70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Europy wojna o symbole

Wzniecanie i podsycanie lęków przez elity ma w Szwajcarii długą tradycję i historyczne przyczyny. Pozbawiona narodowej kultury oraz jednoczącego społeczeństwo języka tożsamość helwecka od zawsze powstawała pod wpływem zewnętrznego zagrożenia.

Baśniowe Alpy, miasteczka niczym z klocków lego, stoki narciarskie bez kolejek do wyciągów, najwyższa jakość produktów na świecie, czekolada Linda, góry złota i pieniędzy… Oto Szwajcaria: taka, jaką była aż do lat 90. W powojennych czasach jej mieszkańcy cieszyli się niezmąconym szczęściem i najwyższą średnią długością życia w Europie. Czerwona flaga z białym krzyżem dumnie łopotała tam niemal nad każdym budynkiem. Ozdabiała nawet osławione szwajcarskie scyzoryki. Idyllę zakłócało chyba tylko… ograniczenie prędkości na autostradach do 130 kilometrów na godzinę. Aby wyszaleć się w swoich mercedesach i porsche Szwajcarzy musieli jeździć na niemieckie autostrady.

W latach 90. pękła jednak iluzja alpejskiego raju, skończyło się dobre samopoczucie mieszkańców. Najpierw wyszło na jaw uwikłanie szwajcarskich banków w transfer nazistowskich pieniędzy skonfiskowanych Żydom podczas wojny. Podcięło to skrzydła narodowej dumie opartej na przekonaniu, że republika helwecka nigdy nie zbrukała sobie rąk współpracą z Hitlerem. I niewiele pomogły tu 2 miliardy franków wypłacone przez miejscowe banki Światowemu Kongresowi Żydowskiemu. Z kolei bankructwo Swissair, zdaniem wielu najlepszej linii lotniczej na świecie, odebrało Szwajcarom wiarę w samych siebie. Nawet rodzime banki nie chciały udzielić kredytu upadającemu przedsiębiorstwu. Izolująca się od Europy i panicznie lękająca się świata Szwajcaria znalazła się w oku cyklonu: na globalizację zareagowała wzrostem nastrojów ksenofobicznych, sukcesem wyborczym szowinistycznego trybuna ludowego Christopha Blochera oraz erupcją resentymentów antyniemieckich. W listopadzie natomiast, w ogólnonarodowym referendum, w obawie przed islamizacją, Szwajcarzy opowiedzieli się za zakazem budowy w ich kraju minaretów.

Katalizatorem narodowego gniewu okazał się wniosek gminy muzułmańskiej o dobudowanie 6-metrowej (to wysokość 1-piętrowego domu rodzinnego) wieży minaretu do istniejącego już meczetu na rogatkach 15-tysięcznego miasteczka Langenthal, uroczo położonego pomiędzy Bernem a Zurychem. W mieście, w którym – gdy w Alpach topnieją śniegi i wylewa miejscowa rzeka – chodzi się, niczym w Wenecji, po kładkach ustawionych na palach, zawrzało. Runęła lawina protestów. Błyskawicznie zebrano ponad 3,5 tysięcy podpisów, firmowanych przez komitet „Stopp Minaret”. Urząd miejski na pniu doliczył się 72 uchybień natury budowlanej. Ale rozumowanie włodarzy miasta nie było oparte na kryteriach architektonicznych: „Bez minaretów nie ma muezzinów, a bez tych ostatnich – prawa szariatu”. W sukurs langenthalskiemu ratuszowi przyszły władze federalne. W ciągu roku zebrano w całej Szwajcarii 100 tysięcy podpisów wymaganych do rozpisania narodowego referendum. Kraj utonął w plakatach przedstawiających zakrytą czarną chustą kobietę, z podobnymi do rakiet minaretami stojącymi na szwajcarskiej fladze, w tle.

Sułtan Mehmed II Zdobywca chyba nie zrozumiałby oskarżeń o to, że strzelający w niebo minaret symbolizuje wojujący islam. Kiedy w 1453 roku zdobył Konstantynopol, było zupełnie oczywiste, że zamieni dumę chrześcjańskiego świata, świątynię Hagia Sophia, na meczet, którego minarety do dziś są jednym ze znaków rozpoznawczych miasta. Podobnie było podczas średniowiecznego pochodu islamu przez południową Europę. Prawosławne kościoły na Bałkanach i katolickie na Węgrzech masowo zamieniano na meczety i dobudowywano do nich minarety. Z kolei podczas hiszpańskiej rekonkwisty minarety przekuwano w dzwonnice katolickich kościołów. Do podobnej walki o symbole doszło w trakcie antytureckich powstań na Bałkanach na początku XX wieku oraz na początku lat 90., kiedy serbskie oddziały z upodobaniem niszczyły minarety w Bośni, uznając to za element „wojny cywilizacji”. Po raz ostatni meczet płonął w Belgradzie w 2004 roku jako odwet za albańskie ataki na serbskie cerkwie w Kosowie.

Można więc ze smutkiem przyznać, że „żywa tradycja” przemawia przeciwko postrzeganiu minaretów wyłącznie jako użytkowych elementów meczetu. Jednocześnie, w oczach współczesnych muzułmanów, minarety utraciły swój dotychczasowy prestiż. Jak wiadomo, służą one muezzinom do wzywania wiernych na modlitwę. Ale nawet w Istambule pojawiły się już pomysły, aby fałszujących muezzinów zstąpić transmitowanym przez radio głosem jednego z ich bardziej utalentowanych kolegów po fachu. Tradycja ustępuje pod naporem techniki: muezzini są zastępowani przez nagrane wcześniej wezwania do modlitw, które, wspierane przez megafony, mają większe szanse przebić się przez hałas dzisiejszych metropolii. Pojawiły się już nawet SMS-y przypominające wiernym o czasie modlitwy…

Amerykański historyk architektury Jonathan Bloom dowodzi zresztą, że minarety budziły kontrowersje w samym islamie już dawno temu. Stojący na wysokiej wieży muezzin mógł podglądać, co się dzieje za murami islamskich dworów. Dlatego funkcję muezzina często powierzano ślepcom. Wydaje się jednak, że trzy miesiące temu Szwajcarzy spojrzeli na minarety raczej oczami tureckiego pisarza Ziya Gökalpa, który pisał: „meczety są naszymi koszarami, minarety bajonetami, kopuły hełmami, a wierni – żołnierzami”.

Wzniecanie i podsycanie przez elity rozmaitych lęków w oparciu o podobne elukubracje ma w Szwajcarii długą tradycję i historyczne przyczyny. Pozbawiona narodowej kultury oraz jednoczącego społeczeństwo języka tożsamość helwecka od zawsze powstawała pod wpływem zewnętrznego zagrożenia: w czasach historycznych ucieleśniała je Rzesza Niemiecka, po Wiośnie Ludów reakcyjny duch Metternicha, w latach 30. XX wieku narodowy socjalizm, a w latach 40. – komunizm. W połowie ubiegłego stulecia konsolidacja narodowej tożsamości odbywała się między innymi za sprawą domniemanego niebezpieczeństwa płynącego ze strony emigracji zarobkowej Włochów z południowego Tyrolu, których zresztą na własne życzenie ściągano do pracy. „Sprowadzaliśmy siłę roboczą, a przyjechali ludzie”, pointował tę sprzeczność Max Frisch. Po zjednoczeniu Niemiec, kiedy, mówiąc żartem, Szwajcaria wbrew swojej woli nagle znalazła się w otoczeniu samych przyjaciół, ochoczo przystąpiono do konstruowania obrazu nowego wroga numer jeden: Unii Europejskiej. Wprowadzony właśnie zakaz budowy minaretów w społeczeństwie z 5-procentową, świetnie zintegrowaną i w większości (85 procent) niepraktykującą mniejszością muzułmańską, głównie europejskiego pochodzenia (Bośnia, Kosowo) oraz 150 meczetami, z których tylko 4 posiadają minarety, dobrze wpisuje się w tę szwajcarską „tradycję”. Obnaża również pewien absurd: zakazując budowy minaretów, nie zapewni się bowiem szczęścia kobiecie islamskiej, zmuszanej często do noszenia burki czy wychodzenia za mąż pod przymusem. Na pewno również nie zapobiegnie się tworzeniu równoległego islamskiego społeczeństwa.

Sprawa ma jednak szersze tło. Niewykluczone bowiem, że gdyby to samo referendum przeprowadzić w innych krajach europejskich, lepiej zintegrowanych narodowo od Szwajcarii, wynik byłby podobny. Globalizacja, integracja europejska oraz laicyzacja do spółki rozmywają tożsamość społeczeństw europejskich, zwiększając ich wrażliwość lękową na zagrożenie z zewnątrz. Promowane przez laicką kulturę europejską, same w sobie godne uznania i spięte w triadę wartości: ekologia, humanizm, humanitaryzm, nie potrafią zastąpić dawnej aksjologii w roli rdzenia tożsamości społeczności europejskich. Ostatnimi ich niekwestionowanymi bastionami po wyrzuceniu krzyży z miejsc publicznych (Włochy) są stadiony piłkarskie, na których jednak narodowe emocje łatwo i szybko przybierają postać agresji i szowinizmu. A kiedy trudno umierać za banalną popkulturę i komercjalizację życia, przewalające się przez centra handlowe, ulice, ekrany kin i telewizorów, łatwiej przychodzi ugodzić w minarety i czarne chusty (dla wielu symbole wojującego islamu, dla innych jednak – niezachwianej tożsamości) w imię rzekomej obrony wartości oświeceniowych. Podsycając tylko złowrogą wojnę o symbole i wieszczone od lat clash of civilizations.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata