70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Bardzo mała narracja

O tym, że z porównaniami trzeba uważać, wiadomo było od dawna. Były konwencje, ustalające, co z czym można, a z czym raczej nie należy porównywać, i to nie z uwagi na efekt stylistyczny, ale z głębszych metafizycznych powodów.

Rozmaici głupi Jasiowie są bohaterami wielu opowieści. Jedna opowiada o zakupach. Głupi Jasio wybrał się na targowisko z zamiarem nabycia kury. Przy straganie handlarka zachwalała swój towar: „Popatrz na tę kurę, toż to sam smalec”. Głupi Jasio pomyślał, że widocznie smalec jest lepszy niż kura i ruszył dalej. Przy straganie obok handlarka kusiła: „Popatrz na ten smalec – gładziutki jak oliwa”. Głupi Jasio wykombinował, że oliwa jest lepsza niż smalec i poszedł dalej. Przy następnym straganie usłyszał: „Popatrz na tę oliwę – czysta jak woda”. Głupi Jasio doszedł do wniosku, że woda jest lepsza od oliwy, więc po prostu udał się do studni, zaczerpnął wiadrem wody i zadowolony wrócił do domu.

Być może w tej relacji zagubiły mi się jakieś fazy, ale ogólny kierunek rysuje się wyraźnie. Historyjka ma wymowę pesymistyczną. Dobra, przyciągające kolejno uwagę Jasia, przedstawiają coraz mniejszą wartość, z kury robi się woda. Nie tylko gorszy pieniądz wypiera lepszy, a sprzedawcy za nasze pieniądze próbują nam wetknąć byle co, ale my sami lecimy na gorszy towar, wymijając lepszy. Już bylibyśmy gotowi zasmucić się tym kolejnym przykładem niedobrego stanu świata, ale w porę uprzytamniamy sobie, że to przecież opowieść o głupcu. W takich opowieściach głupota często przejawia się jako niedostatek kompetencji językowej i brak orientacji w odnośnych grach. Głupi Jasio nie zna się na porównaniach. Nie rozumie, że porównanie to nie stopniowanie i nie ustala hierarchii dóbr, lecz jedynie wyławia podobieństwo między nimi, i to tylko ze względu na niektóre ich właściwości. Nie łapie, że kura i smalec jako artykuły konsumpcyjne mogą mieć wspólną – i ewentualnie pożądaną – cechę tłustości, ale gdy chodzi, powiedzmy, o walory smakowe i odżywcze, kura już bardzo się od smalcu różni i to na swoją korzyść.

Porównanie to prosty zabieg, wystarczy dobrać nazwy dwóch rzeczy, między którymi zdołamy dopatrzyć się podobieństwa, i wstawić pomiędzy nie słówko „jak”. Cenić można porównania za odkrywczość – gdy zwrócą nam uwagę na niedostrzegane przedtem związki, i za pomoc w oswajaniu świata – gdy coś obcego przybliżą do czegoś dobrze znanego. Tak np. w wierszu Kunzego (już kiedyś na tych łamach przytaczanym): „Wzdłuż ich porównań dojdziesz na ślepo / Do domu”.

„Shall I compare thee to a summer’s day?” – pyta pierwszy wers XVIII sonetu Shakespeare’a. „Czy porównywać ciebie do letniego dnia?”. Ale nie, takie porównanie byłoby chybione, uroda letniego dnia jest zbyt krucha, nie dość substancjalna. Toteż na końcu okazuje się, że sprostać pięknu może tylko wiersz, który zadaje takie pytania.

Że z porównaniami trzeba uważać, wiadomo było od dawna. Były konwencje, ustalające, co z czym można, a z czym raczej nie należy porównywać, i to nie z uwagi na efekt stylistyczny, ale z głębszych metafizycznych powodów. Były rzeczy i sprawy ponad wszelkie porównania. Piewca cnót gospodarskich Wergiliusz zestawił pracę pszczół z wyczynami Cyklopów, ale natychmiast zastrzegł, że tylko warunkowo, „jeśli sprawy tak drobne porównać się godzi z wielkimi”. Znakomity zwrot „nie przymierzając” ma służyć za usprawiedliwienie, zaznacza, że porównanie sformułowano prowizorycznie i na rybkę, bez orzekania istotniejszych pokrewieństw.

Rymkiewicz zastanawia się nad poetyckim geniuszem Mickiewicza: „Opisuje cytrynę i powiada, że jest ona jak karlica ze złocistymi gałki, ale mało mu tego, więc dodaje, że ta cytryna ma lakierowane liście, ale i tego mu mało, więc jeszcze mówi, że jest krótka i pękata, ale i to mu nie wystarcza, więc jeszcze porównuje ją do brzydkiej, ale bogatej kobiety. I niemal za każdym razem jest tak samo. (…) Po co mu to było, to precyzowanie, dopowiadanie, mnożenie epitetów, to oglądanie każdego przedmiotu, każdego istnienia, każdej cytryny, wiewiórki, filiżanki, każdego kapelusza i każdego deszczu ze wszystkich stron, z każdego, jaki tylko jest możliwy, punktu widzenia?”

I po chwili sam sobie odpowiada: „Mickiewicz ocalając przed nicością wiewiórki, grzyby, obłoki, kapelusze, wciąż je do czegoś porównywał i w »Panu Tadeuszu« aż roi się od tych małych słówek: jak, jako, jakby, niby, i te słówka są jak gwoździki, którymi przedmioty, widoki, krajobrazy są ze sobą połączone, którymi zostały przybite do widzialnego świata, tak aby wszystko, co widzialne, trzymało się razem i trwało razem. Nicości trudniej jest poradzić sobie z całą widzialnością, nie potrafi unicestwić wszystkiego, co widzialne, a z jednym obłokiem czy z jednym kapeluszem daje sobie radę bardzo szybko”.

Hegel upodobanie do porównań wiązał wprost z poczuciem utraty i bolesnym rozpamiętywaniem: „Melancholijne, tęskne uczucia mają to do siebie, że lubują się w porównaniach. To, czego dusza taka pragnie i co jest jej potrzebą, odeszło już w daleką przeszłość; toteż zamiast krzepić się otuchą, jest ona jakby predestynowana do tego, by zagłębiać się w porównaniach”.

Według Hegla porównanie to właściwie powtórzenie jeszcze raz tego samego. A po co się powtarza? Powody są trojakie. Najpierw żeby unaocznić śmiałość wyobraźni. Ten motyw, zauważa Hegel, obserwujemy zwłaszcza u „ludów Wschodu, gdzie w spokoju i lenistwie południa wyobraźnia nie mając żadnego dalszego celu na względzie rozkoszuje się bogactwem i świetnością swych tworów”. Po wtóre, aby zatrzymać się dłużej przy przedmiocie – „aby pewien określony przedmiot przez ten niejako podwójny opis wyróżnić jako ważny i nie pozwolić mu przemknąć szybko i niepostrzeżenie z rwącym nurtem pieśni”. Trzeci powód: pokazać, że człowiek wprawdzie z jednej strony pogrąża się we własnych uczuciach i namiętnościach, ale z drugiej strony „jako natura wyższa i szlachetna stoi jednocześnie ponad tym wszystkim i może się od tego wszystkiego oderwać” – „zdolny jest odnieść się nawet do własnego bólu i cierpienia jak do przedmiotu, porównać się z innymi i w sposób teoretyczny oglądać dzięki temu siebie w innych przedmiotach, a nawet szydząc z siebie samego patrzeć na własną zagładę jako na coś zewnętrznego”.

Ale Hegel, podejrzliwy wobec nadmiaru porównań, mimochodem zwraca też uwagę na nieuchronną dwuznaczność samej procedury jako takiej. „Porównania bowiem odciągają nas od aktualnej sytuacji, od czynnych w niej i przeżywających swe uczucia osób i kierują ku czemuś zewnętrznemu, obcemu, ku czemuś, co nie należy bezpośrednio do sytuacji”. Rozbudowane, atrakcyjne opisy, porównaniami odskakujące niekiedy bardzo daleko od tematu wyjściowego, mogą zamazać wagę tegoż tematu. W tle oczywiście odzywa się stary problem: czy uroda rozwiązań artystycznych nie zasłania grozy życia. Poważniejsza jednak jest inna kwestia. Porównanie stawia na pokojową koegzystencję i wzajemne dobre usługi. Drugi człon porównania, ten zewnętrzny, obcy, powinien zasadniczo być lojalnym partnerem i sprzymierzeńcem pierwszego. To znaczy wyróżniać go, uwydatniać itd. Ale co, jeżeli pokojowa koegzystencja okaże się utopią? Podążając za biegiem porównania drugi człon sprzeniewierzy się pierwszemu i skutecznie wyruguje go z naszego pola widzenia, świadomości oraz pamięci.

Wtedy to już zupełnie inna historia. Koniec ze światem, który kwitnie i wzbogaca się porównaniami, a w potrzebie używa ich jako zapory przed unicestwieniem. Koniec idylli współistnienia. Znika suwerenny podmiot, który choć aktualnie koncentrował się na lwie, to jednak cały czas dobrze pamiętał, że w gruncie rzeczy mowa jest o Achillesie. Nikt już nie będzie rozczulał się nad wyobraźnią, która niewinnie zabawia się kojarzeniem tego i owego w pary. Coś nie jest już jak coś innego, ale jest zamiast czegoś innego. Z porównania został tylko drugi człon. Jest uzurpatorem, jak reprezentacje, idole, symulakra. Uzurpatorzy są bezczelni i bezwzględni, armie ikonoklastów i dekonstrukcji niewiele mogą przeciw nim zdziałać. Skuteczniejsza, jak zwykle, będzie opowieść, bo opowieść umie poruszać się w czasie. Cofnie się wstecz i wydobędzie to, co uzurpator wtrącił w niebyt. Co za szczęście, że z głupim Jasiem nie spotykamy się w realu, lecz w opowieści, która pamięta i przypomina, że na początku chodziło przecież o kurę.


R. Kunze, z Rodzicami w Alpach, w: tenże, remont poranka, przeł. J. Ekier, Wrocław, 2008; W. Shakespeare, Sonnets, New Haven 2000; tenże, Sonety, przeł. M. Hemar; Wergiliusz, Bukoliki i georgiki, przeł. Z. Abramowiczowa, Wrocław 1953; J. M. Rymkiewicz, Rozmowy polskie latem roku 1983, Warszawa 1984; J. G. W. Hegel, Wykłady o estetyce, przeł. J. Grabowski i A. Landman, Warszawa 1964.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata