70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Długi cień Hitlera

Ultraprawicowy potencjał w Niemczech sięga nawet 20 procent. Na przeszkodzie wykorzystaniu go do budowy ogólnoniemieckiej partii stoi jednak obowiązujący dziś nad Renem kodeks political correctness. I brak charyzmatycznego przywódcy. Na szczęście.

Konia z rzędem temu, kto uwierzyłby, że prezes Jarosław Kaczyński usunąłby kolejnego buntownika z PiS, gdyby ten pomstował przeciw żydokomunie. Tymczasem kiedy chadecki poseł Martin Hohmann w przemówieniu w jednym z heskich prowincjonalnych miasteczek w 2003 roku mówił o Żydach biorących udział w rewolucji bolszewickiej, że należą do narodu oprawców (Tätervolk), został natychmiast zaliczony do grona antysemitów, a następnie decyzją Angeli Merkel wykluczony z partii. Z podobną reakcją spotkał się też chadecki premier Badenii-Wirtenbergii Günther Oettinger, który w mowie pogrzebowej na cześć swojego poprzednika Hansa Filbingera wystylizował go na aktywnego przeciwnika Hitlera. W istocie jednak Filbinger jako reżimowy sędzia marynarki wojennej w latach 1943–1945 niejednokrotnie splamił sobie ręce licznymi wyrokami śmierci. Przymuszony przez kanclerz Angeli Merkel Oettinger musiał się publicznie pokajać i na forum prezydium CDU wycofać swoje słowa. Do podobnego kroku został przymuszony też prałat Wolfgang Knauff, który postanowił przypomnieć, jak to Filbinger w latach wojny zapobiegł straceniu księdza Karla Möbiusa. Laudację przed ołtarzem wstrzymał jednak kardynał Berlina Georg Sterzinsky, dając posłuch wielu głosom protestu płynącym z całego kraju.

Przykłady na to, że w politycznym Berlinie skrajnie prawicowe hasła natychmiast powodują zapalanie się czerwonego światła, można mnożyć. Ostatniego dostarcza reakcja na publikację Niemcy unicestwią się same (Deutschland schafft sich ab) Theo Sarrazina, członka zarządu Deutsche Banku i byłego ministra finansów miasta-kraju Berlina. Zawarte w niej tezy, że Niemcy zalewa fala emigrantów o dziedzicznie niższym ilorazie inteligencji, że muzułmanie plenią się na potęgę, rodząc „dziewczynki w chustach na głowach”, że zamiast zdobywać wykształcenie żyją z zasiłków na koszt harujących w pocie czoła małodzietnych Niemców i że z tego też powodu tych ostatnich państwo powinno wspierać finansowo, wywołały krytykę i oburzenie Angeli Merkel, a w ślad za nią całego politycznego establishmentu republiki. Przy współudziale prezydenta Niemiec Christiana Wulffa rozpolitykowanego bankiera szybko usunięto z zarządu banku. Wszystko bowiem, co w formie lub treści nawiązuje do narodowego socjalizmu, jest w RFN politycznie niepoprawne.

Kompas elity politycznej Niemiec funkcjonuje jak szwajcarski zegarek. Szczególnie kompas kanclerz Merkel, która jako szefowa prawicowej chadecji jest szczególnie wyczulona na to, by na prawo od CDU nie powstało żadne skrajne ugrupowanie. Niemniej Angela Merkel i jej chadeckie hufce z niepokojem spoglądają na sąsiednią Holandię, gdzie prawicowy populista Geert Wilders rozsadził dotychczasowy system polityczny i wymachując antymuzułmańską pałką ze świetnym 15-procentowym wynikiem wprowadził do parlamentu skrajnie prawicową Partię Wolności (Partij voor de Vrijheid).

Czy Niemcom grozi podobny scenariusz? Badania demoskopów przewidują, że niemiecka partia ultraprawicowa już na starcie mogłaby liczyć na 20-procentowe poparcie. Liberalny kurs Angeli Merkel, zaciskającej pasa rozpasanemu państwu opiekuńczemu, rozsierdza dotychczasową najwierniejszą katolicką klientelę. Ta, wsłuchana od czasów Adenauera i Kohla w społeczną naukę Kościoła, nie rozumie tłumaczeń pani kanclerz, że globalizacja, starzenie się społeczeństwa, zadłużenie kraju i następujące po sobie kolejne deficyty budżetowe wymagają od nich „choćby” przejęcia we własne ręce odpowiedzialności za emerytury czy ubezpieczenie zdrowotne. Rozzłoszczony na neoliberalną Angelę Merkel twardy elektorat chadecki w dniu wyborów protestacyjnie zostaje w domu. A jako pierwszy zagłosowałby na teutońskiego Wildersa, który przegnałby znad Renu muzułmańskich migrantów, przejadających milionowym armiom chrześcijańskich seniorów emerytury i renty.

Ale widmo pojawienia się Wildersa własnego chowu spędza sen z powiek nie tylko rządzącej w RFN chadecji. 90 procent maili nadesłanych przez socjaldemokratycznych członków partii Sarazzina (SPD) do jej centrali to wyraz poparcia dla publikacji bankiera. Potwierdzają to też badania ośrodków opinii – elukubracje Sarazzina zyskują większą aprobatę w społeczeństwie niż w politycznym establishmencie RFN, piętnującym sprowadzanie skomplikowanego problemu integracji muzułmańskich migrantów do prostackiego darwinizmu.

Angela Merkel i opozycyjna SPD przyznają wprawdzie, że polityka integracyjna nie zawsze przebiega zgodnie z planem, ale to jeszcze nie uprawnia do formułowania zarzutów w duchu Sarazzina. Tymczasem według badań profesora Andreasa Zicka z Instytutu Socjologii Uniwersytetu w Bielefeldzie niektóre z tez Sarazzina zyskują 50 procent poparcia w społeczeństwie, a co drugi Niemiec uważa, że w RFN żyje za dużo imigrantów. Dyrektor centrum badania opinii publicznej Forsa Manfred Güllner potencjał wyjściowy do utworzenia ultraprawicowej partii ocenia na 14 procent. Gerd Langguth, politolog z Uniwersytetu w Bonn, dodaje, że ultraprawica bez problemu przeskoczy pięcioprocentowy próg wyborczy. Nie składa się ona też wyłącznie z katolickich frustratów po siedemdziesiątce. Należą do niej przejęci lękiem wyborcy SPD, a także organizujący koncerty, wydający pisma i płyty o rasistowskiej treści oraz dokonujący aktów przemocy na obcokrajowcach skinheadzi i nielegalne organizacje neonazistowskie. Ogólna liczba sympatyków i członków tych ostatnich nie przekracza jednak 50 tysięcy.

Na możliwość utworzenia przez te środowiska ogólnoniemieckiej partii cień rzuca bowiem nie tylko dziedzictwo Hitlera i obowiązujący w RFN kanon politycznej poprawności, ale także sama praktyka ostatnich dwóch dziesięcioleci po zjednoczeniu kraju. Wynurzające się populistyczne partie prawicy okazywały się w końcu efemerydami. Ich przywódcza kadra, która z reguły gromko protestowała przeciwko „korupcji i układom”, sama stawała sobie na drodze. Ostatnim jej przywódcą był były minister krajowego rządu w Hamburgu Ronald Schill. Jego partia Praworządnej Ofensywy (Partei Rechtstaatliche Offensive), która w 2001 roku niemal z 20-procentowym poparciem utworzyła w Hamburgu koalicję z CDU, rozpadła się w pył, kiedy ujawniono, że jej szef uwikłał się w skandal związany z zażywaniem kokainy. Najdłuższym stażem politycznym mogli chełpić się republikanie. W latach 90. ubiegłego wieku z wynikiem 10 procent poparcia w wyborach weszli do parlamentu krajowego w Badenii-Wirtenbergii. Obecnie w wyborach nie przekraczają progu 0,5 procent. Natomiast Nationaldemokratische Partei (NPD, Partia Nacjonalno Demokratyczna) i Deutsche Volksunion (DVU, Niemiecka Unia Narodowa) z prymitywnym rasistowskim programem od lat działają na niemieckich wyborców jak czerwona płachta na byka. Z kolei agresywny wobec islamu Ruch Obywatelski na rzecz Nadrenii Północnej-Westfalii PRO NRW (Bürgerbewegung pro Nordrhein-Westfalen) w 2009 roku wystartował w wyborach samorządowych i zdobył w Nadrenii Północnej mandaty w czterech radach narodowych i pięciu miastach. Jako ugrupowanie domagające się zakazu publicznego noszenia burki, budowy meczetów i minaretów ruch ten, przy okazji debaty wokół publikacji Sarrazina, znów poczuł, że wiatr mu wieje w żagle, a od tego czasu przystąpiło do niego wielu nowych członków. Ale nawet po tej korekcie potencjalna liczba sympatyków ruchu nie przekroczyła 10 tysięcy, a w wyborach do krajowego landtagu w maju tego roku antyislamiści osiągnęli żałosne 1,4 procent.

Czy ktoś pokroju Sarazzina jako lokomotywa PRO NRW mógłby coś w tym układzie zmienić? Obecny szef partii Manfred Rouhs zaproponował, że odda Sarrazinowi przywództwo. Ale należy wątpić, czy Sarazzin, jako członek politycznego establishmentu RFN, czy też konserwatywni politycy CDU, tacy jak były premier Hesji Roland Koch czy były szef chadeckiej frakcji w Bundestagu Friedrich Merz, którzy po klinczu z liberalną Angelą Merkel znaleźli się poza partią, mieliby ochotę przewodniczyć hordzie atawistycznych antyislamistów. W utworzenie ultraprawicowej, ogólnonarodowej partii pod przewodnictwem Sarazzina wątpi też profesor Langguth: „Zbyt wielu tu ludzi z dwuznacznymi biografiami – mówi. – Osoby pokroju bankiera szybko musiałyby pakować swoje walizki”. A partia pójść w rozsypkę.

Brak charyzmatycznego przywódcy, jakim w Austrii był Jörg Haider, szarmancko punktujący swoich przeciwników we wszystkich możliwych telewizyjnych talk-shows, lub jakim obecnie na politycznych salonach Holandii stał się Wilders, jest dalszym czynnikiem uniemożliwiającym scalenie niemieckich sympatyków ultraprawicy pod sztandarem jednej partii. Niewykluczone też, że po doświadczeniach z połowy ubiegłego stulecia zwolennicy ultraprawicy z nieufnością podchodzą do charyzmatycznych polityków ogarniętych niepohamowaną żądzą władzy. Długi cień Hitlera wywarłby tu wtedy nieco inny, tym razem niezamierzony, ale wyjątkowo zbawczy wpływ.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter