70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

O różnych godzinach

Ryszard Kapuściński to ktoś, o kim trzeba myśleć o różnych godzinach, przede wszystkim tych trudnych. Godziny stają się trudne, gdy zacieśnia się horyzont. Były nie tylko godziny, był długi czas ograniczonego horyzontu. Kapuściński od zawsze próbował przezwyciężać to zjawisko. Nie poddał się podziałowi świata na „swój” i „resztę”. Właściwie to w pewnym sensie zaniedbywał to, […]

Ryszard Kapuściński to ktoś, o kim trzeba myśleć o różnych godzinach, przede wszystkim tych trudnych. Godziny stają się trudne, gdy zacieśnia się horyzont. Były nie tylko godziny, był długi czas ograniczonego horyzontu. Kapuściński od zawsze próbował przezwyciężać to zjawisko. Nie poddał się podziałowi świata na „swój” i „resztę”. Właściwie to w pewnym sensie zaniedbywał to, co swojskie, by iść za tym, co inne – bliskie, bo ludzkie, choć może nam z tą bliskością jakoś nieswojo.

         Teraz mamy drugą rocznicę dnia, kiedy, zebrawszy się razem, my, czytelnicy, współpracownicy i tłumacze Kapuścińskiego, zapewnialiśmy się nawzajem, że obecnie nasz mistrz i przyjaciel jest z ograniczeń wyzwolony. Była to dla każdego inna, ale niezachwiana oczywistość.

Wolę myśleć nie o rocznicy śmierci, lecz tego pięknego pożegnania, które zakończyło jedną postać obcowania, by ją zastąpić nową, inną, dla bardzo wielu nie mniej rzeczywistą.

Wpływ autora na ludzi, którzy czytają teksty – także teksty! – nie tylko trwa: rozszerza się, sięga nowych osób, wkracza na nowe pola.

Wydarzenia, których teraz jesteśmy świadkami, mają w Kapuścińskim uczestnika, bo wciąż nam je oświetla przez to, co zdążył napisać, powiedzieć, wskazać. Kapuściński jest autorem na czas obecnych i nadchodzących trudnych zmian. Myślę, że zawczasu przekazał chętnym czytelnikom świadomość napięć i pęknięć świata. Teraz sami je już widzimy albo wkrótce się o nich przekonamy. Na przykład doświadczenie Kapuścińskiego pasuje do tego, które nosi w sobie Obama. Dzięki Hebanowi Kenia Obamy opisana w jego książce mogła tak oczywiście dać mi do myślenia.

Świat się chwieje. W którą stronę się przechyla? Jakie oczywistości staną przed nami wkrótce albo trochę później? Czy bardziej uderzy nas ich nowość czy mało spodziewany powrót? Kogo uznamy za ich proroka, czyli tego, kto rozpoznał je wcześnie i pierwszy określił ich kierunek? Warto teraz, z nowymi przesłankami, czytać takie teksty jak Ten inny… Chwytać uchem „dalekie odgłosy werbli”, jak Pan Ryszard potrafił.

Dosyć to wszystko wypadło wzniośle. Nie w jego stylu. Jednak nic nie skreślę, bo to prawda. Dla równowagi dodam coś z tomiku Wiersze zebrane, coś, co harmonizuje z myślą o porannym spacerze po Polu Mokotowskim.

***

Starszy pan

podnosi do góry

zaśliniony palec

bada

skąd wieje

następnie

ustawia się zgodnie z kierunkiem wiatru

i odlatuje

niewysoko

niedaleko

Sen

Głos z mównicy, trybuny czy jak to nazwać: „Pytam, co nam daje przynależność do Frakcji Wschodniej”.

Głos jest dobitny, ale cichnie, gdy napływa szum i szybko znika sala obrad, jakby spływała gdzieś w dół, bo ja się budzę. Ale jeszcze widzę, jak na pocztówce, oświetloną porannym słońcem wieżę katedry strasburskiej.

Gdy się budzę, pamiętając ten fragment snu, pierwsza myśl – wspomnienie posła Koła Znak Stacha Stommy, jego wykład o odpowiedzialności polityka, o konieczności ciągłego zadawania sobie pytań podstawowych, takich, które dotykają opcji już w nas zakorzenionych. Gdybyśmy tego bardzo pragnęli, to może choćby i sen mógłby nam w porę dać do myślenia.

Grzebiąc w starych papierach

Żyjąc długo, ma się okazję doświadczenia pewnych szczególnych wrażeń. Należą do nich spotkania z samym sobą sprzed lat. Czasem jest to fotografia, która wypada spośród kart dawno nieotwieranej książki. Ja? Nie ja, ktoś podobny… A kim jest teraz to dziecko, do którego uśmiecham się na tym zdjęciu?

Ale to nic w porównaniu z czytaniem – słuchaniem tekstów, które trzeba odcyfrowywać z pożółkłej przebitki, z jakichś pomiętych kartek przemieszanych nie po kolei. Wraca wspomnienie: no tak, to było pisane wtedy, w tych okolicznościach, tamtego roku, lata, jesieni, podczas choroby, która czasu przydała, w odpowiedzi na list, prośbę, niemal interpelację… Zdziwienie, wątpliwości, gdy taki tekst wydaje się czymś nie sprzed lat trzydziestu, lecz może sprzed ledwie kilku. W rzeczach pisanych dawno i teraz czuję trwałość wiodących nici, poszukiwań, prób. Obok pudeł, teczek i kopert tworzących chaotyczny magazyn nieuprzątniętej przeszłości, powstaje pojemnik z hasłem „wyłowione”. Połów musi mieć cel, komuś trzeba przekazać to, co jeszcze raz może się przydać.

Gdy dłużej przebywałam z Ojcem w Anglii, chodziliśmy niekiedy razem na domowe wyprzedaże. Zwykle to spadkobiercy, ale czasem i sam żyjący jeszcze właściciel, zamierzając się wyprowadzić, układał to, czego chciał się pozbyć, w małe stosiki, po kilka, kilkanaście przedmiotów. Aby kupić upatrzony skarb, trzeba było nabyć i zabrać cały stosik, do którego należał.

Poczytajcie stare teksty, coś w nich może odkryjecie. Ja w nich wciąż coś widzę.

Z dawnych tekstów

Oto fragment nieukończonej książki, która miała być owocem i utrwaleniem wspólnie podejmowanych refleksji, głównie z młodymi wtedy absolwentami Duszpasterstwa Akademickiego w Katowicach i z Zespołem Synodalnym w parafii – Arce Pana w Nowej Hucie. Tekst jest datowany 22 sierpnia 1975.

Jedność życia

Miał to być rozdział pierwszy. Forma: wypowiedzi kilku osób, identyfikowanych jako postacie przez pięć wieczorów wymieniające myśli przy ognisku: Dziewczyna w okularach; Pani w wiatrówce, co się zna na rzeczy; Chłopak, który rąbał drzewo (inżynier); TEN ŁYSY; Dziewczyna z warkoczami (lekarka); Chłopak w dresie; Dziewczyna, która śpiewała kołysankę.

Na razie nie rozpoznajemy ich głosów.

  1. Refleksja nad własnym życiem tym więcej daje, im właściwsze, ostrzejsze, bliższe przeżyciom są pytania, jakie nią rządzą.

Dla mnie – a może dla nas? – pierwsze jest pytanie o jedność życia. Czy moje życie stanowi całość – czy też jest rozbite na fragmenty, na niepowiązane ze sobą rozdziały, chaotyczne poszukiwania, rozpoczynane i porzucane? Czy zarysowuje się w moim życiu jakaś „struktura kryształu”, pewien wewnętrzny porządek, choćby bardzo zawiły? Czy moje życie do czegoś zmierza, czy posiada orientację, kierunek – czy też tylko trwa, coraz bardziej zagmatwane i nie moje –tak przemija?

Jeśli dostrzegam w moim życiu jakieś ukierunkowania – to skąd one się biorą?

Co takiego widzę, co każe mi dążyć tu, a nie tam i podporządkować temu dążeniu różne moje chcenia i niechęci? Może jeszcze inaczej zapytać: co kocham, co widzą jako dobro najbardziej cenne dla siebie i dla swoich?

Może nie potrafię tego dobra nazwać – nie znajdujmy dlań zbyt łatwo imienia – ale skoro je znam, skoro je rozpoznaję choćby w rzadkich wybranych chwilach – to może właśnie teraz przyszedł czas, by się w nie wpatrzyć, pobyć z nim, odnowić swój z nim związek, wyrazić go na nowo, a przynajmniej rozpocząć poszukiwanie takiego wyrazu?

  1.      Moje życie ma wiele ukierunkowań. Odnajduję w nim raczej zarysy różnych możliwych porządków niż jeden, scalający wszystko, uprzywilejowany ład, nadawany przez wartość, uznaną za najwyższą.

Taką wartością jest dla mnie – w zasadzie, teoretycznie – Bóg mojej wiary. W praktyce, poza wyjątkowymi chwilami, ma On mało wspólnego z tym, co wypełnia mój czas, z całą krzątaniną około tylu osób, rzeczy, przedsięwzięć i zamiarów.

Są w moim życiu rzeczy sprzeciwiające się związkowi z Bogiem. Inne sprawy i przeżycia mnie z Nim trwale wiążą. Ale ogromna większość moich trosk i radości – czy po prostu zajęć – zdaje się nie mieć z Bogiem nic wspólnego. Zapewne mają rację teologowie, którzy twierdzą, że wszystko ma z Bogiem najściślejszy związek. Cóż jednak z tego – skoro dla mnie ten związek jest czystą abstrakcją, skoro ja nim nie żyję. Czuję, że do Boga docieram tylko jakąś cząstką siebie. Moje życie z Nim jest mało intensywne, niedzielno-świąteczne. Drugie życie, codzienne, zajmujące 99 procent czasu, płynie obok Boga i to ono pochłania mnie prawie bez reszty. Wyrywam się z niego na krótkie spotkania z Bogiem, zwykle dopiero wtedy, gdy moje prawdziwe, codzienne życie staje się zbyt nieznośne.

Czy tak być musi? Czy człowiek wierzący musi prowadzić życie niejako podwójne – między Bogiem, a sprawami, jakie dzieli także z tymi, którym wiara jest obca?

  1.      Refleksja nad sprawami życia wewnętrznego dokonuje się zwykle za pomocą obrazów, porównań modeli. Szukamy ich, aby wyrazić to, co przeczuwamy – a potem te obrazy usamodzielniają się, zaczynają wpływać na nasze pojmowanie rzeczy.

Analizując kształt, orientację, ukierunkowanie życia często uciekamy się do modelu układu współrzędnych.

Bóg, nasz związek z Nim to współrzędna pionowa. Co stanowi drugą oś? Nie zawsze jest to wyraźnie określone. Linia pozioma bywała interpretowana jako linia „świata”, czyli tego, co trzeba porzucić, by iść ku Bogu. Dziś często nadaje się tej linii inny sens, bardziej pozytywny. Obok „linii Boga” drugą współrzędną wyznaczającą kierunek życia jest zaangażowanie na rzecz drugiego człowieka, bliźnich. To „linia naprawiania świata”, walki o sprawiedliwość, wyzwolenie, dostatek dla wszystkich.

Pomiędzy dwiema osiami takiego układu współrzędnych życie człowieka biegnie jako wypadkowa, uzależniona od dwóch przeciwstawnych przyciągań.

Jeśli tak, to powstaje pytanie: jakiej równowagi szukać? Ile Bogu, ile bliźniemu? I wątpliwości: czy zajmując się Bogiem powyżej przeciętnej, nie zaniedbujemy bliźniego? Czy kurczy się wtedy nasza obecność w sprawach ludzkich (czyli w sprawach tych, których kochamy)?

Taki zarzut spotyka chrześcijan ze strony niewierzących, chyba nie bez racji. Bo przecież oni obserwują nasze ucieczki przed problemami, przed zbyt trudną rzeczywistością! A z drugiej strony – czy nie uszczuplamy tego, co należne Bogu, gdy zaczynamy naprawdę brać na serio bliźnich? Taki zarzut też się słyszy. Bywa on stawiany zwłaszcza „działaczom” chrześcijańskim – czy zawsze tylko dlatego, że ich działanie komuś wypada pod włos? Czy nie bywa tak, że poza rzekomym działaniem w służbie bliźniego, poza naprawianiem świata, ktoś dostrzeże pustkę, usiłowanie podbudowania siebie, upodobanie do władzy, szukanie egocentrycznej satysfakcji?

A zresztą – czy aby na pewno chodzi o równowagę (jaką?) w zaangażowaniu na rzecz Boga i na rzecz bliźniego? Czy pytanie „ile Bogu – ile bliźniemu” nie jest kamuflażem, bo w istocie pytam raczej – ile muszę, ile powinienem dać, co może pozostać moje? Dokąd ma sięgać moja gotowość dawania, a gdzie „ma prawo” kończyć się?

  1.      Zwolennicy wytyczania drogi życiowej według dwóch współrzędnych – „Boga” i „bliźniego” – powołują się na to, iż Nowy Testament zna i głosi dwa przykazania. Jedno: „Będziesz miłował Pana Boga twego ze wszystkiego serca”, i wtóre, podobne mu: „A bliźniego swego jak siebie samego”.

Ale czy naprawdę trzeba sądzić, że skoro są dwa przykazania, to życie ludzkie musi mieć dwa odrębne i rozbieżne wyznaczniki?

Myślę, że są wprawdzie dwa przykazania, ale nakazują one jedną miłość, nie dwie przeciwne!

Bywa, że ludzie szarpią się pomiędzy tym, co uważają za miłość Boga, a swoją wizją obowiązków wobec ludzi. Ale Bóg tych konfliktów nie bierze poważnie! W jednym z najbardziej uroczystych i tajemniczych tekstów, w opisie Sądu Ostatecznego Ewangelia (Mt 25) mówi coś bardzo istotnego o jedności miłości Boga i bliźniego: nie będzie oddzielnego rozliczania z tych dwóch przykazań!

W moim życiu bliźni nie konkuruje z Bogiem ani Bóg nie domaga się mojej uwagi kosztem bliźniego. Naprawdę – z czymś całkiem innym się zmagam: konieczny jest wielki wysiłek, aby moje życie w ogóle miało swoją linię, by w nim było coś poza doraźnymi impulsami. I aby ta linia nie była wytyczona chceniem czegoś tylko dla siebie lub najpierw dla siebie; zainteresowaniem przede wszystkim sobą.

To wskazuje na możliwość zbudowania innego układu współrzędnych: jedną z jego osi byłaby miłość zwrócona ku rzeczywistości, ku Bogu, ku ludziom i sprawom, a drugą – moje chcenie dla siebie: „ja – dla mnie”, chęć zagarniania, cechująca posiadacza. Te dwa wektory są naprawdę sobie przeciwne. Nie szukam wypadkowej pomiędzy nimi, nie szukam równowagi, lecz wyzwolenia i oderwania. Chcę odejść od linii egoizmu i egocentryzmu, zbliżyć się ku linii miłości, na którą wskazują oba przykazania.

Im mniej jestem posiadaczem i zagarniaczem, im bardziej staję się ochotnym dawcą, tym bliżej jestem współrzędnej, którą rysuje Ewangelia. (A więc dawny układ współrzędnych, ukazujących drogę człowieka jako drogę oderwania – oderwania od „świata” – miał w sobie coś z prawdy: trzeba tylko uznać, że „światem” nie jest moje otoczenie ani rzeczywistość bliźniego – polityki, troski o byt materialny, o szanse rozwoju. „Zły świat” to mój świat wewnętrzny, gdy jest rządzony prawem egoizmu, „zakrzywiony ku sobie”).

  1.      Bóg nie konkuruje z bliźnim.

Przekonać się o zupełnej niemożliwości takiej konkurencji, zobaczyć, że takie wyobrażenie Boga wynika z ciasnego, w złym sensie prymitywnego pojmowania Boga – jakby był zazdrosnym bożkiem, a nie Tym, do kogo wszystko i tak należy, Tym, kto wita i nagradza w człowieku własne dary.

Także to, co jest naprawdę miłością bliźniego, naprawdę służbą, naprawdę oddaniem, może nam niekiedy odebrać czas, jaki moglibyśmy poświęcić na myślenie o Bogu, na zastanawianie się nad Nim, medytację nad Jego przykazaniami, nawet na to, co nazywamy modlitwą. Taki czas „wolny dla Boga” jest nam potrzebny, mamy do niego prawo. Byłoby nierozsądkiem wyrzec się go całkowicie czy też zredukować poniżej pewnej miary, którą każdy musi dla siebie odnaleźć. Ale czas wolny dla Boga nie jest bardziej czasem oddanym Bogu niż ten czas, kiedy czynimy to, czego Bóg od nas oczekuje i żąda – choćbyśmy wtedy wcale nie myśleli o Nim.

Czas oddany Bogu to czas, w którym jesteśmy z Nim poprzez głęboką zgodę z porządkiem rzeczywistości, jaki On wyznacza i podtrzymuje. Tylko skąd wiedzieć, że tak jest, kiedy tak jest? Rzeczywistość nie jest przejrzysta. Rozpoznanie Porządku, którego Bóg jest źródłem, jest trudne. Przeważnie musimy zadowalać się intencją; tym, że poprzez dany czyn szukamy zgodności z Bogiem, że jej pragniemy, chociaż to, co robimy, jest niejednoznaczne, wątpliwe nawet w naszych własnych oczach – że bardziej odgadujemy, usiłujemy odgadnąć, niż widzimy czy wiemy.

Nie możemy ograniczyć swojej życiowej aktywności do czynów „na pewno dobrych”. Rzeczywistość stawia zbyt skomplikowane wymagania. Ale muszę szukać także sposobności do takich czynów, tak jak szukamy sakramentów – aby choć przez moment być naprawdę i na pewno blisko, w zgodzie. Czyny na pewno dobre wyliczone w Ewangelii są proste, narzucają się sumieniu i sercu z całą oczywistością. Strategie i namysły są zbędne – choć potrzebna jest ostrość widzenia, wyobraźnia, twórczość.

Do tych czynów mamy przystępować z drżeniem – jak do sakramentów, bo to czego dotykam, jest święte. Jest rzeczą przerażającą, że nawet czyn, ze swej natury na pewno dobry, mogę zamienić w dzieło egoizmu – bywa tak, że tylko pozornie daję, a w istocie zagarniam – dla siebie.

 [Ciąg dalszy może później znajdziesz]

Wypróbuj Znak!