70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Gramatyka włoska dla zakochanych

Naczelna zasada nakazuje czytać i rozumieć w kontekście. Tymczasem kontekst właśnie podmieniono, jakby to były komórki do wynajęcia. Słowa umieszczone pośród innych słów, umocowane w sekwencji fabuły lub wywodu, osadzone w logice integralnego utworu, zostają nagle z tego porządku wyrwane. I okazuje się, że mogą świetnie pasować do całkiem innego porządku.

Opowieść o Stendhalu w Czuję. Zawrót głowy zaczyna Sebald tak:

W połowie maja roku 1800 Napoleon z 36 000 ludzi przeprawiał się przez Wielkiego Św. Bernarda – przedsięwzięcie, które do tej pory uchodziło na dobrą sprawę za wykluczone. Przez blisko dwa tygodnie nieprzejrzana kolumna ludzi, zwierząt i sprzętu posuwała się z Martigny przez Orsières doliną Entremont, a następnie niekończącymi się, jak się zdawało, serpentynami w górę, ku leżącej dwa i pół tysiąca metrów nad poziomem morza przełęczy, kiedy to ciężkie lufy armat osadzone na wydrążonych pniach trzeba było ciągnąć częściowo po śniegu i lodzie, częściowo po sterczących gołych skałach.

Od razu w pierwszym zdaniu podano do wiadomości, kto gdzie i kiedy co robił. Otwarcie zgodne ze sprawdzonymi regułami. Taki początek potrafi podniecić ciekawość, a zarazem wzbudzić błogą ufność, że ciekawość będzie zaspokojona, bo taki początek z góry obiecuje sowity ciąg dalszy: nieprzejrzana kolumna opowieści będzie się epickimi serpentynami z całym ciężkim sprzętem toczyła naprzód, mimo przeszkód i trudów. Czasem może się komuś wydawać, jakoby literatura wzorowała się na kronikarstwie i swoją wiarygodność opierała na przekonaniu czytelnika, że opowiada mu się coś, co się przedtem już zdarzyło było naprawdę, a opowieści tylko przenoszą tę realną przeszłość w fikcyjną teraźniejszość (albo wręcz wieczność) na papierze. A już daty, precyzyjne i doskonale obiektywne okoliczności czasu i miejsca, szczególnie mocno sklejają literaturę z twardą rzeczywistością. Złudzenia kończą się, gdy przypomnimy sobie zdanie „Markiza wyszła o piątej” – ułożone specjalnie po to, by pokazać, że przecież nie na tego typu oznajmieniach zasadza się moc literatury. (Prywatnie zawsze wyobrażałam sobie tę markizę jako dość pękatą osobę w kostiumie Chanel, co do reszty pozbawiało ją i wiarygodności, i fantazji).

Toteż Sebald, jak wiadomo, buduje swoje opowieści, także tę o Stendhalu, wedle całkiem innego pomysłu.

W kolejnej opowieści z tej samej książki mowa jest o ucieczce Casanovy z weneckiego więzienia. I to zdarzenie ma swoją historyczną datę – nastąpiło w nocy z 31 października na 1 listopada 1756 roku. A dlaczego akurat wtedy? Nie z powodów realno-pragmatycznych, nie dlatego na przykład, że tej akurat nocy straże akurat były bardziej pijane i mocniej spały. Casanova wyznaczył datę ucieczki metodą zbliżoną do sortes Vergilianae, wróżb wergiliańskich, tyle że zamiast Wergiliusza posłużył się Orlandem szalonym Ariosta. Sformułował pytanie: „w której pieśni Ariosta znajdę przepowiednię dotyczącą dnia odzyskania mojej wolności?”, następnie pytanie o strofę i wers. Przeliczał składające się na pytania litery, wyniki zapisywał w formie piramidki i dokonywał jeszcze kilku działań rachunkowych, które dały w rezultacie liczby 9, 7 i 1. Sięgnął do książki, odnalazł pieśń dziewiątą, strofę siódmą, linijkę pierwszą i przeczytał: Tra il fin d’ottobre e il capo di novembre, czyli „pomiędzy końcem października a początkiem listopada”. Casanova jest zdumiony „dokładnością i stosownością tego wiersza”. W Pamiętnikach pisze: „z mojej celi wydostałem się dokładnie z uderzeniem północy w dniu 31 października”.

Kierunek odwraca się. Już nie że najpierw coś się zdarzyło, a potem zostało opisane, bo najpierw Ariosto napisał swój poemat, a potem Casanova zastosował to do swego życia. Literatura wyszła z książki i wkroczyła w stan rzeczywistości.

Praktyki takie nazywano wróżeniem albo – obawiając się posądzeń o pogańską zabobonność – zasięganiem porady. Potrzebny był tekst, który zna się na pamięć albo ma przed sobą na piśmie, dzięki czemu jest naraz w całości dostępny – i powinien być to tekst opromieniony aurą wieszczego natchnienia, wyjątkowej wagi, świętości. Posługiwano się w tym celu Iliadą, Eneidą, Biblią, Dantem, Szekspirem albo dowolnym autorem, który akurat dla kogoś był ważny. Niekoniecznie łączono to z kombinacjami arytmetycznymi, w innej wersji otwierano książkę na chybił trafił i za wyrocznię uznawano linijkę, przy której zatrzymał się palec, czasem z zamkniętymi oczami wybierano książkę z półki i w ogóle stosowano różne dodatkowe gry hazardowe.

Sokrates opowiada Kritonowi, który odwiedził go w więzieniu, że najpewniej umrze za trzy dni, ponieważ we śnie ukazała mu się kobieca zjawa i wyrecytowała „Dnia trzeciego przybędziesz do Ftyi” – lekko zmienione słowa Achillesa z IX Pieśni Iliady.

Święty Augustyn w Wyznaniach opowiada, jak w Mediolanie z sąsiedniego domu usłyszał głos powtarzający tolle, lege i otworzywszy pisma św. Pawła trafił na słowa 13 rozdziału Listu do Rzymian, co ostatecznie skierowało go na drogę pobożności: „stało się tak, jakby do mego serca spłynęło strumieniem światło ufności, przed którym cała ciemność wątpienia natychmiast się rozproszyła”.

Gdy Robinson Kruzoe w chwili upadku ducha otwiera ocalały z katastrofy egzemplarz Biblii, napotyka wzrokiem słowa Psalmu 50: „Wzywaj mnie w dniach utrapienia twego, a ja cię wybawię i będziesz wychwalał imię moje”. To słowa „bardzo stosowne do mego położenia”, stwierdza rozbitek.

Z kolei bohater Kamienia księżycowego nie rozstaje się z Robinsonem Kruzoe i z reguły znajduje tam coś, czego akurat mu potrzeba. „Nie mając w pogotowiu odpowiedzi, otworzyłem Robinsona Kruzoe, w którym – jestem tego pewien – można było znaleźć jakieś wyjaśnienie”; „uciekłem się do niezawodnego środka uzdrawiającego, którym to środkiem, jak wiadomo, jest Robinson Kruzoe” – i tak w każdej kłopotliwej sytuacji.

Nadzwyczajna przygoda zdarzyła się Robertowi Browningowi. W okresie, gdy starał się o Elizabeth Barrett, pewnego dnia postanowił książkową wróżbą odpowiedzieć sobie na pytanie, jaki będzie los jego miłości. Wyciągnięta na ślepo z półki książka okazała się podręcznikiem gramatyki włoskiej. Książka ta, autorstwa włoskiego emigranta Angela Ceruttiego, patronowała wielu ówczesnym angielskim podróżom duchowym do Włoch i w bibliotece poety mogła zajmować całkiem poczesne miejsce. No ale bądź co bądź to tylko gramatyka. Jak pisze Browning do Elizabeth, można było najwyżej mieć nadzieję, że książka otworzy się na „spójnikach” albo na „zaimkach dzierżawczych”. Tymczasem jego wzrok padł na zdanie przeznaczone do ćwiczeń w przekładzie, które brzmiało: „Jeśli na innym świecie dane jest nam kochać się tak samo jak na tym, będę cię kochał przez wieczność”.

W literaturze czytamy na ogół o udanych aplikacjach – znaleziony na los szczęścia fragment natychmiast o czymś upewnia, rozstrzyga wątpliwości, wskazuje właściwe postępowanie. Ale ¬– w epizodzie, gdy Panurg nie wie, czy ma się ożenić, czy raczej nie – Rabelais wykazuje, że ustalenie, który fragment ma przynieść ważną odpowiedź, to jeszcze nic. Trzeba jeszcze w drodze interpretacji odczytać sens owego fragmentu w odniesieniu do nowej sytuacji.

Wybrać z książki coś dla siebie to – niezależnie od wagi, jaką do tego przykładamy i od tego czy czasem nie oszukujemy – zawsze operacja dość brutalna. Gdy Robinson i Casanova mówią o „stosowności”, zakrawa to wręcz na kpinę ze „stosowności” w rozumieniu klasycznych reguł. Naczelna – wedle niektórych przynajmniej poglądów – zasada nakazuje przecież czytać i rozumieć w kontekście. Tymczasem kontekst właśnie podmieniono, jakby to były komórki do wynajęcia. Słowa umieszczone pośród innych słów, umocowane w sekwencji fabuły lub wywodu, osadzone w logice integralnego utworu, zostają nagle z tego porządku wyrwane. I okazuje się, że mogą świetnie pasować do całkiem innego porządku. Pora bliżej nieokreślonego roku w czasach wojen z Saracenami przeskoczy na rok 1756; dzień, w którym Orlando podejmuje poszukiwania Angeliki, stanie się ważną datą w życiu Casanovy.

I znowu Casanova opisze to w swoich Pamiętnikach, a potem Sebald napisze, że tego akurat dnia, tylko w roku 1980, on sam siedział w barze tuż obok dawnego więzienia Pod Ołowianym Dachem i czytał zapiski Grillparzera. I tak w kółko. Nie da się literatury oddzielić od życia? Piękny wiersz Johna Ashbery’ego Sortes Vergilianae zaczyna się – w przekładzie Piotra Sommera – od słów: „Żyjesz już długo i nie ma nic, czego byś nie wiedział”.


W. G. Sebald, Czuję. Zawrót głowy, przeł. M. Łukasiewicz, 1. wyd. Kraków 1998, 2. wyd. Warszawa 2010; G. G. Casanova, Pamiętniki, przeł. T. Evert, Warszawa 1961; Platon, Kriton, przeł. W. Witwicki, Warszawa 1958; św. Augustyn, Wyznania, przeł. Z. Kubiak, Warszawa 1982; D. Dafoe, Przypadki Robinsona Kruzoe, cz. I, przeł. J. Birkenmajer, cz. II, przeł. anonim, Warszawa 1957; W. Collins, Kamień księżycowy, przeł. W. Komarnicka, Gdańsk 1990; The Letters of Robert Browning and Elizabeth Barrett 1845–1846, Cambridge (Mass.)–London 1969; J. Ashbery, Sortes Vergilianae (z tomu The Double Dream of Spring) – składam specjalne podziękowanie Piotrowi Sommerowi za użyczenie nieopublikowanego przekładu tego wiersza.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter