieprzypadkowo zawsze wyraża się w niewłaściwym języku, nigdy nie trafia w realne przyczyny własnego cierpienia. Ale trzeba też pamiętać, że to nie jest tylko i wyłącznie spontaniczne działanie samego ludu, lecz że jest ono  także bardzo mocno sterowane i manipulowane przez PiS, przez Kaczyńskiego, który tą właśnie, a nie inną mściwą energią się żywi. Więc w jego interesie jest, żeby ta artykulacja pozostała na tym prymitywnym poziomie.

 

A.P: Skoro jednak potrzeby wyborców wyrażają się w języku narodowo-romantycznym, to może mamy tu do czynienia po prostu z innym modelem modernizacji?

A.B.-R.: Nie, PiS jest absolutnie antymodernizacyjną partią, która chciałaby wycofać Polskę z różnego rodzaju przemian, które rozpoczęły się po roku 1989. Ewidentnie jest partią, która chciałaby spowolnić proces integracji z Europą. Już nie mówię o tym jak tutaj używana jest retoryka religijna, to, że Europa jest przedstawiana jako jakaś babilońska nierządnica, cywilizacja śmierci i w ogóle nie wiadomo co, źródło wszelkiego zła.

 

A.P: Tamta strona powiedziałby jednak, że patrzy Pani na Europę zbyt optymistycznie, że Unia Europejska jest tworem funkcjonującym dalej w organizmach narodowych, gdzie liczą się narodowe interesy i realistyczna kalkulacja tych interesów. Że innymi słowy w sferze stosunków międzynarodowych żyjemy ciągle w stanie natury.

A.B.-R.: To nie jest stan natury. Gdyby to był stan natury, to rzeczywiście byłoby to smutne. Szczęśliwie tak nie jest. Nie żyjemy w stanie natury, wbrew temu, co twierdzi polska prawica, która swoją drogą już zawędrowała na jakieś ekstrema społecznego darwinizmu. Jestem tym zdumiona po prostu, do jakiego stopnia barbarzyństwa można dotrzeć. I w swojej interpretacji interesu narodowego i w interpretacji tak zwanej narodowej religii, która już naprawdę z chrześcijaństwem nie ma nic wspólnego. Wszystko to jest dość zasmucające, więc ja nie widzę w tym ani żadnego zdrowego, ani racjonalnego rdzenia, który byłby w ogóle godny jakiegokolwiek ratowania. Rzeczywiście widzę w tym wyłącznie niebezpieczeństwo. Można powiedzieć tak: czego można się było spodziewać? To się już tyle razy wydarzyło w historii nowoczesności, że agresywna modernizacja prawie zawsze wywołuje rykoszet, ten właśnie ludowy, populistyczny rykoszet, kiedy religia powraca w formie fundamentalistycznej, a polityka – w formie narodowego darwinizmu. No i konsekwencje są ogólnie rzecz biorąc faszystowskie.

Mamy oczywiście problem z używaniem słowa „faszyzm” we współczesnym kontekście, ale dzisiaj wobec tego, co się wyrabia w prawicowej polskiej polityce, jest to słowo jak najbardziej adekwatne, nawet powiedziałabym, że jest to jedyne słowo, które opisuje ten proces, właśnie dlatego, że w pierwszych latach transformacji było słowem beznadziejnie nadużywanym.

Modernizatorzy z „Gazety Wyborczej” po prostu wycierali sobie gębę tym słowem w stosunku do każdego, kto odważył się mieć inne zdanie niż Adam Michnik czy Leszek Balcerowicz. To oczywiście było absurdalne. Wtedy nazywanie kogokolwiek, kto miał inne zdanie, faszystą bądź antysemitą, było absurdem. Ale dzisiaj efekt jest taki, że kiedy się używa takich epitetów jak faszyzm lub antysemityzm, to przeciwnicy śmieją się w oczy, bo te słowa kompletnie się zdewaluowały. A to właśnie dziś – paradoksalnie – te słowa są jak najbardziej na miejscu. Ale niestety dewaluacja tego języka jest tak ogromna, że po prostu cała polska konserwa śmieje się w oczy, jeśli się im powie, że wy się przecież zachowujecie tak samo, jak wszystkie partie faszystowskie we Włoszech czy Niemczech. Nie biorą tego w ogóle do siebie. To jest tak zwany argumentum ad Hitlerum, który wywołuje zawsze ten sam radosny śmiech i lekceważenie.

 

A.P: Brzmi Pani niezwykle pesymistyczne, a rok temu w jednym ze swoich tekstów pisała Pani, że tak naprawdę to, z czym mieliśmy do czynienia na Krakowskim Przedmieściu, to był pewnego rodzaju wielki wybuch poczucia winy tych wszystkich ludzi, którzy zerwali już z narracją romantyczną i już nigdy nie wejdą w te same koleiny.

A.B.-R.: Muszę powiedzieć, że miałam nadzieję, że można to tak interpretować, ale teraz wydaje mi się – między innymi za sprawą mediów, które zachowują się idiotycznie – że to nazbyt optymistyczna diagnoza. Rzeczy, które jeszcze niedawno wydawały się zupełnie absurdalne, jak na przykład spiskowa teoria zamachu, w tej chwili nabierają prawdopodobieństwa. Cała polska sfera publiczna, nieustająco, miesiąc po miesiącu przesuwa się w stronę prawicowej argumentacji, która jeszcze kilka miesięcy temu była uważana za przejaw macierewiczowskiego szaleństwa. Ja nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale wynikałoby z tego, że syndrom martyrologiczny jest silniejszy niż mi się wydawało. Nawet wśród ludzi, którzy rzekomo z nim zerwali.

 

A.P: Czyli nie ma Pani żadnych nadziei na to, że narracja liberalna, obywatelska w Polsce zyska kiedyś swoją siłę? Być może to właśnie teraz nadszedł czas na to, żeby zacząć budować w Polsce autentyczny liberalizm?

A.B.-R.: Nie ma w Polsce narracji liberalnej i nigdy nie było. To, co uchodziło za narrację liberalną, to była niestety smutna parodia liberalizmu.

 

A.P: Może jednak Pani pesymizm jest przedwczesny? Może rzeczywiście – tak jak pisała Pani w kwietniu zeszłego roku – ludzie stojący na Krakowskim Przedmieściu wraz z końcem żałoby wrócili do zwyczajnego liberalnego życia, jeśli mogę tak powiedzieć.

A.B.-R.: Nie, nie wrócili. Sądząc po tym, jak reagują cały czas na różnego rodzaju wieści o dochodzeniu w sprawie katastrofy smoleńskiej, nie doszło tu do żadnej przemiany. To, w jaki sposób Polacy ni stąd, ni zowąd poczuli się urażeni rosyjskim raportem; jak natychmiast po jego ogłoszeniu notowania PiS-u wzrosły, kiedy ta rzekoma polska duma narodowa poczuła się urażona, ponieważ cała wina została zrzucona na naszą stronę, to jednak był smutny spektakl. Katastrofa smoleńska jest po prostu naszą kompletną kompromitacją. Jest kompletną kompromitacją polskiej cywilizacji. Ja akurat nie winiłabym rządu, nie poszukiwałabym kozłów ofiarnych w osobach Tuska czy Komorowskiego. I prawdę powiedziawszy, tak po ludzku rzecz biorąc, ja po prostu nie rozumiem tych pisowskich sarmatów. Jak długo można brnąć w zaparte? Jak długo można odwracać kota ogonem? W absolutnym przekonaniu, że jest się w posiadaniu jakiejś prawdy. Powiem szczerze, że od kilku miesięcy mam poczucie kompletnego wyobcowania z polskiego społeczeństwa, ponieważ, jak się okazuje, co najmniej trzydzieści procent tego społeczeństwa myśli w sposób zupełnie nielogiczny, czyli można w zasadzie powiedzieć, że nie myśli. To mnie trochę jako osobę racjonalną przeraża. Polska tożsamość okazuje się histeryczna i absolutnie słaba, w związku z tym niezdolna unieść nawet najmniejszej krytyki. Najmniejszej. To jest tragedia. Tak zwany obóz patriotyczny to w tej chwili obóz ludzi, którzy uważają, że ktokolwiek wypowiada jakkolwiek krytyczne sądy na temat Polski i Polaków, po prostu jest zdrajcą. W ogóle nie ma tutaj miejsca na coś takiego jak lojalna krytyka albo krytyka, której celem jest poprawa języka tożsamości i jego artykulacji. To jest absolutny podział. Społeczeństwo się w tej chwili podzieliło na tak zwanych patriotów, którym się wydaje, że mają monopol na język tożsamości i tylko oni wyrażają, co to znaczy być Polakiem. I na tych, którzy unikają tego tematu. Potrafią być albo bardzo agresywnie „anty”, albo po prostu zobojętniali. I wyłączają się, kiedy tylko ta dyskusja się zaczyna.

Agata Bielik-Robson – filozofka, profesorka Studiów Żydowskich na Uniwersytecie w Nottingham, a także Instytutu Filozofii i Socjologii PAN.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata