70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Stulecie z Helmutem Schmidtem

Jedyna wyrocznia moralna i pierwszy komentator życia politycznego w Niemczech były kanclerz Schmidt skończył właśnie 90 lat. Jego biografia jak żadna inna nad Renem globalizuje historię ostatniego stulecia w Niemczech. Republika Federalna wystawia solenizantowi pomnik uznania, choć ten łaja jej współczesnych polityków i „deprawuje” naród chroniczną konsumpcją papierosów na ekranach telewizyjnych.

5 września 1977 – słoneczny, leniwy dzień, zwiastun nadchodzącego babiego lata. Republika Federalna Niemiec dopiero co powróciła z letniej kanikuły, kiedy na jednej z ulic w Lindental, ekskluzywnej dzielnicy Kolonii, biały mercedes z piskiem opon zajeżdża drogę dwóm limuzynom. Przechodząca jednocześnie przez ulicę splecona w romantycznym uścisku para z dziecięcym wózkiem, sięga raptownie do spacerówki po broń i otwiera ogień w stronę obydwu limuzyn. Seria ponad 100 kul śmiertelnie rani siedzących w środku trzech pasażerów. Tylko najbardziej prominentny z nich zostaje przy życiu: Hans Martin Schleyer, członek zachodnioniemieckiego establishmentu najwyższego kalibru: w unii personalnej szef związku przemysłowców i związku pracodawców. Jego curiculum vitae modelowo wręcz odpowiada wizerunkowi wroga jego porywaczy. Urodzony w 1915 roku Badeńczyk z Offenburga w wieku 16 lat wstąpił w szeregi Hitlerjugend. Niedługo potem młodzieżówkę Hitlera ochoczo zamienił na mundur SS. W 1939 roku walnie przyczynił się do zgleiszaltowania uniwersytetu Karola w Pradze. Po wojnie zakotwiczył się w wielkim buissnesie i jako szef Mercedes-Benz wspiął się na szczyty przemysłowego establishmentu.

Miejsce uprowadzenia

Porywaczami Schlayera są członkowie marksizującej RAF (Frakcji Czerwonej Armii), terrorystycznej grupy będącej bękartem rewolucji kulturowej 68 roku w Europie Zachodniej. W chwili uprowadzenia pierwszego bossa RFN grupa na swoim koncie posiada już liczne porwania i mordy polityczne na wysokich rangą funkcjonariuszach państwa niemieckiego. W ten sposób RAF chce zdestabilizować i zdyskredytować kapitalistyczny porządek w Niemczech Zachodnich. Spektakularne uprowadzenie Schlayera ma wywrzeć presję na rządzie federalnym i zmusić go do zwolnienia z więzień odsiadujących tam wyroki czołowych kompanów. By spotęgować nacisk, współdziałajacy z RAFem palestyńscy terroryści uprowadzają w Mogadiszu samolot Lufthansy. 91 pasażerów staje się ich zakładnikami.

Kanclerz Helmuth Schmidt staje przed nie lada dylematem: jeśli ulegnie szantażowi porywaczy, wystawi im glejt na przeprowadzenie kolejnych akcji terrorystycznych. Odrzucając z kolei ich żądania, ryzykuje życie pasażerów samolotu i businessmana. Miesiąc po porwaniu opublikowane przez terrorystów zdjęcie przetrzymywanego i zmaltretowanego przemysłowca obiega świat.

Naturalny i czysto ludzki odruch empatii dla cierpiącego skazańca ma w zamierzeniu terrorystów zmusić rząd federalny do kapitulacji. Ale kanclerz pozostaje nieugięty, ujawniając przy tym główny rys swojej politycznej osobowości. I wydaje dyspozycje odbicia zakładników w Mogadiszu. Nieugięty pozostaje także wobec siebie. W kilku słowach zarządza, by w przypadku urpowadzenia jego samego, nie uwalniać go z rąk terrorystów za cenę spełnienia ich żądań. Tymczasem przeprowadzona na afrykańskim lotnisku akcja odbicia pasażerów udaje się. Nikt nie traci życia. Szef powołanego w Bonn sztabu kryzysowego Hans Jürgen Wischnewski natychmiast informuje kanlcerza o sukcesie: „The work ist down”. W nieugietych oczach stalowego kanclerza pojawiają się łzy. Zaszklą się one kilka dni później raz jeszcze, kiedy do urzędu kanclerskiego dotrze wiadomość o znalezieniu martwego ciała Schlayera. Schmidt bierze na siebie całą polityczną i moralną odpowiedzialność. Kilka dni później, 5 września wygłasza telewizyjne przemówienie do narodu. Cała Republika Federalna zasiada przed telewizorem.

Mocno dotknięty śmiercią Schlayera kanclerz mówi: „Uratowaliśmy państwo”. I ma rację. Terrorystom została wytrącona z ręki broń. Straszak terroru stępiał. Po zamordowaniu ojca nawet jego syn uznał racje, którymi kierował się nieugięty wobec terrorystycznych żądań kanclerz. I wstąpił do służby państwowej.

Podczas ceremonii żąłobnej, obok wdowy, córki i zięcia Schlayera         kondolencje dla wdowy

Nieugiętość, profesjonalność, konsekwencja działania. Wyświechtane semantycznie przymiotniki, ale w istocie kariatydy politycznej osobowości Schmidta, dzieki którym zafascynowany nim naród wystawia mu łuk triumfalny w kolektywnej pamięci. Nie papież Ratzinger czy Günther Grass, nie filozoficzna legenda Habermas czy cesarz futbolu Beckenbauer, tylko kanclerz na emeryturze jest jedyną polityczno-moralną wyrocznią współczesnych Niemców, w którą są zapatrzeni i której ufają. W wieku 90 lat Schmidt pozostaje krytycznym i błyskotliwym komentatorem teraźniejszości, analitykiem przeszłości i wyrocznią orzekającą przyszłość. Niemcy wybaczają mu nawet, że jest jednocześnie gorszącą dziatwę żywotną reklamą rakotwórczego przmysłu tytoniowego. I z ową nieugiętością w oczach narusza obowiązujący od roku w RFN zakaz palenia w miejscach publicznych. W niekończącym się korowodzie wywiadów telewizyjnych trudno go bowiem dostrzec spoza unoszących się na ekranie kłębów dymu papierosów i hawajskich cygar. Wypala 80 sztuk dziennie.

Na zjeździe SPD w 2007 roku jako jedyny na sali obrad mógł zapalić papierosa

Schmidt 1968: wysportowany z papierosem w ręku po wygłoszeniu przemówienia na forum młodzieżówki socjaldemokratycznej

Sprężysty ongiś kanclerz porusza się o lasce, ma rozrusznik w sercu. Ale zachowuje niebywałą trzeźwość spojrzenia. Pochwała rzadko gości na jego ustach. Merkel musi sobie na nią dopiero zasłużyć. Podobnie jak Obama, który „nie dokonał na razie niczego niezwykłego”. Hilary Clinton? – „Kłębowisko ambicji i niewiele więcej” – wyrokuje. Kiedy jego arystotelowski przyjaciel, były prezydent Francji i równie jak on sędziwy Giscard d’Estaing z okazji 90 urodzin przesłał mu za pośrednictwem kamery telewizyjnej życzenia w języku niemieckim, łamiąc sobie na nim swój, solenizant skwitował gest lakonicznie i bez emfazy: „Proszę się nie łudzić, on do dziś nie nauczył się niemieckiego. Tekst życzeń wykuł na blachę. Jak zawsze”.

Lekka szorstkowatość i wyjątkowa niepodatność na egzaltacje – rezulat rzeeźbienia osobowości w latach młodości spędzonej w portowym Hamburgu? Schmidt skrzywiłby się na te słowa. „Proszę nie psychologizować!”, tradycyjnie trąbi na najtęższe głowy dziennikarskie nad Renem, swoich redakcyjnych kolegów z najpoważnejszego opiniotwórczego tygodnika w Nieczech Die Zeit. Ale sam przyznaje, że klimat i atmosfera otwartego Hamburga mocno wycisnęły na nim piętno. Miasto nigdy nie podlegało ani królowi, ani arcybiskupowi jak np. Monachium czy Berlin. Hamburg nie zdobią więc ani królewskie pałace ani strzeliste katedry. Obywatelscy mieszczanie wznosili tu natomiast opery, teatry i filharmonie, szpitale i fundacje, prześcigając się w dobroczynnych gestach dla mniej zamożnych. Poczucie odpowiedzialności za całą społeczność do dziś pozostało niezmienną rysą Hamburczyków.

Tę odpowiedzialność Schmidt przez całe życie czuł na swoich barkach. I to pozostaje do dziś pulsującym źródłem jego niezwykłej popularności. Jej spektakularny przykład to postawa Schmidta podczas wielkiej powodzi w Hamburgu 1962 roku, kiedy potężna fala morska zalała miasto. W roli senatora-ministra spraw wewnętrznych – Hamburg do dziś posiada status kraju związkowego z własnym rządem i parlamentem – z kaloszami na nogach, po pas w wodzie Schmidt uczestniczył w akcjach ewakuacji współobywateli. Urodzona w Hamburgu Angela Merkel żywo wspomina, jak w godzinie 0 obecność senatora wśród ofiar powodzi tchnęła w nich zaufanie do rządzących. A cóż można więcej żądać od polityka?

Wielka powódź w Hamburgu

Hamburski senator do spraw wewnętrznych  wręcza żołnierzom odznaczenia za udział w akcji ratowniczej

Ciężkie brzemię odpowiedzialność poczuł Szmidt w 1974 toku. Wykrycie agenta Stasi w najbliższym otoczeniu kanclerza Brandta, wylegującego się nawt regularnie na leżaku w jego domowym ogrodzie, zmusiła szefa rządu do ustapienia ze stanowiska. Schmidt posiadał już wtedy doświadczenie politycznej odpowiedzialności jako minister obrony i finansów w gabinecie Brandta. Nikt nie sprzeciwił się, kiedy abdykujacy kanclerz desygnował swojego następcę: „Helmuth przejmie ten interes”. I Helmuth interes przejął. Został piątym z kolei kanclerzem RFN. Akurat wtedy, kiedy po zakręceniu kurka z ropą przez kraje arabskie na horyzoncie politycznym pojawiło się widmo kryzysu paliwowego, a w konsekwencji deficytu dostaw ropy ogólny kryzys gospodarczy z nieodłącznymi demonami, jak spadek PKB i rosnącym po raz pierwszy po wojnie w RFN bezrobociem.

Zaprzysiężenie na kanclerza RFN – 16 maja 1974

Wprawdzie Schmidt problemów nie rozwiązał, ale swoimi „cnotami”: profesjonalizmem, stabilnością poglądów i osobistą charyzmą, potrafił zapewnić Niemcom poczucie bezpieczeństwa: że ich samochody nie zostaną w garażach, domy na kredyty nie pójdą pod młotek, a oni sami nie staną w kolejkach do urzędów pracy. Dopatrując się jednocześnie globalnych mechanizmów sterujących gospodarką światową, razem z francuskim prezydentem Giscardem d’Estaing stał się ojcem chrzestnym instytucji, która przetrwała do dziś – światowych szczytów gospodarczych – wówczas 6 najbogatszych krajów świata: USA, W. Brytanii, Francji, RFN, Italii i Japonii. Także i na tym forum nie podjęto zbawczych decyzji, ale regularne spotkania „rządu światowego” dały poczucie mieszkańcom w wielu częściach globu, że polityka trzyma rękę na pulsie i kontroluje przebieg wydarzeń.

Niezłomnością wobec prób zdemontowania państwa przez RAF jeszcze bardziej wzmocnił zaufanie Niemców do siebie i ich identyfikację z państwem zachodnioniemieckim. Przyjmując rzuconą przez RAF rękawicę, sprostał wyzwaniom czasu, uzyskują jednocześnie szlify męża stanu, którego zawsze rodzą lata kryzysu. Mąż stanu z reguły inkarnuje sobą absolutną godność i profesjonalizm. Ale jego pewność siebie graniczy z arogancją. Tyle jednak, że swoim wyborcom nie mówi: „kocham was”, lecz „zapewniam wam bezpieczeństwo”. Tym właśnie kierował się kanclerzSchmidt, kiedy w 1978 roku optował za rozmieszczeniem w Europie Zachodniej, w tym szczególnie w Niemczech, 572 amerykańskich rakiet z głowicami nuklearnymi Pershing II. – odpowiedź na wycelowanie w Hamburg, Monachium czy Stuttgart radzieckich SS 20. Przeciwko tej decyzji okoniem stanęła jego socjaldemokratyczna partia (SPD). Stalowy Schmidt nie ugiął się przed wewnątrzpartyjną rewoltą. Nawet za cenę rozłamu wśród socjaldemokratów. „Kto cierpi na polityczne wizje, ten powinien pójść do lekarza”, burknął w stronę secesjonistów w partii. „Militarystą” jednak nigdy nie był. Opcję rozmieszczenia amerykańskich rakiet połączył organicznie ze wszczęciem strategicznych rokowań rozbrojeniowych między USA a ZSRR. Swój dystans do zapewnienia bezpieczeństwa RFN wyłącznie na drodze militarnej wyraził też inaczej. Podczas debaty w parlamencie nad rozmieszczeniem amerykańskich rakiet zrobił samolocik z papieru, opatrzył go nazwą Pershing II i rzucił w stronę ogłupiałych oponentów.

Z przyszłym kanclerzem i kolegą z SPD Gerhardem Schröderem – 1980

Przez większość swojego życia Schmidt nie kierował się dewizą albo – albo, tylko zarówno – jak. Urodził się w 1918 roku, kiedy rewolta marynarzy w Kilonii strąciła w Berlinie cesarza Wilhelma. Ale wielką polityką rodzina się nie interesowała. Przybrany ojciec ciężką pracą dokonał skoku społecznego, zamieniając kufajkę robotnika stoczniowego na garnitur nauczyciela gimnazjum. Wpajając cnotę żelaznej dyscypliny synowi, w ostateczności – paskiem. Za rodzinną czułość odpowiedzialna była matka. Wychowany apolitycznie Schmidt umawiał się raczej na randki ze swoją przyszłą żoną, kiedy republika weimarska zanurzała się w brunatnych oparach ideologii Hitlera. Ale jak większość nastolatków w Niemczech marzył o wstąpieniu do Hitlerjugend,hitlerowskiej młodzieżówki. Wprawdzie zabronił mu tej przyjemności żydowskiego pochodzenia biologiczny ojciec, ale syn i tak znalazł się w jej szeregach, kiedy do Hitlerjugend wcielono jego klub wioślarski. W 1937 otrzymał powołanie do służby wojskowej w Wehrmachcie. Nazizmu Hitlera nie podzielał, ale wierzył wodzowi III Rzeszy, że to Polacy napadli na radiostację w Gliwicach, prowokując we wrześniu 39 roku wybuch wojny. Później przeżył gehennę na froncie wschodnim: mróz pod Moskwą roku oraz widmo śmierci zaglądnęły mu 1941 w oczy. Coraz częściej drwił sobie jednak z Hitlera i jego paladynów. Po wojnie jako brytyjski jeniec przeszedł, jak sam pisze, przez „szkołę nauki demokracji”. I oddał się całym sobą polityce bońskiej republice Adenauera. „Nikt nie przekraczał wówczas politycznego Rubikonu, kierując się chęcią zrobienia kariery”, wspomina po latach. Swoją aktywność polityczną uzasadniał motywem zapobieżenia porwania się Niemiec na kolejne szaleństwo, utworzenia z RFN solidnej demokracji. Dlatego dzisiejszy 90-latek sceptycznie wypowiada się o nowych generacjach polityków, zakotwiczonych w mediokracji, gdzie ważny jest kolor krawata i przypominający stomatologiczną symfonię uśmiech do wyborców. W latach kiedy on „tworzył politykę”, sięgał po pióro i z głębokim namysłem pisał polityczny list do Brandta. Jego następczyni w urzędzie kanclerskim, „klepie maile i wystukuje smsy”. I nie pojmuje, co się wokół niej dzieje, kiedy w wydaniach on-line niemieckich gazet po godzinie nie zmieniają się nagłówki relacji. Ale to ci sami wyklepujący maile i smsy Niemcy roku 2007 wybrali Schmidta „najmądrzejszym żyjącym Niemcem” i najlepszym „kanclerzem wszechczasów”. Czy nie popełnił błędów? Jasne, że tak. A Polakom, utkwił jako ten, który po wprowadzeniu przez Jaruzelskiego stanu wojenngo, usprawiedliwiał krok generała. Pojawienie się Solidarności doprowadziło bowiem do napięcia na linii Wschód-Zachód. Tymczasem forsowany przez rząd w Bonn dialog wewnątrzniemiecki, na linii RFN – NRD, mógł się toczyć tylko w warunkach odprężenia między supermocarstwami USA i ZSRR.

13 grudnia 1981 –  w dniu wprowadzenia w PL stanu wojennego kanclerz Schmidt składa wizytę w NRD

Dziś natomiast polityczna wyrocznia Niemiec twierdzi, że stosunki RFN z najbliższymi sąsiadami, Polska i Francja, pozostaną na najbliższych 40 lat ważniejsze nawet od relacji z Rosją czy Anglią.

Schmidt ponosił też porażki. Największą w 1982 roku, kiedy na skutek wyjścia wolnych liberałów z koalicji rządowej (FDP) i stworzenia nowej z opozycyjną wówczas chrześcjańską demokracja stracił fotel kanclerza na rzecz Helmuta Kohla.

Ustępujący kanclerz Schmidt gratuluje nowemu kanclerzowi Kohlowi – 1.10. 1982

i chwilę potem – samotność przegranego

Kohl przejmuje we władanie urząd kanclerski – 4.10.1982

Polityczna kariera niemieckiego kanclerza wszechczasów kosztem rodziny? Małżeństwo zawarte w 1942 roku z miłością życia, długonogą Hannelore Glaser, zwaną pieszczotliwie Loki, przetrwało do dziś. „Oczywiście, że późno wracał do domu”, wspomina na kanwie 90 urodzin żona. „Raz nawet rzuciłam w niego ścierką do naczyń. Ale rodzina była dla niego oazą, gdzie ładował swoje akumulatory. Najczęściej też kiedy o północy zawitał do domu, krzyczał od progu: ‘Zrób mi proszę kolację, a ja, byś nie zasnęła, trochę pohałasuję.’ I siadał do mocno rozstrojonego fortepianu, nim po północy postawiłam na stole talerz z zupą”.

Urlop z żoną –  1981

i w szwajcarskich Alpach – 2003

Z żona i córką przed 20 laty, w dniu 70. urodzin

w dniu 65 rocznicy zawarcia ślubu

90 urodziny obchodził skromnie. Z Loki i najbliższymi przyjaciółmi. Włączając cichcem nagrane na CD życzenia  od swojego Giscarda, które Francuz „wykuł na blachę”.

z Giscard d’Estaing w 1975…                                                  …oraz w 2007 roku

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata