70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Mrówki, koniki polne, wiewiórki

W spiżarniach chroni się również czystej wody marzycielstwo, bo jak inaczej nazwać tę rozbrajającą, na niczym przecież nie ugruntowaną wiarę w przyszłość – że w ogóle nastąpi, że warto o niej myśleć i jakoś brać ją pod uwagę.

„Kobiety tych okolic osądzało się nie na podstawie tego, co mogły pokazać w opiętych sweterkach, lecz po tym, czym się mogły pochlubić na półkach spiżarni. Mężowie otwierali na oścież drzwi tych skarbców i wyzywali zuchwale na pojedynek: kto ma więcej?” – pisze Betty MacDonald w przepysznej opowieści o farmerskim życiu w stanie Washington w latach 20. ubiegłego wieku. Wcale się nie dziwimy. Chwalenie się swoją zamożnością na pewno nie jest najładniejszą cechą ludzkiej natury, ale duma ze zgromadzonych zapasów to jednak trochę co innego. Spiżarnia – w swojej wersji klasycznej – ma pewne właściwości, które wynoszą ją ponad zwykły stos złota, portfel akcji albo superbrykę.

W słojach, beczułkach i wędzonych połciach osadziła się nasza własna praca i przemyślność. Trzeba było czegoś nazbierać, coś wyhodować albo upolować, odpowiednio przyrządzić, obmyślić najlepszy sposób konserwacji – a wszystko wieńczy ostatni gest umieszczenia produktu na właściwym miejscu w spiżarni, obok innych – jak w muzeum.

Spiżarnia jest płodem ducha przezornego. Wiadomo, że może być gorzej: przyjdzie zima, przyjdzie siedem lat chudych i wtedy zapasy będą jak znalazł. Niekiedy w grę wchodzi duch, który po prostu nie znosi marnotrawstwa: wprawdzie niepodobna skonsumować wszystkiego, co się akurat nadarza, ale nie można też pozwolić, by nadwyżki się zmarnowały, więc ocalajmy, co się da, na pewno kiedyś znów nabierzemy apetytu. Oba duchy można by posądzać o skłonności małodusznie praktyczne i przyziemne oraz odrobinę nimi gardzić. Betty MacDonald, która nie lubiła domowych przetworów, pisze:

Robienie zapasów na zimę to zboczenie umysłowe, jak każda forma paskarstwa. Najpierw sadzi się za dużo w ogrodzie, potem traci się niezliczone godziny, uprawiając to w piekącym słońcu, a potem kupuje się szybkowar i wszystko konserwuje, żeby się nic nie zmarnowało.

Takie uwagi nasuwają się konikom polnym na widok mrówek. Tymczasem w spiżarniach chroni się również czystej wody marzycielstwo, bo jak inaczej nazwać tę rozbrajającą, na niczym przecież nie ugruntowaną wiarę w przyszłość – że w ogóle nastąpi, że warto o niej myśleć i jakoś brać ją pod uwagę. Maria Ossowska zauważa, że w trosce o zachowanie rzeczy materialnych przejawia się także patetyczny „głód trwałości (…), głód w tylu innych dziedzinach tak tragicznie nieraz nie zaspokojony”.

W polskiej kulturze dziewiętnastowiecznej, zwłaszcza po powstaniu styczniowym, od zwykłej spiżarni albo spichrza niedaleko już było do wirtualnej skarbnicy, w której gromadziły się idee, aspiracje i wysiłki, w realnej przestrzeni historycznej skazane na porażkę. Mowa o tym na przykład w dialogu z Księżniczki Zofii Urbanowskiej:

„– (…) Co za straszna rzecz pomyśleć, że czyjeś życie zostało zmarnowane!

– Zmarnowane? Nie, pani, poszło do skarbnicy, gdzie od dawna zbiera się fundusz narodowy, fundusz, z którego wszyscy czerpią zapomogę. Nic nie ginie na świecie”.

Berentowi w 1906 roku ta skarbnica już podejrzanie trąciła grobową kryptą. Idee, które się tylko przechowuje – a nie wystawia na próbę nowych wyzwań i problemów ­– zdolne są, owszem, przetrwać, ale w martwej postaci i po jakimś czasie dla nikogo nie będą pomocą, przeciwnie, mogą się okazać się „niewidocznym jadem”. Idea bowiem „przede wszystkim potrzebuje światła”.

W tym samym mniej więcej czasie i również w duchu ponietzscheańskim w Davos Naphta objaśnia Castorpowi zasady „hermetyki”, tj. alchemicznej przemiany materii, która osiąga dzięki temu coraz wyższą i szlachetniejszą postać. Symbolem tej przemiany jest grób, co w Czarodziejskiej górze ma swoje znaczenie, ale Castorp ochoczo podchwytuje słowo „hermetyka” i wyjeżdża z opowieścią o gospodyni z domu w Hamburgu, zapełniającej spiżarnię słojami Wecka, które mogą stać latami, a po otwarciu zawartość jest „zupełnie świeża i nietknięta zębem czasu”, ponieważ była „hermetycznie przed nim zamknięta” – i trzeba będzie całej powieści, by przedstawić zawiłe związki między trwaniem a zmianą w czasie.

Tak to bywa z symbolami i metaforami – ledwie coś oświetlą i unaocznią, to zaraz skomplikują.

Fantastyczna spiżarnia opisana jest w Pachnidle. Przebywając w górskiej samotni, Grenouille rozmieścił w „purpurowym zamku” swego serca kolekcję zapachów, zgromadzonych w ciągu lat, aby móc się nimi do woli napawać. Gdy odkorkowuje butelkę, ożywa wokół niego moment, kiedy po raz pierwszy zetknął się z daną wonią i utrwalił ją w swojej genialnej węchowej pamięci. Niektóre zapachy są obrzydliwe i wywołują najgorsze wspomnienia, inne są cudowne i doprowadzają go do ekstazy, najważniejsze zaś, że wszystkie ma zawsze pod ręką. To magazyn konika polnego maksymalisty, który chce każdej przeżytej chwili zapewnić wieczną teraźniejszość.

W powieści Sebalda jako zwierzątko od robienia zapasów i zarazem symbol niepewnej ekonomii pamięci występuje wiewiórka. Mały Jacques Austerlitz w czasie spacerów przypatruje się, jak wiewiórki latem zakopują zapasy, i przy czytaniu ulubionej książeczki o porach roku, gdy dochodzi do obrazu zimy, pyta: „Ale jak już wszystko zasypie śnieg, to skąd wiewiórki będą wiedzieć, gdzie ukryły zapasy?”.

A skoro już mowa o magazynowaniu rzeczy tak ulotnych jak zapachy i wspomnienia, można przywołać Arnolda z noweli Harry’ego Mulischa Stare powietrze. Arnold na użytek pewnej międzynarodowej organizacji bada procesy powiększające dziurę ozonową. Ażeby stwierdzić, jak szybko zachodzą odnośne zmiany, potrzebne są próbki „powietrza sprzed lat”. Arnolda interesują więc przedmioty, których budowa – przypadkiem, bo całkiem niezależnie od pierwotnie założonej użyteczności – zostawiła nieco wolnego miejsca, aby mogło tam w szczelnym zamknięciu przetrwać stare powietrze: piłeczki pingpongowe, butelki wina, opony, pływaki rybackie. „Jakże chętnie zaczerpnąłbym go, zamiast badać” – myśli Arnold, ostrożnie spuszczając wojenne powietrze z opon zestrzelonego w 1944 roku samolotu.

Wróćmy do spiżarni klasycznej. W wilkowskim dworze, w piwnicy, która jest „większa od całego domu”, na półkach

stało nieprzebrane mnóstwo słoi i słoików podług hierarchii dat, każdy z odpowiednim napisem i notatką, były to konfitury i soki; osobna półka była poświęcona grzybom i marynatom, osobna wreszcie preparatom Weka, mały zakątek (…) zawierał suche konfitury, gruszki w miodzie, rożenki i tym podobne przysmaki. [Wiktor] podszedł do półki z konfiturami i obracając słoiki w ręku sprawdzał na nich daty. Niektóre miały po dwa, trzy lata i więcej.

– Po co się tyle tego robi? – zapytał Kazi.

– Aby się niektóre z tych słoików dostały wybranym.

Odpowiedź, zwięzła i w banalnych przecież okolicznościach dość zaskakująca, pada bez wahania, jak gdyby Kazia dawno już gruntownie przemyślała sobie te sprawy. Więc spiżarnię zapełnia się nie konkretnie na zimę, nie przezornie na gorsze lata, ale po prostu na niewiadome. Bo nie można wiedzieć, które słoiki zostaną otwarte ani kiedy to nastąpi, nie wiadomo, co stanie się z resztą, nie wiadomo, kim będą ci wybrani ani ilu ich będzie. Jakby nie chodziło o przetwory w słoikach, ale o listy desperacko rzucane w zalakowanych butelkach do morza. Wskutek tego i pytanie nabiera nagle głębszej i odległej od praktycznych działań wymowy. Po co się tyle tego robi, czy warto aż tak się wysilać, skoro znaczna część z konieczności pójdzie na zmarnowanie? Po co pisać wiersze, komponować symfonie, dobierać farby z palety, jeśli nie wiadomo, czy kiedykolwiek do kogokolwiek to dotrze?

Ostatnie słowo w tej sprawie niech ma Białoszewski, we fragmencie z tomu Rozkurz: „– ale ty nie piszesz na rozkurz – zakończył jakąś kwestię Le. Spodobało mi się to określenie. Jednak >>nie na rozkurz<< za długie na tytuł. I tak by się mówiło >>Rozkurz<<”.


B. MacDonald, Jajko i ja, przeł. M. Wańkowicz-Erdmanowa, Warszawa 1996; M. Ossowska, Moralność mieszczańska, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk-Łódź 1985; Z. Urbanowska, Księżniczka, Warszawa 1958; W. Berent, Idea w ruchu rewolucyjnym, w: tenże, Pisma rozproszone. Listy, Kraków 1992; T. Mann, Czarodziejska góra, t. 1 przeł. J. Kramsztyk, t. 2 przeł. W. Tatarkiewicz, Warszawa 1998; P. Süskind, Pachnidło, przeł. M. Łukasiewicz, Warszawa 1990; W. G. Sebald, Austerlitz, przeł. M. Łukasiewicz, Warszawa 2007; H. Mulisch, Stare powietrze, przeł. A. Wojtaś, Wrocław 1990; J. Iwaszkiewicz, Panny z Wilka, w: tenże, Opowiadania,Warszawa 1956; M. Białoszewski, Rozkurz, Warszawa 1980.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata