70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

W lesie

U Chestertona fikcja nawet w swoim najbardziej niewinnym wydaniu ma w sobie coś niepokojącego, rozrasta się monstrualnie, angażuje zbyt wiele energii, zajmuje trochę więcej miejsca, niżby jej się należało. Tak jakby w świecie, wbrew egzorcyzmom Kartezjusza, działał wciąż le malin génie, złośliwy demon zwodziciel.

Powieści kryminalne mają mnóstwo zalet, a pośród nich także i pewną rzadką właściwość: potrafią bezkonfliktowo oddać hołd zarazem władzom intelektu i moralności. Zło ma być ukarane albo przynajmniej wydobyte na jaw i ukazane w całej swojej ohydzie. Ale najpierw trzeba je wytropić. A do tego potrzebne będą szczególne przymioty umysłu, dar obserwacji, intuicja, niebanalne skojarzenia, wyobraźnia, umiejętność wyciągania wniosków i odwaga ciekawości. Tropiciel może być funkcjonariuszem stosownych służb, detektywem prywatnym albo niezależnym amatorem, może posługiwać się skomplikowanymi procedurami technicznymi albo zawierzać wyłącznie własnej dogłębnej znajomości ludzi, może popijać burbona, likier, herbatę albo – jak komisarz Maigret – do każdego śledztwa dobierać odpowiedni trunek, ale musi prawidłowo i szybko kombinować.

Chesterton w tej funkcji obsadził katolickiego kapłana – księdza Browna. Podkreślił w ten sposób wyjątkową misję detektywa, a także jego wyjątkową pozycję – pozycję kogoś, kto znajduje się niejako poza zamętem świata, wie i widzi więcej niż inni ludzie. Przy okazji rozegrał też część swojej wielkiej wojny o status rozumu i racjonalności.

Detektywistyczne opowieści Chestertona na ogół nie ociekają krwią, nie epatują gołą brutalnością. Wśród przestępstw, jakie tropi ksiądz Brown, bywają morderstwa, przeważają jednak kradzieże, nieczyste interesy, oszustwa, afery szpiegowskie, nagłe zniknięcia i w ogóle zagadkowe zdarzenia. Zwykle mamy do czynienia z przypadkiem premedytacji, i to w mocnym znaczeniu – niegodny czyn jest zawczasu obmyślony i dopracowany w szczegółach, precyzyjnie przeprowadzony, często z wielkim nakładem środków. Przestępca oczywiście usiłuje zatrzeć ślady swojej winy. W opowiadaniu Złamana szabla w scenie rozmowy księdza Browna z Flambeau czytamy, że człowiek mądry ukryje kamyk na plaży, liść w lesie, a „jeżeli nie ma w pobliżu lasu, zasadzi las”.

Praktyki takie kierują się zasadą mimetyzmu albo mimikry, które to zjawisko zresztą intrygowało ówcześnie przyrodnicze i nie tylko przyrodnicze umysły – przypomnijmy Zniknięcie Honoriusza Subrac Apollinaire΄a. Sam Flambeau swego czasu (zanim ksiądz Brown sprowadził go na dobrą drogę) dla niepoznaki ukrył skradzione diamenty wśród szklanych świecidełek. A w Pieśni o latających rybach pojawia się niejaki pan Smart, który przy każdej okazji stara się napomknąć o posiadanych skarbie, rybkach ze szczerego złota, i w zależności od interlokutora dobiera kontekst, w którym wzmianka o złotych rybkach zabrzmi naturalnie. W rozmowie z biologiem to stosunkowo proste, w rozmowie z księdzem Brownem Smart zaczyna od św. Piotra rybaka, podróżnika wracającego z Indii można spytać, czy złote rybki występują w tamtejszych wodach, z bankierem należy podjąć kwestię parytetu złota etc. „Wydaje się – komentuje narrator – że owemu dżentelmenowi bardziej zależało na żarcie niż na wartościowym przedmiocie”. Złoczyńcy, których tropi ksiądz Brown, mają wyjątkowy talent i gotowość do aranżowania pożądanych sytuacji, bawią się, błyszczą twórczą inwencją, nie liczą się z żadnymi kosztami. Obmyślenie wyrafinowanego planu i perfekcyjne wykonanie zaprząta ich co najmniej tak samo jak konkretny cel, jakiemu ostatecznie cała operacja ma służyć. Są wirtuozami, artystami. Flambeau mówi o sobie:

Jako prawdziwy artysta, lubiłem zbrodnie stosowne do pory roku lub specyfiki krajobrazu, a końcowy efekt umieszczałem troskliwie w tym właśnie ogrodzie albo na tamtym tarasie niby rzeźbiarz dbały o właściwe otoczenie dla swojego dzieła.

Bankier wynajmuje ludzi, którzy w przebraniu bandytów dokonają napadu, zażądają okupu i w ten sposób pomogą mu ukryć popełnione malwersacje.

Generał St. Clare zabija świadka swojej zdrady, a potem prowadzi oddział do straceńczego ataku, ażeby trupa ukryć w stosie trupów, jakim jest każde pole bitwy.

U Chestertona w ogóle roi się od mistyfikacji, przebieranek, wymyślnych practical jokes. Chętnie organizuje się bale maskowe i amatorskie przedstawienia, sztuczne wąsy, peruki i kostiumy są zawsze pod ręką. W Człowieku, który był Czwartkiem anarchiści okazują się zakamuflowanymi agentami policji. W parze wędrowców, którzy przedstawiają się jako artysta i jego impresario, postronni domniemują wariata i jego opiekuna, co faktycznie okazuje się prawdą, tyle że mniemany wariat jest właśnie opiekunem, a mniemany opiekun wariatem. Niektóre z tych maskaradowych konceptów służą wprost złej sprawie, niektóre tylko rozrywce. W jednym z rozdziałów Klubu niezwykłych zawodów zaznajamiamy się z Agencją Romantycznej Przygody, która z udziałem zatrudnionych specjalistów i przy użyciu mnóstwa rekwizytów znudzonym banalną codziennością londyńczykom początku XX wieku umożliwia przeżycie „czegoś niespodziewanego i sprowadzającego na wspaniałe bezdroża”. W tym wypadku szok jest podwójny – najpierw, kiedy na londyńskiej ulicy w biały dzień zdarza się coś z całkiem innej, np. gotyckiej bajki, i potem, kiedy bajeczne zdarzenie okazuje się trzeźwym biznesem. Ale u Chestertona fikcja nawet w swoim najbardziej niewinnym wydaniu ma w sobie coś niepokojącego, rozrasta się monstrualnie, angażuje zbyt wiele energii, zajmuje trochę więcej miejsca, niżby jej się należało. Tak jakby w świecie, wbrew egzorcyzmom Kartezjusza, działał wciąż le malin génie, złośliwy demon zwodziciel. Borges pisze wręcz: „Chesterton broni się przed tym, by nie stać się Edgarem Allanem Poe czy Franzem Kafką, ale (…) coś w jego istocie skłania się ku koszmarowi, coś tajemniczego i ślepego, i zasadniczego”. U Chestertona nawet lustra – niby to media neutralne, przezroczyste, wiernie przekazujące stan rzeczy – okazują się wylęgarnią fałszu i złudzeń:

W lustrze przeglądały się szare, nagie ściany, co w mroku wyglądało jak perspektywa dłuższego korytarza. Sylwetka ludzka odbita w lustrze stwarzała naturalnie złudzenie, że ktoś nadchodzi korytarzem (…). Dziwna rzecz, takie lustro… Rama, w której ukazują się setki rozmaitych obrazów. Wszystkie żyją pewien czas i nikną na zawsze.

Specjalnością księdza Browna jest wyjaśnianie spraw niemożliwych do wyjaśnienia. Oto na przykład potentata znajdują z gardłem przebitym strzałą, w strzeżonym i hermetycznie zamkniętym pokoju. Wydawałoby się – zagadka nie do rozwiązania i pozostaje tylko przyjąć udział jakichś czynników nadprzyrodzonych, ciemnych mocy, nie wiadomo czego. Ale nie. Ksiądz Brown dostrzeże coś, czego inni nie dostrzegli, odcedzi fałszywe tropy, odrzuci wskazówki wiodące na manowce. Siłą księdza Browna jest świadomość, że żyjemy w świecie częściowo sfałszowanym, spuchniętym od fikcji i zwodniczych pozorów. A fikcja ma to do siebie, że zawsze będzie trochę odstawała od rzeczywistości i mimo usiłowań demonów nigdy nie da się gładko wpisać w kontekst. Idealnie spójny – choć bardzo skomplikowany – może być najwyraźniej tylko real.

Chesterton inkrustuje swoje historie wspaniałymi opisami-obrazami. Poniekąd wbrew ekonomice powieści kryminalnej, która zazwyczaj sprowadza się do suchej formuły zadania z treścią i skąpi wszystkiego, co nie służy prowadzeniu głównego wątku. Świat przedstawiony w tych opisach fascynuje, mieni się tysiącem kolorów, rozkwita w porównaniach. Jest wyrazisty i zarazem bardzo tajemniczy.

Nagły blask rozjaśnił pobliskie gaje i dobył na jaw gęstwę karbowanych liści tak wyraźnie, jak gdyby grawerowane były w srebrze. Przy świetle tejże błyskawicy ukazało się również wszystko inne. W mgnieniu oka objawił się milion szczegółów, od śladów eleganckiego pikniku pod rozpostartym jak parasol starym drzewem do krętej szosy i czekającego na niej wielkiego białego samochodu. W oddali zarysował się także posępny zamek o czterech wieżach, który w chmurnym zmierzchu majaczył bezładnym spiętrzeniem murów, teraz zaś wystąpił na pierwszy plan ze swym deseniem łamanych dachów i szeregami czarnych, nie oświetlonych okien.

(…)

Tysiące rąk lasu były szare, a miliony palców srebrzyste. Na ciemnym firmamencie – granatowozielonym niby tabliczka szyfrowa – gwiazdy połyskiwały chłodno jak rozrzucone okruszyny lodu. Gęsto zadrzewiona i skąpo zabudowana okolica drzemała w okowach siarczystego mrozu. Czarne korytarze między pniami drzew przypominały bezdenne lochy w okrutnym skandynawskim piekle – piekle wieczystej zimy.

Przez ten właśnie las ksiądz Brown wędruje z Flambeau, rozprawiając o sztucznie zasadzonych lasach fikcji.

G. K. Chesterton, Przygody księdza Browna, przeł. T. J. Dehnel, Warszawa 1996; tenże, Klub niezwykłych zawodów, przeł. Z. Sroczyńska, Warszawa 1961; J. L. Borges, O Chestertonie, w: Dalsze dociekania, przeł. A. Sobol-Jurczykowski, Warszawa 1999.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata