Il. Katarzyna Czapska
Marcin Oskar Czarnik wrzesień 2025

Trzy dni, trzy noce

Fragment powieści „Trzy dni, trzy noce” Marcina Oskara Czarnika, która ukaże się jesienią nakładem Wydawnictwa Filtry.

Artykuł z numeru

Uwolnić się od kultu produktywności

Uwolnić się od kultu produktywności

Mój prapradziadek Andrzej został kotlarzem i wyrabiał kotły parowe na rządowe okręty, a choć była to brudna praca, prapradziadek nie przejmował się zbytnio, bo i tak był nawykły do brudu, chłop musi być nawykły do brudu i smrodu, bo jak inaczej pracowałby w ziemi, jak inaczej pracowałby ze zwierzętami, jak wybierałby gnój spod nich i jak nawoziłby nim ziemię, jak inaczej rozkopywałby ją i zakopywał, chłop musi być przyzwyczajony do brudu i smrodu i mój prapradziadek był, i dlatego wziął posadę kotlarza, i był z niej zadowolony, bo zarabiał znacznie więcej niż w warsztacie, zarabiał ponad pięć dolarów za dzień za dziesięć godzin pracy plus zarabiał za godzinę jak za dwie, jeśli zostawał po godzinach, a dość często zostawał po godzinach, bo co innego miał do roboty w obcym kraju z obcymi ludźmi, więc postanowił pracować ponad miarę i został uznany za pierwszorzędnego kotlarza, i otrzymał podwyżkę, i być może mógł posłać trochę dolarów do rodzinnego domu, a może nawet coś oszczędzić i pomyśleć o ślubie, o weselu, prawdopodobnie myślał o nim od dawna, bo stołował się w domu, gdzie pracowały młode Polki i podobała mu się jedna z nich, która miała na imię Franciszka, ona także do Stanów mogła trafić z biedy, najprędzej z biedy, możliwe, że jej rodzice mieli malutko pola albo, co gorsza, pole przepili, choć było go mało, owszem, zdarzali się chłopi hulacy, chłopi, którzy żyli, bawiąc się, a nie zważali na siebie i na dzieci i oddawali je sąsiadom albo braciom i siostrom, którzy potrzebowali w domu dzieci do pomocy, i kto wie, czy mojej praprababki Franciszki nie oddano komuś albo czy nie podrzucono jak kukułcze jajo, możliwe, że praprababka trafiła z deszczu pod rynnę, z domu, w którym jej nie chciano, do domu, w którym także jej nie chciano, a dzieci, których nikt nie chciał, oddawano czasem do ochronek i kto wie, czy moja praprababka Franciszka także nie znalazła się w ochronce, gdzie nauczono ją pisać i czytać, ale pewnie niewiele więcej, bo prawdopodobnie moja praprababka Franciszka nie lubiła się uczyć, bo gdyby lubiła, zajęłaby się czymś innym, kto wie, czy nie chciano jej w ochronce szkolić na nauczycielkę, ale praprababka pewnie nie chciała się szkolić, bo chciała mieć ziemię i pracować w polu, lubiła ziemię i ceniła ją, inaczej niż jej rodzice, którzy roztrwonili majątek, co prawda niewielki, ale majątek to majątek, więc w przeciwieństwie do nich moja praprababka była pracowita i chciała uprawiać ziemię, tyle że nie miała ziemi, bo jej rodzice ją przepili, praprababce pozostało więc znaleźć bogatego męża, co nie było łatwe, bo ani nie była specjalnie ładna, ani towarzyska, w ochronce nauczono ją trzymać się z daleka od mężczyzn, być może jej siostry mówiły do niej: zakonnica, kto wie, ale przede wszystkim nie miała majątku, nic by nie wniosła do małżeństwa, była raczej marną partią, a nawet fatalną partią, bez szans na chłopa, więc co jej pozostawało, tylko wyjechać, i postanowiła wyjechać i zarobić na ziemię, i wtedy ją kupić, i zacząć uprawiać, i tak postanowiła, i zatrudniła się jako pokojówka, by oszczędzić na szyfkartę, i coś tam oszczędziła i zdobyła szyfkartę, i wylądowała w Stanach, pokonawszy ocean jak mój prapradziadek, a przed nim jeszcze inni chłopi i chłopki, na okrętach, na statkach, które były jak pływające wieże Babel, z ludźmi chorującymi na chorobę morską, z ludźmi śpiewającymi i tańczącymi, i domagającymi się jedzenia i wody, i proszku przeciwko pchłom, z ludźmi kopulującymi i kłócącymi się, choćby w różnych językach, bo złe pozna się od razu, tylko dobrego nie, i tak szesnaście dni w brudzie i niewygodzie, do których Franciszka nie była przyzwyczajona, bo dzieciństwo spędziła w ochronce, w ochronce mówiono jej, że Bóg jest na morzu, że kto się chce nauczyć modlić, powinien wsiąść na statek, ale na tym statku i na wszystkich innych, na których chłopi płynęli do Stanów, nie było Boga, i być może moja praprababka Franciszka pomyślała, że opiekunki z ochronki nie miały racji, że na statku nikt się nie nauczy modlić, a przeciwnie, nauczy się rozpusty i życia w grzechu, tak mogła pomyśleć, gdy płynęła do Stanów pod pokładem parowca, gdzie człowiek leżał na człowieku i czasem, a nawet często wykorzystywał to, że leży na człowieku, i robił różne rzeczy, uznawane powszechnie za nieprzyzwoite, a przynajmniej przez moją praprababkę Franciszkę, która odebrała wychowanie w ochronce i była wstydliwa i pobożna, i brzydziła się ludźmi, którzy może z rozpaczy, a może z nudy, a może z bliskości ciał, bo bliskość ciał sprzyja pożądaniu, nawet jeśli są brudne i cuchnące, chłopom i chłopkom pewnie to zresztą nie bardzo przeszkadzało, chyba że dorastali w ochronce jak moja praprababka Franciszka, a tam nabrali ogłady i stawali się pruderyjni, tak że szesnaście dni pod pokładem parowca płynącego do Stanów stawało się dla nich męką, tak jak dla mojej praprababki Franciszki, która siedziała zaszyta pod derką i brały ją mdłości, a nie wiedziała, czy od kołysania okrętu, czy od patrzenia na tych ludzi, i tak szesnaście dni, zwykle tyle trwa podróż, choć bywa, że krócej, bywa, że dłużej, ale moja praprababka po szesnastu dniach dobiła do Ellis Island, do stacji, która przypominała oborę, panował w niej brud i duchota, tłok był większy niż pod pokładem parowca, którym przypłynęła praprababka Franciszka, ludzie byli z niczym, zupełnie biedni, bez choćby tobołka, albo obładowani, niektórzy wzięli ze sobą cały dobytek, pierzyny i meble, żelazka i zastawy, które tłukły się i biły, raniąc tych, co byli w pobliżu, pod nogami chrupały też chrząstki i kości z zup, bo jedzono gdzie popadnie i z brudnych naczyń, komu nie wystarczała zupa zapewniana przez władze, musiał przedzierać się przez tłum do sklepików z żywnością, w których ceny były nieprzyzwoicie wysokie, praprababka raczej nic nie kupiła, raczej zadowoliła się zupą, podobnie jak wielu innych, mało kogo było stać na jedzenie ze sklepików, wielu przybyło bez grosza, licząc na szczęście, i musieli głodować, gdy zabrakło zupy, kto wie, czy nie zbierali chrząstek i kości z podłogi, by wyssać szpik, jeśli nie był wyssany, a potem praprababka czekała na badania, oczu i głowy, podobnie jak pozostali, i na rozmowę z urzędnikami, również jak inni, i zastanawiała się, czy ją puszczą, czy deportują, jak wszyscy, i tak zastanawiając się, praprababka Franciszka kisiła się w wielotysięcznym tłumie, w którym byli Polacy, Żydzi, Rosjanie, Rumunii, Portugalczycy i Hiszpanie, Irlandczycy i Włosi, najwięcej było Włochów, zwłaszcza z południa, z Sycylii, gdzie tuż po Bożym Narodzeniu 1908 roku wybuchła Etna, a potem nadeszło trzęsienie ziemi, o godzinie 5.20 rano, i trwało trzydzieści osiem sekund, co wystarczyło, by zrujnować Mesynę, zburzyć ją, zrównać z ziemią, zabijając osiemdziesiąt tysięcy osób, w zasadzie grzebiąc ich żywcem, bo o 5.20 rano większość mieszkańców Mesyny i okolic znajdowała się w łóżkach, więc sufity zwaliły im się na głowy, na co najmniej osiemdziesiąt tysięcy głów, a kto wie, czy ofiar nie było więcej, może nawet sto tysięcy, bo po trzęsieniu ziemi nadeszło jeszcze tsunami i dopełniło zniszczenia, Mesyna wyglądała straszniej niż piekło Dantego, nie pozostał w niej kamień na kamieniu, jakimś cudem kataklizm przetrwał jednak pomnik Neptuna, fala wysoka na trzynaście metrów tylko go obróciła, tak że stał odtąd twarzą do morza, tak jakby odwrócił się od miasta, a nawet się na nie wypiął, wystawił dupę i odtąd przestał mu sprzyjać, kto wie, czy tak nie było, i ci mieszkańcy Mesyny, którzy przeżyli, a było ich niewielu, zwątpili w Neptuna i jego opiekę i postanowili opuścić swoje rodzinne miasto, i popłynąć do Stanów Zjednoczonych, a z nimi popłynęło wielu innych Sycylijczyków, którzy także odczuli skutki erupcji wulkanu, trzęsienia ziemi i tsunami, i teraz siedzieli lub stali stłoczeni w stacji na Ellis Island, zastanawiając się, co z nimi będzie, czy zostaną puszczeni czy deportowani, podobnie jak moja praprababka Franciszka, ale moja praprababka Franciszka w końcu została puszczona, choć za wstęp do miasta musiała zapłacić pięć dolarów, co znacznie uszczupliło jej oszczędności i utrudniło start w Newarku, przez pierwsze tygodnie nie mogła znaleźć pracy, więc nie posyłała dolarów siostrom i one jej wyrzucały, że nie wysyła, bo chłopi w Polsce myśleli, że w Stanach dolary rosną na drzewach, i siostry praprababki, które zostały w Polsce, były na nią złe, myślały, że praprababka miała je w dupie, a ona chodziła od fabryki do fabryki, od domu do domu, zaliczała dziennie po czterdzieści ulic i nic, było kilka miejsc, gdzie brygadzistki chciały ją zatrudnić, ale ponieważ nie miały u siebie żadnej Polki, która mogłaby się z praprababką komunikować, a praprababka z początku nie rozumiała po angielsku ani słowa, to musiały ją odesłać, i praprababka nadal chodziła po zakładach i fabrykach, i domach, chodziła dziesiątkami ulic dziennie, a na ulicach zaczepiali ją stręczyciele i sutenerzy, a na ich widok praprababkę mdliło jak wtedy na statku i biegła, uciekała od nich, choćby miała umrzeć z głodu, może i była zakonnicą, ale tak jej było dobrze, i wolała głodować, niż uprawiać seks za pieniądze, ale nie głodowała, bo była kumata i prosiła różnych ludzi, których spotykała, uczcie mnie, uczcie, jak jest to i to, napiszcie, i tak gromadziła słówko po słówku, dziesięć słówek dziennie, codziennie, aż zgromadziła całkiem pokaźne słownictwo i umiała się dogadać trochę po angielsku, trochę po niemiecku, i w końcu załapała się do domu na służbę, gdzie chwilę popracowała, chwilę, to znaczy parę tygodni, bo inne służące jej nie lubiły, została więc odprawiona, ale polecono ją do jadłodajni w Newarku, do domu imigranckiego, tam zaś pracowała jako służąca i kucharka, i kelnerka i karmiła robotników, w tym mojego prapradziadka Andrzeja, któremu się spodobała i który pewnego dnia się do niej odezwał, albo może ona do niego, bo kelnerki przecież odzywają się do klientów, i choć była nieśmiała, może musiała zapytać go pewnego razu, czy mu czegoś nie potrzeba, czy mu nie podać chleba, i mój prapradziadek Andrzej powiedział, że potrzeba, ale na tym nie skończył i dodał jeszcze coś od siebie, może zapytał: a skąd ty jesteś, a praprababka odpowiedziała: a stąd i stąd, i prapradziadek odparł: to moje rodzinne strony, a ponieważ prapradziadek także podobał się praprababce, tak zbliżyli się i już jakoś poszło, do zaręczyn i do ślubu, bo oboje byli robotni i oszczędni, i obojgu marzyła się ziemia i liczyli, że wrócą do siebie i kupią jej trochę, i będą uprawiać, więc dobrze im było razem i wzięli ślub w polskim kościele, ale na spowiedź wymagane były kartki, a ksiądz dawał kartki tylko tym, co płacili składki na kościół, raz na miesiąc dolara przez rok, a prapradziadek ani praprababka nie mieli kartek, bo nie płacili składek, więc by pójść do spowiedzi i wziąć ślub, musieli zapłacić roczne składki i zapłacili, choć musieli potem żyć skromnie, i tak żyli skromnie, ale po opłaceniu składek u księdza jeszcze skromniej, o czym mówili księdzu, ale ksiądz nie miał litości i postawił warunek: albo opłacicie składki, albo nie będzie ślubu, i moi prapradziadkowie opłacili składki, bo chcieli się pobrać, i pobrali się, a potem urodziło im się czworo dzieci, ale jedno umarło po porodzie, żyli zaś najstarszy Aleksander, młodsza Zofia i najmłodsza Hela, moja prababcia, która z Ameryki nie pamiętała nic, bo też niewiele mogła pamiętać, skoro opuściła Amerykę, gdy miała cztery lata, miała tylko cztery lata, gdy wraz z rodzeństwem, tatą i mamą przybyła do Polski, było to w 1921 roku, prapradziadkowie z dziećmi opuścili Amerykę, bo prapradziadek od ponad roku nie mógł znaleźć zatrudnienia, choć był już dobrze wykwalifikowany i znał się na różnych maszynach, zaczął chorować i słabnąć, i pracował wolno, przez co blachownia, w której spędził wiele lat, pozbyła się go, praprababka także nie miała stałego zatrudnienia, bo zajmowała się trojgiem dzieci, więc żyli z oszczędności, a tych nie było tak znowu wiele, a nawet jeśli byłoby wiele, to na kupno ziemi, a nie na życie w Newarku, w którym nie było teraz za wiele pracy, więc prapradziadkowie spakowali, co mieli, raptem dwa kufry, i opuścili Newark, i zaczęli jeździć za pracą w różne miejsca, do większych miast, takich jak Nowy Jork, gdzie praprababka otrzymała posadę, bo umiała nieźle szyć, więc prapradziadek siedział z dziećmi, a praprababka przez pewien czas szyła w zakładzie, w którym ubierała się Frances Morgan, żona Johna Pierponta Morgana, posiadacza jednej z największych fortun na świecie, równorzędnej fortunie Johna Rockefellera, a przez pewien czas nawet większej, właściciela banku J.P. Morgan & Co., trustu United States Steel Corporation, a także angielskiej linii żaglowców International Mercantile Marine Company, do których należała linia żeglugowa White Star Line, do której należały liniowce typu Olimpic, w tym Titanic, który 10 kwietnia 1912 roku tuż po godzinie 12.00 wypłynął z portu Southampton z 2200 osobami na pokładzie, ale bez Johna Pierponta Morgana, bo choć John Pierpont Morgan miał Titanikiem popłynąć jako gość honorowy, akurat się pochorował i został na lądzie, a konkretnie: w hotelu, a jeszcze konkretniej: w ubikacji, bo miał sraczkę, i to sraczkę stulecia, gówno lało się z niego jak woda, jego dupsko się nie zamykało, było potwornie rozwarte, jak skała, w którą uderzył Mojżesz, i gotowe wylewać z siebie kolejne litry gówna, a Morgan siedział na muszli, chwiejąc się, i może modlił się, może śpiewał psalmy, bo bardzo je lubił, śpiewał je, prosząc o uzdrowienie od sraczki, która dopadła go akurat w dniu rejsu, to znaczy 10 kwietnia, i kto wie, czy nie wypierdział melodii do Psalmu Czterdziestego Pierwszego, Pan go pokrzepi na łożu boleści, podczas choroby poprawi całe jego posłanie, O, Panie zmiłuj się nade mną, uzdrów mnie, bo zgrzeszyłem przeciw tobie, a gdy i to nie przyniosło poprawy, gdy modlitwy i psalmy nie pomogły, powiedział sobie: chcę umrzeć, bo od sraczki potwornie bolały go dupa i głowa, bolały go nie do zniesienia i myślał nie o straconym rejsie Titanikiem, ale o tym, że ta sraczka jest ponad jego siły, ponad siły siedemdziesięcioczteroletniego miliardera, prawie siedemdziesięciopięcioletniego, bo za siedem dni, 17 kwietnia, wypadały jego urodziny, i myślał, że nie zniesie następnego ataku i że chce umrzeć, i choć czasem tak się myśli w chorobie: chcę umrzeć, to Morgan raczej nie spodziewał się, że sraczka, która męczyła go 10 kwietnia 1912 roku i uniemożliwiła mu rejs Titanikiem, była objawem nowotworu jelita grubego, od którego rzeczywiście zmarł niecały rok później w Rzymie, czyniąc swoją żonę wdową, pozostawił jej jednak ogromną fortunę, którą z przyjemnością wydawała na ubrania i fatałaszki, między innymi w zakładzie, który dał zatrudnienie mojej praprababce Franciszce, dzięki czemu moja praprababka Franciszka poznała wdowę po Johnie Pierponcie Morganie, a być może dotknęła jej łokcia lub barku, gdy wspólnie z innymi krawcowymi ściągały z niej miarę, kto wie, czy wdowa po Johnie Pierponcie Morganie nie odezwała się wówczas do którejś z nich, na przykład do mojej praprababki Franciszki, i czy wdowa po Johnie Pierponcie Morganie nie spytała jej o imię, a gdy moja prababka Franciszka wymieniła swoje imię, które było takie samo jak imię wdowy po Johnie Pierponcie Morganie, ta, dziwnie poruszona, czy nie nagrodziła jej monetą dwudziestopięciocentową, którą moja praprababka Franciszka zachowała w ukrytej kieszeni płaszcza, może licząc, że z tej dwudziestopięciocentówki urośnie jej fortuna na miarę fortuny Morganów albo że będzie mieć szczęście w interesach, które, kto wie, być może miała nadzieję robić, lub przynajmniej że nigdy jej nie zabraknie pieniędzy, ale wdowy po Johnie Pierponcie Morganie nigdy już nie zobaczyła, bo w zakładzie nie wytrzymała długo, ledwie dwa tygodnie, bowiem inne krawcowe dokuczały jej, chowały jej żelazka, tak że moja praprababka pracowała znacznie wolniej niż pozostałe krawcowe, co znaczy również, że znacznie gorzej, tamte słyszały: very nice, very good, a moja praprababka Franciszka tylko greenhorn, greenhorn, i miała opinię osoby raczej głupkowatej i niezaradnej, i chorowała, idąc do pracy, być może także miewała sraczki, co rano, ale z nerwów, i tak wytrwała ledwie kilka tygodni, zanim odeszła z zakładu krawieckiego, który ubierał wdowę po Johnie Pierponcie Morganie, a może odeszłaby szybciej, ale nie zrobiła tego ze względu na dzieci, które przecież musiała wykarmić, czekała więc, czekała, by znaleźć coś innego,  co nie było łatwe, bo do Polek i Polaków odnoszono się z rezerwą, a nawet im nie ufano, kto wie, czy nie dlatego, że nie tak znowu dawno, bo 6 września 1901 roku, Leon Czolgosz, syn imigrantów z Polski, dokonał zamachu na Williama McKinleya, prezydenta Stanów Zjednoczonych, urodzonego w 1843 roku w Niles, a dorastającego i uczącego się we wsi Poland, czasem przeznaczenie daje o sobie znać wcześnie, skąd wyjechał do college’u w Meadville, którego nie ukończył, bo zaciągnął się do wojska i bił się pod Carnifax Ferry i Antietam, a może i gdzie indziej, dosłużył się bowiem stopnia majora, po wojnie zaś skończył prawo i udzielał porad prawnych Partii Republikańskiej w Ohio, został gubernatorem hrabstwa Stark, później stanu Ohio, a w końcu dwudziestym piątym prezydentem Stanów Zjednoczonych, nie wypełnił jednak drugiej kadencji, bo tuż po reelekcji, gdy przemawiał do tłumu w Buffalo, został postrzelony przez Leona Czolgosza, pierwszy pocisk odbił się od guzika kamizelki, drugi zranił prezydenta, uszkodził żołądek i trzustkę, do rany wdała się gangrena i McKinley zmarł tydzień później, Czolgosz został skazany na śmierć na krześle elektrycznym, a ponieważ twierdził, że jest anarchistą i przepada za Emmą Goldman, jego trumnę rozpuszczono w kwasie solnym, najpewniej z obawy, by jego grób nie stał się miejscem pielgrzymek, ale najwyraźniej Czolgosz nie został całkiem zapomniany, być może Amerykanie nadal o nim pamiętali i dlatego niechętnie zatrudniali Polaków i Polki, w tym moją praprababkę Franciszkę, kto wie, choć może i dlatego, że Polki i Polacy rzadko się osiedlali, nie przywiązywali się, nie zakładali interesów, przyjeżdżali, żeby zarobić, a potem wrócić do siebie, taki Polak albo Polka jednego dnia byli, a kolejnego ich nie było, stąd ograniczone zaufanie do nich, także do mojej praprababki, ale ta w końcu najęła się do szycia bluzek, i to ubieranych koronkami, miała ich zrobić dwanaście dziennie, od czego była przemęczona, pracowała od rana do wieczora i ledwo patrzyła na oczy, czasem osuwała się z krzesła, dobrze, że miała maszynę elektryczną, bo na nożnej byłoby jeszcze ciężej, ale i mimo elektrycznej maszyny praprababka Franciszka była przemęczona, co nie może dziwić, skoro robiła dwanaście bluzek z koronkami dziennie, i pracowała od rana do wieczora, a nawet do nocy, i po ciemku, w słabym oświetleniu, od czego zaczęła tracić wzrok, więc jej bluzki musiały być uszyte niedoskonale, ale na poprawki nie miała czasu, bo nikt jej nie dawał dodatkowego czasu, chodziło o ilość, a nie jakość, więc praprababka słyszała tylko hurry up, hurry up, i tak musiała zapierdalać, zapierdalać, aż uszy jej puchły od hurry up, i tam też nie wytrzymała długo, choć dłużej niż w zakładzie, może rok, ale rok, bo zdrowie jednak było ważniejsze niż pieniądze, a bała się, że całkiem straci wzrok i wtedy co z dziećmi, dlatego ona i prapradziadek znowu zaczęli szukać pracy, a nawet jeździć za pracą w różne miejsca, do mniejszych miast, takich jak Syracuse, a nawet naprawdę małych, takich jak Newton Falls, które leżało w głębi lasu i trochę przypominało Twin Peaks, i skierowali się nawet do takiego małego miasta, liczącego dwa tysiące mieszkańców, a to dlatego, że była w nim papiernia, w której przerabiano drzewa na papier, a może przede wszystkim ze względu na lepsze powietrze, którego potrzebował prapradziadek, ale i tam prapradziadek ani praprababka nie otrzymali posady, więc wrócili do Nowego Jorku, i tam postanowili, skoro mieli jeszcze dość oszczędności, by kupić ziemię, tam postanowili wrócić i razem z trojgiem dzieci wsiedli na okręt, i popłynęli do Hamburga, a stamtąd pojechali do Oświęcimia, skąd dotarli w rodzinne strony i znaleźli niedrogą ziemię nieopodal Rzeszowa, w Czuczu, a konkretnie: na jego przedmieściach. 

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się