70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Czas niemały, a dla mnie – pięć lat pisania o różnych godzinach swego rodzaju blogu na ekranie „Znaku”. Pierwszy odcinek był właśnie o majowym rozszerzeniu Unii.

Dla mnie pięć lat to raczej niewiele. Jakaś jedna piętnasta życia! A przecież tak krótka była też II wojna światowa – ale dla mnie długa: prawie połowa przemierzonej drogi, ta ważniejsza, już bardziej po dorosłemu świadoma. Świat przedwojenny ledwie pamiętany, bo przeczyło mu całe nowe doświadczenie pięciu lat wojny.

Myślę o tych, co urodzili się albo zaczęli chodzić do szkoły na krótko przed 1 maja 2004. Dla nich te pięć lat to wszystko; kształt Polski w Europie jest oczywistością. Świat wokół zwyczajnie jest europejski. Życzę im, aby doświadczyli wielości i różnorodności światów człowieka – w porę dla siebie i z radością, a więc by zmiany horyzontu, które muszą nadejść, obracały się na dobro.

Oczywistością europejską – tak bardzo oczywistą, że przestajemy ją dostrzegać – jest rozwiązywanie konfliktów między państwami unijnymi drogą negocjacji,  a nie użycia siły. Nie wyobrażamy już sobie wojen między tą grupą sąsiadów – ani trzydziestoletnich, ani pięcioletnich! Pierwszym zadaniem jest, by nie ulec nawrotom żadnego z możliwych nacjonalizmów. A drugie podobne jest temu: trzymać w ryzach nieunikniony europocentryzm; Europa nie może liczyć na to, że jako całość przetrwa, będąc czymś na wzór osiedla strzeżonego, odgrodzona parkanami od konkurentów, od partnerów, od innych.

Integracja świata? 1 maja myślę o niej nieśmiało, z troską, ze świadomością, że na razie nie potrafimy jej sobie wyobrazić.

Pięć lat różnych godzin to jeszcze mało.

Wokół czuwania

Posyłać

Gdy się zdarzy czuwać przy kimś ciężko chorym lub umierającym, trzeba uważać, by nie dać się pochłonąć obserwowaniu ekranu monitora. Można rozumieć, co oznaczają chwiejne krzywe, lub nie pojmować, co wyraża ich ruch – ale tajemnica dzieje się gdzie indziej. Raczej staram się współczuć z całym ciałem, z jego niemożnością  trwania dalej jako to żywe ciało, z bólem i ustawaniem procesów, które czynią je tym człowiekiem – gdy powiem „ciałem tego człowieka”, to będzie oznaczało rozstanie, bo ciało tego człowieka to nie on, tylko jego zwłoki, to, co opuścił, jego najbardziej intymna własność, teraz zostawiona, porzucona, zamieniająca się w przedmiot, bo ten człowiek zgasł. Towarzyszę mu w gaśnięciu czy może w stawaniu się innym światłem. Wierzyć to zanurzać się w ciemność, prosząc, by tego gasnącego odnalazła i wzięła do siebie jasność, której ja nie widzę, do której  nie przenikam.

Czy naprawdę mam takie myśli? Chciałabym. Staram się, ale poddaję się pokusie patrzenia na monitor. Śmierć jest tym, czym jest w tych myślach. Ale kojarzę ją też z pustym ekranem, choć wiem, że nie ukazuje on wiernie momentu, w którym wszystko już się stało, że gaśnięcie trwa dłużej. Jeszcze wciąż trwa, gdy już ustaje walka o życie widoczna dla towarzyszących ludzi, a potem jeszcze dla czujników, które ją śledzą bez naszej niecierpliwości. Bo wobec tej walki trudno nie być niecierpliwym. Chcemy zatrzymać odchodzącego. I kto wie, może przez to przedłużamy bolesną walkę. Doktor Kownacki z Nowej Huty powiedział kiedyś swoim wolontariuszom hospicyjnym: „Od pewnego momentu trzeba ich posyłać”. Co to znaczy? Nie próbuję wyjaśnić, ale wiem, że to coś rzeczywistego. Dotykam ręki gestem pożegnania, a nie zatrzymywania.

*

Dzień śmierci Jana Pawła II: o tym dniu raz po raz ktoś opowiada, podkreślając siłę wspomnienia, jego rolę w dalszym życiu. Też już o tym pisałam – że byłam w tym czasie na „służbie medialnej”, po kolei w różnych telewizyjnych studiach. Wtedy właśnie w drugim programie TVP. Stałam, usiłując być gotowa do mającego się rozpocząć nagrania, gdy ekran kontrolny zbladł, poszarzał i zgasł. Od tej chwili taka blada poświata jest dla mnie symbolem śmierci.

Właściwe wsparcie

Raz po raz przekonuję się, jak bardzo potrzebują wsparcia osoby, które chcą towarzyszyć swoim bliskim w terminalnej fazie choroby. Nie jestem pewna, czy rzeczywiście tak zwana pomoc psychologiczna jest dość dostępna, a także czy to tej pomocy ludzie wyglądają – czy tylko tej, właśnie tej.

Wprowadzenie w sztukę opieki hospicyjnej to coś innego, zadanie bardziej interdyscyplinarne, jak interdyscyplinarna musi być każda dobra opieka. W pracy pielęgniarskiej jest dużo medycyny, ale też dużo opieki. Pewnie nie zawsze, nie wszyscy tak swoje zadanie pojmują, ale do tradycji hospicyjnej należy też troska o to, by bliscy dali radę, by towarzyszenie było możliwe, by unikać wstrząsów, dezorientacji, egocentrycznego skupienia uwagi na sobie, na własnych przeżyciach. Zadanie dla psychologa? Owszem. Ale najwięcej powinien zrobić lekarz i pielęgniarka. Oni mogą sprawić, by nie było zbyt strasznie i by bliscy nie czuli się bardziej bezradni, niż z natury rzeczy muszą.

Skuteczne współczucie

Może tak to podsumuję: trzeba nauczyć prostych czynności opiekuńczych, usługiwania choremu, aby odczuwane współczucie mogło być skuteczne, by było przynoszeniem ulgi. Ale warto też nabyć wiary w to, że współczucie jest jakoś skuteczne także wtedy, gdy nic nie zostało do zrobienia, niczego pożytecznego nie umiem, muszę to zostawić innym. Albo jest tak, że nikt nic więcej nie zdziała. Może łatwiej jest tym, którzy czuwanie świadomie wypełniają modlitwą, osobom nawykłym do różańca, psalmów, litanii. Za tymi czy innymi modlitwami jest coś, co nie wymaga rozwiniętej wiary, raczej przeświadczenia, które umożliwia Anonimowym Alkoholikom wykonywanie dwunastu kroków: jest Coś czy Ktoś, Siła, której moje istnienie nie jest obojętne. A może nawet to nie jest konieczne – można, nie pytając o nic, kierować ku odchodzącemu strumień bezsłownej życzliwości, wyrażać ją dotknięciem, szeptaniem czegoś, co nie musi mieć sensu.

 Duszpasterstwo

Nie tylko pomoc psychologa. Na przykład dla bardzo wielu obecność duszpasterza przy umierającym mogłaby wiele znaczyć. Gdyby również oni towarzyszyli znanym sobie wiernym i ich rodzinom, ale i rodzinom innych osób w sytuacjach, gdy nie będzie to narzucaniem. Bez nacisku na zaopatrzenie sakramentalne – spowiedź, komunię, namaszczenie.

*

Jak pokonać żałosny lęk chorych przed kapłanem jako zwiastunem śmierci? I lęk rodziny – „by nie przestraszyć”? Gdyby obecność duszpasterzy przy chorych była czymś zwykłym, częstym, niczego by nie zwiastowała – tylko hasło „jesteśmy przy tobie”. Swego czasu synody deliberowały nad tym, czego potrzeba, by chorzy naprawdę byli w Kościele tak ważni, jak im obiecywał Jan Paweł II w niezliczonych wypowiedziach i w Liście o zbawczym cierpieniu. Niewiele z tego wyszło. Brakuje wciąż kultury towarzyszenia chorym i umierającym i samego myślenia o śmierci z odwagą, o umieraniu z poczuciem, że to ważny etap życia. Z żalem myślę o tym, gdy słyszę różne denuncjacje „cywilizacji śmierci”. Udaję, że nie rozumiem do czego to aluzja. Gdybyśmy tak zabrali się do tworzenia cywilizacji radzącej sobie ze śmiercią? To chyba zbyt ambitne zamierzenie. Ale dałoby się wiele zbudować przeciw śmierci, przeciw zabijaniu, karze śmierci, ucieczkom w śmierć… A z drugiej strony – zatroszczyć się o to, by dało się umierać po ludzku, by godność była uszanowana.

Śmiertelnicy

„Ach nie, nie mów tak”: taką z reguły słyszę odpowiedź, gdy przypominam komuś, że osiągnęłam wiek nachylony ku śmierci, statystycznie bardzo prawdopodobnej dość niedługo, mimo że osoby wykształcone, mieszkające w miastach ponoć żyją dłużej. W telewizji miłe wizażystki starają się zamalować moje zmarszczki, chociaż proszę, by tego nie robiły. Chodzi zapewne o to, by twarze na ekranie nie przypominały o umieralności po osiemdziesiątce.

Ja jednak przypominam, że czas naszej współpracy jest policzony, chociaż jeszcze nie znamy wyniku kalkulacji. Między nami, śmiertelnymi, wszystko jest kruche, jednak prowizoryczne, choć szczęśliwie nieco mniej niż w przyjaźni ze zwierzętami, które tak krótko żyją. Niektórzy ludzie wolą rezygnować z przyjaźni ponadgatunkowej, aby nie narazić się na cierpienie nieuchronnie z tym związane. W myśl tej logiki pasowałoby nie kochać ludzi, bo szybko odchodzą. A tymczasem ksiądz Twardowski radził, by śpieszyć się z miłością, starać się z nią zdążyć. Nie nazbyt bać się przyszłej tęsknoty do tych, co (zapewne) odejdą pierwsi, bo są o wiele starsi.

Istnieje jakaś wzajemność posyłania. Ci, co zostają, jeszcze zostają, mają posyłać odchodzących w inną przestrzeń – a odchodzący z dobrym wyprzedzeniem powinni posyłać swoich bliskich w ich dalsze życie z innymi bliskimi. Jakieś punkty w tej osobnej przyszłości mogą być wsparciem dla pamięci. Źle, jeśli miałyby to być tylko cmentarze, groby i stare fotografie. Lepiej, by było to coś żywego – na przykład coś, czego nauczyliśmy się od tych, którzy odeszli, jakiś zwyczaj czy cały styl z nimi wypracowany i nadal dla nas aktualny, chociaż zgaśli.

Dwie rzeczy ważne

Dwie tezy – sugestie dla duszpasterstwa chorych (albo dla samorekolekcji w chorobie lub towarzyszeniu chorującym).

  1. Nie dopuszczaj myśli, że choroba miałaby być karą wymierzoną przez Boga. Ani choroba, ani ciężka praca, ani drugi człowiek nigdy nie są „skaraniem boskim”. Mogą być zadaniem – możesz z nich, ze sposobu ich znoszenia uczynić wielką szansę wyrażenia miłości. Staraj się nie posądzać Twojego Boga o okrucieństwo. Bóg jest taki, jak uczył Jezus. On wskazywał Drogę zaufania.
  2. Temu, co samo przez się nie ma sensu, można sens nadać. Zdaniem Jana Pawła II tylko sam Jezus może to uczyć. Ludzie nie powinni nawet próbować. A jednak o tym piszę. Ale piszę bez ambicji, by z moich słów ktoś miał taką siłę zaczerpnąć. Piszę po to, by zniechęcić przyjaciół Hioba do wygłaszania przemów, a Hiobowi dodać odwagi do protestu: „Moi przyjaciele – sza! Ja teraz rozmawiam z Nim”.

Samorekolekcje wokół  „mszy za chorych”

Nie da się uciec przed problemami poruszonymi w „dwóch tezach”. Ale można skupić się na tekstach biblijnych, na ich liturgicznym wyborze. Jest to wybór uroczysty, wspólnotowy, łączący dzisiejszego człowieka z bardzo starą tradycją. Są to też teksty bogate w inspiracje na dziś. Może najciekawsze jest czytanie z listu św. Jakuba (5,13–16), jak zwykle u Jakuba przywołujące ducha dawnej gminy będącej jeszcze grupą wierzących jednoczoną wiarą.

…Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone. Wyznawajcie zatem sobie nawzajem grzechy, módlcie się jeden za drugiego, byście odzyskali zdrowie. Wielką moc ma wytrwała modlitwa sprawiedliwego…

A może właśnie w obrębie opieki hospicyjnej można by te rady apostoła potraktować praktycznie, obmyślić i wykonać takie właśnie czynności, oczywiście dostosowując je do sytuacji?

Tekst wybrany do formularza mszalnego ukazuje bogaty sens namaszczenia, zawartą w tym geście akceptację człowieka, przebaczenie, jakie otrzymuje też od ludzi, wstawiennictwo, prośbę o uzdrowienie – nie o cud, lecz o pomyślny zwrot w leczeniu. Jeśli chory już umiera, jest w tym prośba o mniej cierpień, o ulgę.

Namaszczenie nie kieruje do trumny, lecz ku życiu. Podkreśla to Ewangelia według Mateusza (8,14–17). Jezus uwalnia chorą od gorączki, umożliwia jej usługiwanie gościom i sobie, czyli przywraca zdolność do czynów, do bycia zwyczajnie pożyteczną dla innych jak dotąd.

Właściwie to msza za chorych ma być odprawiana nie w kontekście dramatu odejścia, lecz ufności i ciepłej wspólnoty. W sytuacji dokonującego się odchodzenia przydałby się formularz bliższy temu doświadczeniu. Tekst z listu św. Jakuba powinien chyba pozostać. A Ewangelia mogłaby na przykład przywołać zbliżone do agonii, może będące nią cierpienie Jezusa w Ogrójcu.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata