70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Chrześcijanie i Żydzi. Doroczny marsz, a raczej powolna procesja szlakiem bohaterów getta, od pomnika walki na Umschlagplatz, gdzie jest miejsce upamiętnienia wywózki na śmierć, pożegnań, rozstania na zawsze.

Tacy duszpasterze. In memoriam

Czeremchy pachną w małym parku, w którym spoczywa głaz poświęcony pamięci Jacka Kuronia. W tym parku, na stoku zielonego pagórka ksiądz Roman Indrzejczyk odprawił mszę świętą za Jacka – na pożegnanie z nim i podziękowanie za to, kim Jacek był dla tak wielu osób. Teraz mamy żegnać księdza Romana. Jeszcze jeden kapłan z Żoliborza zginął, jak to określono w modlitwie, nagłą a niespodziewaną śmiercią, w rozbitym prezydenckim samolocie.

W kościele Dzieciątka Jezus, jego dawnej parafii, czuwanie przy trumnie. To jest małe wnętrze – raczej kaplica niż typowy „kościół”. O dość późnej godzinie wszystkie ławki wypełniają ciche, jakby skulone postacie. Ale prostują się, słuchając czytanych wprost od trumny wierszy księdza Romana, wierszy przesłań, dobrych rad na trudny czas.

Niewiele potrzeba

Tak „mało” potrzeba, by dobro ocalić…

dobry gest, czy słowo,

lub zwyczajny uśmiech

może człowiekowi nadzieję przywrócić.

 

Tak „ mało” potrzeba, by człowieka zniszczyć,

godność mu podeptać,

odebrać nadzieję,

nawet nieświadomie w kompleksy wprowadzić.

 

Jeśli jest to prawda,

czy zrobisz to „mało”…

– przejdziesz obojętnie

obok skrzywdzonego ?

­– gdy widzisz smutnego,

czy się nie zatrzymasz ?

 

A gdy swoim słowem,

albo głupim gestem

(bez zastanowienia)

zadasz komuś ranę –

uczynisz to „mało”

żeby zło naprawić?[1]

 

Intencją czytania jest podziękowanie Bogu za życie i wszystkie dary od Boga przez księdza Romana.

Słuchając, jak oddychają ci ludzie, słuchając ciszy pomiędzy wierszami, zdaję sobie sprawę, że ksiądz Roman wcale nie odszedł stąd na emeryturę do prezydenckiego pałacu, raczej objął jeszcze i tamten pałac swoją troską.

Nie potrzebuję nagrań z pokładu nieszczęsnego samolotu. Wiem, jaka musiała być ostatnia myśl księdza Romana, nie wiem tylko, czy zdążył wyrazić ją gestem. To była absolucja udzielona wszystkim w obliczu śmierci, sygnał łaski: „prosto w objęcia Pana idziemy wszyscy”.

*

W sobotni ranek – dzisiejszy ranek, po którym mamy wieczór, kiedy to piszę – msza święta przed pogrzebem.

W trumnie szczątki ciała człowieka, który przez 18 lat stawał w tym miejscu codziennie i nigdy potem naprawdę go nie opuścił; pozostał blisko, choć bez proboszczowskiego urzędu.

Stoimy na zewnątrz kościoła, w cichym tłumie ludzi nauczonych skupienia. Od starszych, bardzo starych, po zupełnie młodych – przecież uczył kolejne pokolenia.

Sam ustalił, jakie ma być pożegnanie. W swoim testamencie pozwolił tylko na ceremonię liturgiczną – żadnych przemówień. Sam wybrał teksty mszalne. Więc to on, słowem Pawła Apostoła, jeszcze raz wyznał przed nami swoją wiarę w zmartwychwstanie (Rz 14,7–9.10b–12). Przez tekst ewangeliczny kazał nam wziąć poważnie pytanie Jezusa zwrócone do Marty, siostry Łazarza, i do nas: „Wierzysz w to?”.

Potem odczytano fragment testamentu Księdza, napisanego dawno, w 1995 roku, ale tak, jakby już w ostatniej drodze.

Z testamentu:

(…) Bardzo pragnę, aby te Słowa odczytane zostały na moim pogrzebie…

Moi kochani, siostry i bracia, zgromadzeni tu na pogrzebie, a także wszyscy inni, którzy uważaliście mnie za swojego duszpasterza, ojca, nauczyciela, wujka, przyjaciela czy kolegę – chcę Wam przekazać ostatnie moje słowo. Przemawiałem do Was przy różnych okazjach i w różnych okolicznościach. Próbowałem Wam służyć, służyć dobrze, próbowałem pomagać Wam poznawać Boga i ułatwiać Wam dochodzenie do Jego Miłości.

Kochałem Was, kochałem swoją pracę. Wiem, że robiłem wiele rzeczy niedoskonale, ale starałem się oddawać Wam całe swoje serce. Cieszę się, że mogłem być z Wami. Na ogół było nam ze sobą dobrze. Pragnę gorąco podziękować za zaufanie i szacunek, jakim mnie obdarzaliście. Dziękuję za to, że chcieliście mnie słuchać i okazywaliście mi tyle życzliwości. Bogu przekazuję moją dla Was wdzięczność…

Jeśli ktoś czuje się niedoceniony przeze mnie, czy może dotknięty i zasmucony, niech wie, że nigdy nie zrobiłem tego świadomie i bardzo mocno za to przepraszam. Chcę, żebyście też wiedzieli, że puściłem w niepamięć i wybaczyłem z serca tym wszystkim, którzy mnie skrzywdzili, dokuczyli, czy sprawiali przykrości. Pewno nie robili tego celowo…

Pragnę też żebyście się nie smucili i nie płakali. Nie wolno! Przecież musiałem kiedyś odejść do Ojca – i Wy wszyscy też tam dojdziecie (a wtedy znów będziemy mieli dużo do opowiadania). Więc się uśmiechnijcie…

Najlepszą nagrodą dla mnie będzie, jeśli pamięć o mnie pomoże Wam żyć godnie i szlachetnie. Zawsze przecież usiłowałem przekonywać Was, że życie jest tworzywem, z którego można coś dobrego uczynić, próbowałem prowadzić Was na drogę szacunku i życzliwości dla każdego człowieka, abyście umieli łączyć w sobie prawdziwą dobroć z radością i humorem, i żebyście wnosili nastrój kojący w najbardziej nawet skłócone środowiska.

Wybaczcie mi, że nie zawsze miałem czas na wszystko. Wiem, że czasami gubiłem się w nadmiarze zajęć, ale nie unikałem pracy. Chciałem być dobrym kapłanem i dobrym człowiekiem.

Westchnijcie szczerze za mnie do Boga, który wie wszystko najlepiej…
A jeśli ktoś wspomina, że udało mu się osiągnąć coś dobrego przy moim udziale i pomocy, to niech wie, że była to dla mnie zawsze największa radość.

Was wszystkich, dla których żyłem i pracowałem, a zwłaszcza moich uczniów (również tych najmłodszych) traktowałem zawsze jako przyjaciół… Wiedzcie, że i w wieczności będę o Was pamiętał.
Pozdrawiam serdecznie i ściskam Waszą dłoń.

Żyjcie szczęśliwie, a łaska Boga niech będzie z Wami!

Wasz ksiądz Roman

W tłumie zebranym na mszy świętej wszyscy mieli własne wspomnienia o Księdzu. Myślę, że wielu czuło jak ja, że teraz – jak miał zwyczaj – on osobiście wita się i żegna z nami, z każdym z osobna. Nie byłoby dziwne, gdyby tak dostrzec jego charakterystyczną sylwetkę gdzieś w tym tłumie.

*

Krzysztof Ziółkowski pisze:

Poniedziałkowe wykłady, odbywające się nieprzerwanie w latach 1986–2004 w ramach tzw. parafialnego studium religijno-społecznego, cieszące się niesłabnącym zainteresowaniem sporej liczby nie tylko parafian, były świadectwem znaczenia, jakie ks. Roman przywiązywał do działalności formacyjnej w parafii zamieszkałej w dużym stopniu przez inteligencję. Czwartkowe „spotkania przy herbacie”, grupujące parafian, którzy być może nie potrafili znaleźć sobie miejsca w jakimś ruchu czy zespole parafialnym, ale są spragnieni kontaktu z drugim człowiekiem, były dowodem tego, że w parafii ks. Romana każdy mógł się czuć dobrze i wiedzieć, że jest szanowany, akceptowany i będzie wysłuchany, a jego uwagi, poglądy czy problemy będą poważnie potraktowane. Trudno wreszcie nie podkreślić rozmachu aktywności ekumenicznej ks. Romana: od stałego udziału parafii w styczniowych Tygodniach Modlitw o Jedność Chrześcijan, poprzez owocną współpracę z parafiami (również ewangelickimi) w Holandii, aż po trudne do przecenienia coroczne spotkania modlitewne Chrześcijan i Żydów z okazji żydowskiego święta Radość Tory, które odbywały się w kościele Dzieciątka Jezus w latach 1992–2003.

*

Moje pierwsze, chyba pierwsze, uderzające wspomnienie. Szukam małopolskiego uczestnika Komisji Krajowej „S”, która właśnie obraduje gdzieś w zakamarkach wokół kaplicy. Czekam w mieszkaniu Księdza. Wszędzie książki, wysokie stosy na podłodze, trudno się tu poruszać. Ksiądz wyraźnie jest zbieraczem nie tylko wydawnictw teologicznych, także literatury pięknej. Widzę takie książki, które i z pod lady niełatwo było wtedy zdobyć.

Z testamentu:

(…) Książki, różne przedmioty i rzeczy najlepiej by było oddać chętnym na jakimś specjalnie zorganizowanym kiermaszu za symboliczną, dobrowolną opłatą, którą można by przeznaczyć potem na cele dobroczynne – tylko nie wiem, kto by chciał się tym zająć… Jestem przekonany, że taki kiermasz byłby zupełnie niezłą rozrywką (trochę emocji i wspomnień) – byłoby to moje ostatnie działanie.
Książki można przeznaczyć do jakiejś biblioteki. Gdyby moi uczniowie chcieli wziąć jakieś książki na pamiątkę, niech sobie wezmą (…).

*

Kiedyż to obchodziliśmy wspólnie w kaplicy Radość Tory? Pierwszy raz, któryś raz? Księdzu Romanowi zawdzięczam żywą świadomość tego święta, przeżycie, że naprawdę duchowe spotkanie jest możliwe. Jako gospodarz przestrzeni wokół ołtarza wyprzedzał oficjalne deklaracje. Dzięki niemu mogła choćby punktowo zaistnieć jako przedsmak wspólna radość z Objawienia, nadzieja, że rzeczywiście wierzymy w Jedynego, że wspólnie wyznajemy Haszem.

Ksiądz Roman był jedynym w swoim rodzaju inspiratorem przedsięwzięć ekumenicznych. W duchu dokumentu soborowego Nostra aetate zapraszał Żydów, w duchu Dekretu o ekumenizmie zapraszał duchownych innych wyznań. Rzecz była w tym, że ten Duch był w nim samym zadomowiony i aktywny.

*

Wykłady w kaplicy. Żoliborz był ode mnie daleko (nie było przecież metra). Nie bywałam więc na tych spotkaniach. Raz przyjechałam tramwajem, by taki poniedziałkowy wykład wygłosić, bo Ksiądz mnie zapraszał. Nie pamiętam, o czym to było. Pamiętam wrażenie, że było jakoś inaczej niż na wielu kościelnych „występach”, popularnych w stanie wojennym. Tu prelegent czuł się skarbem, zdobyczą, jaką Ksiądz z radością dzielił się ze swoim szarym ludem (wszyscy byliśmy wtedy poszarzali, zmęczeni, ale dzielni). Ksiądz dzielność podsycał, dając poczucie, że coś pożytecznego robimy.

*

Pax Christi. Międzynarodowy ruch katolicki pracujący nad pojednaniem na świecie – po dobrym początku między Niemcami a Francją. Niestrudzenie próbowali znajdować punkty, z których dałoby się i w Polsce wyruszyć w tego typu drogę. Najtrwalszy znaleźli u księdza Romana. Tam bywałam na spotkaniach grupy polskiej i z przybyszami z Holandii i Belgii. Z Holandią miał ksiądz wiele ekumenicznych powiązań, uczestniczył w działaniach na rzecz braterstwa miast tamtejszych i polskich.

Paul Lansu z Pax Christi International napisał:

Z żalem i wielkim smutkiem dowiedzieliśmy się o tragedii, jaka dotknęła was i wasz kraj. Chcemy, żebyście wiedzieli, że podzielamy wasz ból. Przyjmijcie nasze kondolencje i wyrazy sympatii.

Szczególnie wstrząsnęła nami wiadomość o nagłej śmierci księdza Romana Indrzejczyka, kapelana Prezydenta. Dla Pax Christi był on kimś bardzo bliskim. Uczestniczył w naszych spotkaniach międzynarodowych zapamiętaliśmy go jako człowieka skromnego i mądrego. Miał on wielkie zasługi w kwestii relacji ekumenicznych i dialogu chrześcijańsko-żydowskiego.

Jak dla wszystkich w Polsce prawda o katyńskiej masakrze była dla niego ważna. Będzie nam go bardzo brakować…

*

(…) Pokazywał nam jak pogodnie żyć w szarości naszej egzystencji.

Nosił w sobie prawdziwą głęboką radość istnienia. Czerpaliśmy z niej wszyscy z nim obcujący.

Każdy przy nim czuł się po prostu dobrym człowiekiem.

To sprawiało, że pragnęliśmy być lepszymi.

Nigdy nie absorbował nas swoim człowieczeństwem.

Kochał nas, nie oceniał, opiekował się nami, był uważny, obecny w naszym życiu, wybaczający…

– pisze parafianka, Agnieszka Ziółkowska.

*

Chrześcijanie i Żydzi. Doroczny marsz, a raczej powolna procesja szlakiem bohaterów getta, od pomnika walki na Umschlagplatz, gdzie jest miejsce upamiętnienia wywózki na śmierć, pożegnań, rozstania na zawsze. Od pomnika do kamienia po kamieniu idą Żydzi i Chrześcijanie. Recytowane są psalmy po polsku, przeplatane modlitwami żydowskimi po hebrajsku i chrześcijańskimi po polsku. Straciliśmy cennego uczestnika, jednego z coraz mniejszej grupy (śmierć kosi weteranów, choroby odbierają siły). Ksiądz Roman zabiegał o udział także młodych. W tym roku już nie było go z nami. Był wspominany na początku i na końcu marszu. Umówiliśmy się na spotkanie przy jego grobie, tradycyjnie w 30 dni po pogrzebie, w poniedziałek 24 maja. Przyniesiemy kamyki pamięci. Wierzę, że modlitwy się splotą tam, gdzie opadają z nich słowa, zostaje sama nadzieja i miłość.

Myśląc o tym spotkaniu przypominam sobie zasłyszaną gdzieś naukę żydowską, że po śmierci człowieka jego grzechy pomału znikają, a zasługi rosną, szczególnie jeśli potomkowie i przyjaciele praktykują to, czego zmarły ich nauczał, czy to będzie jakieś rzemiosło, czy wierność Bogu.

*

Wyznanie wiary

Nie wskrzesza umarłych

I gór nie przenosi,

Burzy nie ucisza –

Zwykła moja wiara…

 

Nie jest uroczysta,

Nie ma w niej patosu,

Nie sięga obłoków –

Po tej ziemi stąpa…

 

Moja zwykła wiara

Pomaga mi przetrwać,

Piosenkę zaśpiewać –

Kiedy nie mam siły…

 

Zwykła moja wiara

Jest źródłem fantazji,

Uskrzydla do pracy –

„syzyfowej” często…

 

Może jej nie widać,

Bo jest w głębi serca –

Daje jednak siłę,

Optymizm i pokój…

 

W mym codziennym życiu,

W smutkach i radościach –

Zwykła moja wiara

Jakoś ze mną żyje…[2]

*

Wspomnienia w prasie mówią na pierwszym miejscu o księdzu Adamie Pilchu jako o wysokim rangą wojskowym duszpasterzu z ramienia Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego.

To prawda. Był nim i jak mówią jego przyjaciele – naprawdę starał się być z żołnierzami, zwłaszcza w trudnych, ciężkich chwilach. Ale militarystą nie był. Jego żywiołem nie był mundur ani czynności oficjalne. Leciał do Katynia w ramach swojej służby i na służbie zginął wyrwany z życia przedwcześnie (45 lat). Przyjaciel tak wielu, wiodący duszpasterz, mąż, ojciec.

Znałam księdza Adama kilka lat, ale o wojskowej cząstce jego licznych obowiązków w ogóle nie wiedziałam. Dla mnie był on partnerem dialogu ekumenicznego, podtrzymującym duchowe i praktyczne zaangażowanie. Zaangażowanie przygasa, gdy wydaje się, że nikt go nie potrzebuje. Ksiądz Adam widział i swoją postawą potwierdzał, że kontakty ponadwyznaniowe są potrzebne, że wzbogacają życie duchowe.

Gościnnie otwierał piękny, wypielęgnowany kościół przy Puławskiej, zapraszając na comiesięczne nabożeństwa ekumeniczne, wspierane, czy wręcz organizowane przez Jana Turnaua. Bywałam na nie zapraszana jako „kaznodziejka”. W takich okolicznościach zwykle pojawiam się na długo przed czasem, a ksiądz Adam zawsze był już na miejscu. Jestem mu wdzięczna za chwile wspólnego skupienia przed nabożeństwem. Te spotkania kończyły się tworzeniem kręgu wokół ołtarza. Podawaliśmy sobie ręce – naprawdę pamiętam mocny, serdeczny uścisk dłoni Księdza po modlitwie Ojcze nasz i jego piękny głos intonujący zawsze tę samą pieśń Pod Twą obronę, Ojcze na niebie.

Po nabożeństwie uczestnicy zbierali się jeszcze na plebanii, gdzie przy herbacie była okazja do rozmowy.

*

Mając te własne, choć urywkowe wspomnienia, mogę sobie łatwiej uświadomić, jaką stratę poniósł Kościół Luterański w Polsce i krąg ludzi wokół Księdza.

*

Mówią przyjaciele księdza Adama Pilcha: Agnieszka Arnold, Witek Orski, Iwona Slawik, Jakub Slawik:

– Staramy się zatrzymać w pamięci ostatnie chwile Jego obecności wśród nas. Na przykład wielkopiątkowe nabożeństwo: Ksiądz mówił, jak głęboko trzeba rozumieć sens pojednania, żeby sprostać nauce Chrystusa. A potem, w Niedzielę Zmartwychwstania pozdrawialiśmy się starożytnym greckim „Christos anesti, anesti alithia” – „Chrystus zmartwychwstal, zmartwychwstał naprawdę!”. Taka była wiara Adama Pilcha. Potrafił żyć zgodnie z tym, co myślał, co głosił publicznie i wśród swoich. Nie budował Swojego autorytetu na funkcji, nie dzielił wizerunku na oficjalny i prywatny. Był naturalny. Może dlatego parafianie tak go szanowali, darzyli zaufaniem.

Co było osobistą, prywatną pasją księdza Adama? Muzyka. Muzyka w życiu Adama i Kornelii odgrywała ogromną rolę. Dzięki pasji muzycznej kiedyś zakochali się w sobie. Podczas studiów w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej byli stałymi bywalcami koncertów. To upodobanie im zostało. Może dlatego, kiedy plebania pustoszała, Adam wyśpiewywał pełnym głosem arie operowe. Libretta znał na pamięć. Nic dziwnego, że wzrastająca wśród muzyki córka Emma jest dziś wyróżniającą się uczennicą Szkoły Muzycznej.

Kiedy w połowie lat dziewięćdziesiątych ksiądz Adam został proboszczem Kościoła Wniebowstąpienia Pańskiego przy Puławskiej, parafia ożyła. Po piętnastu latach praca księdza Adama dała wspaniałe rezultaty. Udało się stworzyć prawdziwą wspólnotę. Cotygodniowy harmonogram zajęć i spotkań parafialnych ma stały rytm: praca z dziećmi, młodzieżą, dorosłymi – szczególną opieką ksiądz otoczył starszych parafian, czyniąc ich bliskimi młodszym i potrzebnymi. Bo Adam kochał ludzi i służył im. Tak rozumiał Ewangelię. Nie zanieczyszczał Jej głoszenia poglądami politycznymi czy ocenami obyczajowymi; unikał uproszczeń w pojmowaniu „praw i wartości chrześcijańskich”, daleki od takich czy innych fundamentalizmów.

Przychodziliśmy na niedzielne nabożeństwa na Puławską ze względu na księdza Adama Pilcha, żeby usłyszeć i przemyśleć jego kazania. Pisał je własnoręcznie, ale wygłaszał – nie odczytywał. Wyraźnie przepełniała je wiara i refleksja intelektualna. Adam był zaangażowanym teologiem ewangelickim, interpretującym Pismo nowocześnie, tak aby sprostać wyzwaniom teraźniejszości…

Co było najważniejsze? Ksiądz Adam Pilch w każdą niedzielę ogłaszał wszystkim bez wyjątku łaskę przebaczenia, którą otrzymujemy w Eucharystii. Wszyscy – bez względu na płeć, orientację seksualną, pochodzenie, status społeczny, czy wyznanie lub poglądy – wszyscy byli zaproszeni.

Dla Adama najcenniejszy był kontakt z drugim człowiekiem. Najbardziej satysfakcjonowała Go praca w parafii i rodzina. Adam z Kornelią i Emmą tworzyli wyjątkowy związek. Piękni, mądrzy, wrażliwi, o ogromnej kulturze i takcie. Kiedy pojawiali się razem, nawet nieznajomi zauważali, że otacza ich jakiś blask. Stanowili małżeństwo nowoczesne, prawdziwie partnerskie, bez cienia podległości czy patriarchalizmu. W szkole podstawowej Emma nie mogła zrozumieć czytanki o podziale zajęć domowych na męskie i żeńskie. Zdumiona zaoponowała, że przecież jej rodzice wszystkie zajęcia wykonują naprzemian.

Rankiem 10 kwietnia Kornelia, rzucając ostatnie spojrzenie za wychodzącym z domu mężem, pomyślała: „Z wiekiem robisz się coraz przystojniejszy“.

Dla nas 10 kwietnia zginął ktoś, kto uosabiał marzenie o prawdziwie ewangelicznym Kościele, wspólnocie otwartej dla wszystkich bez wyjątku, o Kościele rzetelnej refleksji o Bogu, gotowym upominać się o słabych i skrzywdzonych.

[1] Z tomiku wierszy Mądrym być człowiekiem, Warszawa 2007. Wszystkie wiersze cytuję za: www.wierszeksiedzaromana.blogspot.com [2] Z tomiku wierszy I niech tak zostanie… Niektóre myśli sercem wysłuchane, Warszawa 2005.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata