70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Ludzie na ogół niezbyt dbają o prawa jednostek słabszych, zmarginalizowanych, niezdarnie artykułujących swoje ludzkie cechy. Może dla dobra zwierząt lepiej będzie głosić istotność i świętość naszych obowiązków wobec nich – i wnikliwie, stanowczo opisywać, na czym konkretnie polega spełnianie tych obowiązków?

DNI GRUDNIOWE

Słucham radia. Po trochu czytam wspomnienia, refleksje, próby oceny, a raczej odnalezienia, ukształtowania orientacji: co się stało dla nas, z nami, wokół nas przez nastanie stanu wojennego. Takie próby ponawiane są co roku, w tym roku chyba bardziej intensywnie. Jakby potrzeba orientacji stała się pilniejsza. Sama czuję, że mi jej brak. Nie wiem, wciąż za mało wiem.

Wciąż nie jest zaspokojona potrzeba interpretacji tego, co przeżyliśmy. Trochę takiej szansy dało seminarium zainicjowane przez Jacka Kuronia w 1987 roku. Późno, bo ledwie rozpoczętą pracę przerwał gorący okres poprzedzający podejście do Okrągłego Stołu. I tak potoczyło się wszystko dalej. Rzeczy niedomyślane wtedy powracają. Trzeba by je szczerze omówić w gronie dawnych współuczestników wydarzeń, może też z młodymi (jeśliby zechcieli w coś takiego się włączyć). Ale nie ma przestrzeni na takie spotkania. Jesteśmy podzieleni za sprawą i ówczesnych, i późniejszych zaszłości. To są więc samotne rozważania, pobieżne i tymczasowe.

Pierwsze spostrzeżenie. Chyba nie należy, to znaczy byłoby nierozważnie rozpatrywać, czym był „stan wojenny”, w oderwaniu od całej powojennej historii. Jak spojrzeć w głąb pamięci własnej i przekazanej? Czy coś widać w krótkich czy dopiero w długich światłach? Moim zdaniem użycie długich da więcej. Stan wojenny to etap finalny. Ale też jakby klamra, nawrót, uwyraźnienie zatartych konturów. Znów – jak w latach czterdziestych, pięćdziesiątych – więzienia w centrum uwagi. Dokąd wiozą internowanych, dlaczego ku wschodniej granicy? Wejdą – nie wejdą? Raczej chodzi o to, czy zechcą siłowo uwyraźnić swoją cały czas trwającą dominację.

Dziś, starając się osłabić, rozbić alibi generała Jaruzelskiego („to nie ja sam, to oni, przed nimi musiałem Polski bronić”), w istocie pracuje się nad osłabieniem przekonania o sile radzieckiej grozy. Nie wiem, czy to może się udać, gdy chodzi o starsze pokolenie. Pamięć grozy jest mocno utrwalona. Ma też swoje ugruntowanie w psychice: myślę, że to naturalne, iż wolimy czuć się – pomimo wszystko – raczej ofiarami zewnętrznej, obcej przemocy. Siły tak przerażającej, tak zdolnej do wszystkiego, że lepiej już wysłać na rodaków własne czołgi, które staranują zaspawane bramy, ale nie będą miażdżyć ludzi. W takiej konfrontacji też tkwi groza, która urzeczywistniła się w kopalni „Wujek”. Cud, że podobne tragedie bratobójcze nie były częstsze i jeszcze bardziej krwawe.

Co by się działo, gdyby weszli, ruszyli pomagać ONI? Łatwo dziś twierdzić, że to nie było wtedy możliwe. Wielu z tych, którzy do dziś uważają, że stan wojenny był konieczny, przeżywało wówczas ostry lęk, pamiętając nie tak odległe w czasie interwencje w Budapeszcie i Pradze.

To bardzo ciekawe: im częściej przedstawia się okres pierwszej Solidarności jako „karnawał wolności” (podobny do czeskiego), tym silniej prowokuje się wizję stanu wojennego jako roztropnego ukrócenia niewczesnej zabawy (z fajerwerkiem „Posłania do Narodów”). I ludzie w myśl tej logiki „aprobują” stan wojenny. Nie widzą w nim tego, czym był: wyjątkowo obrzydliwego aktu tchórzostwa, kapitulacji pod naciskiem dominującej siły, pod naciskiem samego strachu przed nią. Zamiast porozumienia obezwładnienie kopniakiem – zademonstrować tamtym, że poradziliśmy sobie sami, choć w ich stylu.

Jak ważnym czynnikiem była w tej grze natura, uwarunkowania, autonomia działania aparatu, na którym oparł się stan wojenny? Strzelali mało. Zniszczyli, zatruli, skalali bardzo wiele. Więcej, niż było od razu widać, więcej, niż widać teraz.

Pomału zdaję sobie sprawę, jak na to wszystko patrzę: jak na obszar zdewastowany przez siłę uczącą złego przez około pół wieku, niszczącą zaufanie ludzi do samych siebie i bliźnich, odbierającą odporność i godność. Dźwigających się z tego stan wojenny ponownie wtłoczył w te same koleiny. Stało się to siłą zaczerpniętą z dotychczasowego pognębienia siłą wyuczonego bezwładu.

*
Pamiętam, że rankiem 13 grudnia też ostro czułam grozę. Mój rozum nadawał jedno hasło: uzupełnić dane. To nie było możliwe. Został inny wskaźnik, taki GPS najwyższej generacji, niezawodny (tak myślałam) – to sumienie. Działające nawet w ciemności. W tamtej też.

I drugi potężny instynkt – nie znaleźć się pod pokładem, bo tam nie jest moje miejsce i tego nie mojego miejsca boję się najbardziej. Strach przed bezskutecznym bezsilnym przeżywaniem.

Od nowa myślę nad tym, jak przebiegły – jak zostały rozegrane, jak trafiały na ten, a nie inny tor wydarzenia. Na przykład w Hucie im. Lenina: strajk, jego zbrojna pacyfikacja – bez rozlewu krwi, ale też bez tchórzostwa z naszej strony. Czytelny opór bez walki wręcz, bez śmiertelnych ofiar.

Niedane nam było powiedzieć sobie wspólnie, jak wielkiej dokonaliśmy rzeczy, utrzymując postawę: „bez odpowiedzi przemocą na przemoc”. Przyznajmy: umiarkowaną przemoc. Bo oni nie zaczęli strzelać. Też wytrzymali swój strach.

Słucham coraz dokładniejszych opowieści: jak to było w kopalni „Wujek”. Wspominam żelastwo leżące na podłodze, gdzie stali hutnicy. Rzucili to wszystko, wychodząc przez szpaler wojska po kilku czy kilkunastu godzinach „biernego” oporu, modlitw, śpiewania, co kto tylko umiał (Święty Boże i Dopóki Wisła płynie). Co by się stało, gdybyśmy na koniec dali się sprowokować do oporu czynnego? Czy gdyby zaczęła się szarpanina, to padłyby strzały?

Co by się stało? Można to sobie wyobrażać po wielekroć. Mnie wystarczy to, co wtedy w trakcie wydarzenia przebiegło mi przez myśl: zabici z naszego i tamtego, mundurowego szeregu stojącego naprzeciw. Są wartości cenniejsze niż życie. Taką też jest nakaz: uniknąć niewybaczalnego.
Dziś 13 czy 17 grudnia hutnicy nie idą na groby kolegów ze strajku. Wspominają grozę, która jednak nie zaowocowała niczyją śmiercią. To przecież dobrze. Zapomnienie o swojej zasłudze dzielą z tymi, co zginęli w „Wujku”.

To również moja wina, bo nie dopilnowałam obowiązku reportera. To, czego dokonaliśmy, pozostało nienazwane. Nie jest więc pamiętane jako jeden z dramatycznych protestów przeciw przemocy – szczęśliwie – protest bez przemocy. Może dlatego nieprzywoływany, że jakąś cząstkę tego osiągnięcia trzeba by przyznać także i drugiej stronie?

Dzięki „Gazecie Stołecznej” można teraz odnajdywać ludzi, których chciałoby się spotkać po latach braku kontaktu. To się udaje. Więc teraz myślę o ludziach, z którymi przeżywałam to wydarzenie. O hutnikach i żołnierzach, o oficerze, któremu pożyczyliśmy na chwilę nasz nagłaśniacz, a on nie umiał się nim posługiwać.
*
Groza, ale i siła płynąca ze słuszności, należytości naszego bycia razem i działania zgodnie z przekonaniem. To zupełnie inne od grozy przeżywanej gdzieś w oderwaniu od innych, samotnie, od razu jako klęska, tylko klęska.

Ohyda stanu wojennego. Rozwalone siekierami łącznice telefoniczne. Natrętne, ostentacyjne wbijanie nam do głowy, że „nasz czas” się skończył, zdobyte dopiero co prawa są zawieszone, wypatroszone z treści, pozbawione autorytetu.
*

Jeden z grudniowych numerów „Tygodnika Powszechnego” (51) przyniósł poruszającą relację z początków stanu wojennego. I z tego, co dzieje się dziś. Oto teraz IPN przyznał łaskawie status ofiary człowiekowi, który – chcąc ratować chore dziecko – pod oczywistym przymusem psychologicznym podpisał lojalkę i dał telewizji żądany wywiad, odcinając się od Solidarności. Pierwszą bezpośrednią ofiarą stanu wojennego było jego małe dziecko, które zachorowało na skutek szoku, jaki przeżyło, widząc brutalne wyciąganie ojca z domu. Czy ktoś odpowiada za to, że to się zdarzyło? A potem za tortury psychiczne zadane internowanemu, aby go złamać? Co robi teraz jego oprawca, w moim odbiorze funkcjonariusz przestępca, groźniejszy od strzelających w „Wujku”? Czym się zajmują prokuratorzy z IPN – czy oglądając teczkę ofiary, napiętnowali sprawców nieszczęścia? Czy ci dawni funkcjonariusze czują dziś lęk? A może ktoś z nich dojrzał do oświadczenia, że nie warto łamać ludzi? Że sami są uszkodzeni przez to, co robili innym? A jak jest u nas z terapią ofiar? Temu człowiekowi, o którym czytam w „Tygodniku”, właściwie nikt nie pomógł. To niesprawiedliwe i żałosne, że po to, by uznać w sobie ofiarę, potrzebował „zaświadczenia” z IPN. Powinien do tej świadomości dawno dojść sam – no, może nie całkiem sam, przy pomocy partnerów widzących lepiej, bo z dystansu.

Psychiatrią ofiar – sposobami pomocy, ale przede wszystkim zrozumienia – z głębokim powołaniem i zaangażowaniem zajmował się profesor Antoni Kępiński (autor m.in. Schizofrenii i Melancholii). Do ofiar zaliczani być muszą – oczywiście – także zgwałceni czy podstępnie uwiedzeni wspólnicy władzy naruszającej prawa człowieka. Wciąż nie widzę, by dostatecznie był wyróżniony podwójny status osób, które popełniły czyny godne pogardy naprawdę pod przymusem, w sytuacjach i stanach patologicznych. Tacy ludzie są ofiarami. Zrobiono im krzywdę może gorszą od pozbawienia zdrowia. Tymi ludźmi też powinna zajmować się wiktymologia. Wiem, że są osoby, w których takie nastawienie budzi odrazę, oburza – w imię praw „czystych ofiar”, którym to miałoby uwłaczać. To właśnie warto byłoby także badać: kto czuje się pokrzywdzony wybaczeniem, jakiego dostąpił ktoś bardzo winny? Kto czuje się spospolitowany zrozumieniem okazanym czyjejś słabości?

W MILENKOWCACH

Nieudaczna zima-nie-zima. Krótkie dni, wiatr niosący ziąb, a biel nie nadchodzi. Zamiast bieli niezwykłe zielenie świata mchów i porostów. Na ciemniejących, wilgotnych głazach teraz właśnie rozrastają się kolorowe wysepki, każda obrysowana pasmem biało-szarej piany, potem kolejne kręgi poziomic: żółtawe, zielone, pomarańczowe i brązowe. Trawy wokół nie wyschły, lecz spłowiały, położyły się falami wokół świeżych kretowisk. Bliżej zarośli na tej płowej trawie zupełnie czarne liście z ogołoconych drzew; zwykle się ich nie widzi, ta żałobność kryje się pod śniegiem.

Podzwanianie sikorek, ale z rzadka. Z tej strony lasu rejon rodziny drapieżników. Coraz to odzywają się gdzieś wysoko w koronach sosen, wymieniając sygnały w swojej wysoce artykułowanej mowie.
To pierwsze dni stycznia. Nocą księżyc bliski pełni ukazuje się nam zza pędzących chmur, częściej niż słońce.

Jest tu takie miejsce, gdzie pod stopami czuje się, że ziemia jest okrągła. W ogóle tu jest moja szkoła przeżywania planetarności ziemi.

REWIZJA ŻYCIA

To Francuzi ukuli swego czasu (dawno już temu) nową nazwę dla odwiecznej praktyki konfrontacji z sobą samym: révision de vie.

Rewizja życia – jego przegląd, sięgający tego, co przed ludźmi i przed sobą ukryte, ukrywane, niepamiętane, niby-niepamiętane, bo jednak tkwi. Tkwi jak podwodny kołek zmieniający nurt nie na powierzchni, lecz przy dnie.

Pogrążenie się aż tam, by dotknąć tego wtrętu w swoim wnętrzu – to może być niebezpieczne. A czy potrzebne? Nie dowiesz się, póki tego nie zrobisz. Nie wiedzieć – może być wygodniej. Nie – nie o wygodę tu chodzi, lecz o zachowanie dotychczasowego kształtu i obrazu własnej osoby.

Zrewidować życie – to inaczej, w służbie prawdy, użyć swojej władzy nad własną przeszłością. Zobaczyć dawniej pomijane spojrzeniem. Dać sygnał i wsłuchać się w echa. Także echa pęknięć. Jedno wiem na pewno: mogę rewidować swoje życie i sondować wnętrze, jeśli przy tym trzymam się swego związku z Miłosierną Obecnością, która nie wiem jak, ale naprawia, wybaczając moje mylne, złe, wiarołomne, tchórzliwe wybory, dając łaskę rozpoznania, że takimi były. Mój wysiłek, by zadośćuczynić, idzie w ślad za tym przygarnięciem.

MIĘDZYGATUNKOWO

Grono ekspertów w dziedzinie praw człowieka w składzie międzynarodowym i profesorskim orzekło, że mówienie o prawach zwierząt nie ma sensu. Była to nieformalna debata przy kolacji, ale jej konkluzja godna jest przemyślenia:

NIE! – zwierzęta nie mają praw, ale TAK! – my, ludzie, mamy wobec nich obowiązki.

Obowiązki wobec zwierząt są w istocie naszymi obowiązkami wobec nas samych. Warto się w to wmyśleć. Może – wbrew mojej pierwszej reakcji – to formuła mocniejsza niż żądanie, by wprost uznać zwierzęta za specyficzne podmioty praw (oczywiście innych niż prawa ludzi).

Ludzie na ogół niezbyt dbają o prawa jednostek słabszych, zmarginalizowanych, niezdarnie artykułujących swoje ludzkie cechy. Może dla dobra zwierząt lepiej będzie głosić istotność i świętość naszych obowiązków wobec nich – i wnikliwie, stanowczo opisywać, na czym konkretnie polega spełnianie tych obowiązków?

Myślałam o napisaniu takiego tekstu wkrótce po tamtej rozmowie (jeszcze na początku grudnia). To było rozważanie takie sobie – teoretyczne, nazbyt abstrakcyjne. Nie zanotowałam nawet wniosku czy hipotezy końcowej, która mi się wtedy nasunęła – a mianowicie, że to ugruntowanie obowiązku przede wszystkim w podmiocie, który jest zobowiązany, dotyczy może nie tylko postawy wobec zwierząt. Bliźniego – jak siebie samego… To może też znaczyć: Taki mam obowiązek wobec drugich, jaki przystoi mieć, będąc mną. Czy to na pewno dobre tłumaczenie, jedno z dobrych tłumaczeń największego przykazania? Czy nie za wiele tu egocentryzmu? Ratuje przed nim poczucie tajemnicy. Bo czy ja wiem, jak naprawdę kocham siebie?

Kto wie, może trzeba – jak niepotrzebny sarkofag z idealnej przestrzeni w przypowieści Wilde’a – usunąć z tego rozważania słowo „obowiązek”. Prawa – to, co się ode mnie należy – ugruntowane są ostatecznie w miłości, w afirmacji bytu, w tym, że stworzenie jest powołane, by było rodziną.

Jest w nas miejsce przewidziane na miłość do drugiego podmiotu, będącego zwierzęciem, bo możliwa jest wymiana dobra, poprzedzona życzliwością, oczekiwaniem, że nastąpi życzliwe przyjęcie. Z doświadczenia wiem, że możliwa jest przyjaźń międzygatunkowa. Może nawet jest łatwiejsza od międzykulturowej? Może ważna także jako pierwszy trening do tej bardziej wzniosłej, bo pełnej nadziei, choć też bardziej zakłócanej przez grzech pierworodny, od którego pozaludzki partner jest wolny. Tak czy owak – kto zaznał przyjaźni ze zwierzęciem, ten wie, że inność nie musi przeszkadzać, jest do pokonania, można zaufać ponad nią.
*
Nie ma tamtej ciepłej łapki i
czułego trącającego nosa.
Zawieszone w pustce porozumienie
bez partnera.
(28 grudnia)
*
Szukając zwierzęcia, które potrzebuje miejsca, jakie dla niego teraz mamy, trafiamy na teren, gdzie rozlewa się psie nieszczęście. Psy złych ludzi, psy niczyje.

O zwierzętach, którymi się opiekują, piszą w Internecie wolontariusze różnych schronisk. Sprawdzamy tylko kilka adresów, które natychmiast przygotowała E. Dziwiłam się, że tak się z tym pospieszyła mimo nawału pracy. Ale już się nie dziwię. Ona po prostu zna tę przejmującą skargę opuszczonych i ranionych istot.

My możemy przyjąć jednego niewielkiego psa. Czeka ich tyle, że bezradność obezwładnia. Nie popadają w nią poznawane w Internecie wolontariuszki. Piszą o czekających psach, starając się osłabić efekt „mnóstwa”. Z fotogalerii patrzą psie oczy.

Mam wrażenie, że prawie każde schronisko dla zwierząt – na pewno każde dobre schronisko – otoczone jest siecią współpracujących między sobą ludzi psiego obowiązku. Internet jest ważny – to w nim krążą informacje i wizerunki zwierząt, którym trzeba pomóc.
Z tych materiałów wyławiam jedną historię:
Teri. Obecni właściciele wiążą go na sznurku przy domu. Nie dają mu jeść, choć wolontariuszka stale dowozi zapas. Ci ludzie chcieliby oddać Teriego, ale w przepełnionym schronisku w ogóle brak miejsca. Więc Teri czeka. Gdy zerwie się z uwięzi, przeskakuje płot i biegnie do ludzi, którzy może nakarmią. Teri jest średniej wielkości, bardzo łagodny, grzeczny, bardzo lubi dzieci, już przy pierwszym spotkaniu liże ręce.

 

BEZDOMNA
Ledwo ze strachu nie umarłem!
W domu,
Gdzie byłem z wizytą,
Nagle w kąt oczy wparłem:
Tuż za wygódką
Spostrzegłem skrzynkę, a w niej
Ukrytą
Niemą, obcą czyściutką
Morską świnkę.
Popatrzyła chwilę… drugą…
Popatrzyła smutnie… długo,
czekając, czy otworzę.
Potem już śmielsza,
Bliżej podeszła
I zapytała:
„Gdzie jest morze?”

Julian Tuwim

R. K. (1932-2007)
Mniej więcej raz na rok od dawna czytamy zawsze ten sam fragment Imperium. Co roku nowa grupa studentów interesujących się dziennikarstwem dociera do tematu „reportaż”. Mają to przeżyć, uświadomić sobie, czym jest przywołanie innej rzeczywistości, trwającej gdzieś w oddali albo na dnie pamięci reportera. Wiadomość jest zakodowana w obrazie dokładniejszym niż fotografia, przestrzennym. Tam można wejść, poczekać chwilę, aż obecność przywołanego da nam do myślenia. Wracamy, niosąc w sobie więcej świata.

Wielki mróz, tłumaczy mi, poznaje się po tym, że w powietrzu wisi jasna, świecąca mgła. Kiedy człowiek idzie, we mgle robi się korytarz. Korytarz ma kształt sylwetki przechodzącej osoby. Człowiek przechodzi, ale korytarz zostaje, tkwi we mgle nieruchomo. Wielkie chłopisko robi wielki korytarz, a małe dziecko – mały korytarzyk. Tania robi wąski korytarz, ponieważ jest szczupła, ale, jak na jej wiek, jest to korytarz wysoki – to zrozumiałe, przecież dziewczynka jest najwyższa w klasie. Idąc rano, według tych korytarzy Tania orientuje się, czy jej koleżanki poszły już do szkoły – wszystkie wiedzą, jak wyglądają korytarze ich najbliższych sąsiadek i przyjaciółek.

A oto szeroki, niski korytarz o wyraźnej, zdecydowanej linii – znak, że poszła już Kławdia Matwiejewna, kierowniczka szkoły.

Jeżeli rano nie ma żadnych korytarzy, które wysokością odpowiadałyby wzrostowi uczniów z podstawówki, to znaczy, że mróz jest tak wielki, iż nie ma lekcji i dzieci siedzą w domu.
Czasem widzi się korytarz, który jest bardzo nierówny i potem nagle się urywa. To znaczy – Tania zniża głos – że szedł jakiś pijak, potknął się i upadł. W wielki mróz pijacy często zamarzają. Wtedy taki korytarz wygląda jak ślepa uliczka…

Reporter odszedł, przeciskając się przez mgłę. Zostawił korytarz, w którym pomieścimy się wszyscy, idąc jeden za drugim. Ten korytarz nie jest ślepą uliczką, gdzieś daleko otwiera się na przestwór, w który przewodnik już wkroczył.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata