Adam i Ewa w Raju, rycina, 1606 r. fot. Rijksmuseum
Stephen Greenblatt październik 2020

Wątpliwości Darwina

Dla wielu współczesnych, włączając w to mnie samego, opowieść o Adamie i Ewie jest mitem. Oświecenie zrobiło swoje: nagi mężczyzna i naga kobieta w ogrodzie z gadającym wężem powrócili do sfery imaginacji, która dała im też swój początek. Wciąż mają jednak ogromne znaczenie dla tego, jak myślimy o niewinności i pokusie, o wysiłku, płci i śmierci.

Artykuł z numeru

Wiesław Myśliwski. Słuch absolutny

Czytaj także

Jan Kozłowski

Darwin czyta Księgę Rodzaju

Darwinizm nie pozostaje w sprzeczności z wiarą w Boga, lecz z pewnością nie da się go pogodzić z wiarą w Adama i Ewę. Żaden z ustępów opublikowanej w 1871 r. książki O pochodzeniu człowieka nie pozwala na choćby najluźniejsze skojarzenie źródeł naszego gatunku z dwojgiem modelowych ludzi stworzonych w zaciszu rajskiego ogrodu. Teorię ewolucji Darwin przedstawił już wcześniej, w wydanym w 1859 r. O powstawaniu gatunków. Ta napisana dla szerokiego grona odbiorców książka wywołała ogromne poruszenie, ale pośród całej masy przytoczonych w niej przykładów nie znajdziemy celowo pominiętego człowieka. Ówcześni czytelnicy byli w stanie przyjąć naukowe argumenty na rzecz doboru naturalnego, lecz tylko z zastrzeżeniem, że ludzie są w jakiś sposób wyłączeni z biologicznych procesów kierujących walką o byt u pozostałych stworzeń.

Po 1871 r. nie było już żadnych wątpliwości, że także Darwin podzielał wnioski wyciągane uprzednio przez swoich zwolenników, korzystających z ogromnego zasobu danych, które cierpliwie gromadził, oraz ze scalającej je teorii ogólnej, nadającej tym danym sens. Nie było wyjątku dla człowieka.

Raj nie został utracony, on nigdy nie istniał.

Ludzie nie wywodzą się z królestwa pokoju, nie obdarzono ich doskonałym zdrowiem i dostatkiem ani też życiem wolnym od rywalizacji, cierpienia i śmierci. Zdarzały się oczywiście okresy, gdy jedzenia było w bród, ale nigdy nie trwały one w nieskończoność, a nasi najdawniejsi przodkowie zawsze musieli dzielić dobra z innymi istotami, których potrzeby były równie naglące. Niebezpieczeństwo tylko z rzadka było odległe, a gdy udawało się trzymać z dala od większych drapieżników, to wciąż trzeba było borykać się z mrówkami legionowymi, pasożytami jelitowymi, bólem zębów, złamanymi kończynami czy rakiem. W idealnych warunkach ludzkie życie byłoby nadzwyczaj przyjemne, ale nic z rozległego obszaru badań Darwina nie wskazuje, by kiedykolwiek istniał cudowny czas lub miejsce, w którym radośnie zaspokajano by wszystkie nasze potrzeby.

Ludzie jako gatunek nie byli ani wyjątkowi, ani stworzeni raz na zawsze. Wyjąwszy sferę marzeń i fantazji, zapewne nie było możliwe, żebyśmy powstali jako w pełni uformowani dorośli, gotowi do mówienia, dbania o siebie i reprodukcji. Ten szczególny rodzaj ssaka naczelnego, którym się staliśmy, ewoluował w ciągu wielu lat, począwszy od form wymarłych, dzielących z nami wiele cech fizycznych: wyprostowaną postawę, chodzenie na dwóch stopach, dłonie różniące się od stóp formą i funkcją, niewielkie górne i dolne kły oraz podbródek. Nie udało się dotąd jednoznacznie rozstrzygnąć, jak i kiedy do tego doszło.

Współcześni ludzie dysponują szczególnymi właściwościami, zwłaszcza językiem, świadomością moralną i zdolnością rozumowania, które nas wyróżniają. Jednak zdaniem Darwina nawet one różnią się tylko co do stopnia, a nie rodzaju, od właściwości posiadanych przez zwierzęta pokrewne naszemu gatunkowi. Istniejemy w ciągłości nie tylko z hominidami – naczelnymi, w tym szympansami, gorylami i orangutanami, do których jesteśmy oczywiście bardzo podobni – lecz również z wieloma innymi gatunkami. Według niego dostrzeżenie tej ciągłości nie wymaga wcale specjalistycznej wiedzy na temat zachowań egzotycznych zwierząt, wystarczy uważna obserwacja ptaków i psów.

Nie kara, lecz zdobycz

Nie jest niespodzianką, że Darwin powściągający swoją naukową śmiałość dzięki uważnemu wyczuciu tego, co jemu współcześni byli w stanie znieść, wstrzymał się z ujawnieniem pełni konsekwencji swojego odkrycia. Wymowne i gwałtowne świadectwo drażliwości jego teorii otrzymał w domu za sprawą bogobojnej żony. W przedmowie do O pochodzeniu człowieka napisał, że latami gromadził notatki o początkach naszego gatunku, „(…) nie zamierzając czegokolwiek publikować na ten temat, a raczej z postanowieniem niepublikowania niczego z obawy, aby nie potęgować jeszcze uprzedzeń co do moich poglądów”. Czytający O powstawaniu gatunków mogli zawsze wyciągać własne wnioski, ale Darwin nie zamierzał przedstawić ich w druku.

Nawet po przezwyciężeniu swoich obiekcji i upublicznieniu dzieła bacznie unikał jakiejkolwiek wzmianki o historii biblijnej – stworzeniu, raju, upadku człowieka – ze świadomością, że ostatecznie niszczy jej roszczenia do prawdy dosłownej. Imiona Adama i Ewy nie pojawiają się ani razu w jego pracy. Jednak teoria ewolucji zmagała się z tymi samymi pytaniami, które dały podstawę opisowi początków ludzkości znanemu z Księgi Rodzaju: skąd się wzięliśmy? Dlaczego przetrwanie i reprodukcja muszą wiązać się z tak bolesnym wysiłkiem? Na czym polega twórcza rola pożądania – pożądania konkretnych osobników lub ich poszczególnych cech, co angielski przyrodnik określił mianem „doboru płciowego” – w długofalowym rozwoju gatunku? Skąd cierpienie i śmierć? Darwin oraz jego następcy usiłowali przede wszystkim znaleźć wyjaśnienie dla dziedziczonych przez nas pierwotnych popędów, kompulsji i pragnień. Popędy te okazują się niezwykle trudne do przezwyciężenia, nawet gdy są jawnie niebezpieczne czy choćby wtedy gdy skłaniają nas do popełniania czynów brutalnych, patologicznych i autodestrukcyjnych. Wygląda to, jakby nasi przodkowie przekazali nam za pomocą jakiegoś ukrytego mechanizmu pakiet doświadczeń, przystosowań i wyborów, których sami dokonywali w odległej przeszłości i które pozostają w nas aktywne pomimo faktu, że warunki, w jakich żyjemy, diametralnie się zmieniły.

Jako spadkobiercy tej szczególnie kłopotliwej spuścizny możemy stać się świadomi przynajmniej niektórych spośród najbardziej szkodliwych odruchów i zdystansować się od nich, ale nijak nie potrafimy uczynić tego regułą. Poddanie się im w toku całego życia jest w zasadzie pewne, i to prawdopodobnie przy licznych okazjach. W większości przypadków to, czemu się poddajemy, nie jest wyuczone, lecz odziedziczone wraz z przyjściem na świat, jeszcze przed uformowaniem odrębnych osobowości w naszych odrębnych warunkach kulturowych i przed uzyskaniem zdolności rozumowania. Wspomniane osobowości i warunki wchodzą w interakcje z tą spuścizną i chociaż nasz rozum może zwalczać jej najbardziej destrukcyjne namowy, to nigdy nie daje się jej pozbyć. Ponosimy odpowiedzialność za swoje czyny – ludzie to nie automaty – ale nasza wolność jest przy tym znacząco ograniczona i naruszona.

Egzegeci Księgi Rodzaju, zwłaszcza w okresie po św. Augustynie, pojmowali to dziedzictwo jako karę, następstwo grzechu pierwszych ludzi oraz wygnania z raju. Tyle że dla Darwina nie było żadnego raju. Tym, co otrzymaliśmy od naszych pradawnych przodków, nie jest boska kara, lecz raczej żywe ślady udanego przystosowania do świata, które nasz gatunek uskutecznia od tysięcy lat. Stąd podział na podstawie płci, pożądanie cukru i zwierzęcego tłuszczu, panowanie nad ogniem oraz zdolność do skrajnej przemocy sąsiadują u nas z subtelnymi umiejętnościami społecznymi, wytwarzaniem narzędzi, ekspresją w sferze języka i obrazu, z których wszystkie przyczyniły się przetrwania w surowym i niebezpiecznym środowisku.

O ile dla Biblii ciągła, wyczerpująca praca, którą człowiek musi wykonać, chcąc znaleźć odpowiednią ilość pożywienia – począwszy od grzebania w ziemi w poszukiwaniu bulw, a skończywszy na rewolucji agrarnej, która pozwoliła nam uprawiać, sadzić i zbierać pokarm – jest konsekwencją występku, o tyle dla Darwina stanowi niezbędną zdobycz.

Jeżeli dla autora Księgi Rodzaju ból doświadczany przez kobiety podczas porodu jest jedną z kar nałożonych na grzeszną Ewę, to z punktu widzenia biologii ewolucyjnej zaświadcza on o udanym biologicznym kompromisie. Jest to po prostu cena, jaką płacimy za kombinację maksymalnego rozmiaru miednicy u istoty dwunożnej i minimalnego rozmiaru czaszki noworodka, umożliwiającego naszemu gatunkowi posiadanie nadzwyczaj dużego mózgu.

Umiejętność stania na dwóch nogach w pozycji wyprostowanej pozwoliła spoglądać ponad trawami sawanny, pokonywać znaczne odległości w poszukiwaniu jedzenia i uwolniła ręce, które mogły miotać pociskami. Duży mózg dał możliwość rozwoju szerokiej gamy umiejętności niezbędnych dla przetrwania i rozwoju, mimo względnego deficytu siły, braku ostrych zębów, cienkiej skóry itd. Dla Darwina wymienione cechy człowieka nie są karą za grzechy, lecz raczej ważnymi życiodajnymi darami przypadkowych mutacji oraz zdolności, które posiedliśmy na przestrzeni dziejów.

Starożytne antycypacje

Liczba pokoleń, której wymagał taki ewolucyjny proces, odpowiadała skalą raczej starej pogańskiej teorii pochodzenia ludzkości, którą Darwin z pewnością znał, ale przezornie pominął w O pochodzeniu człowieka, niźli cokolwiek ograniczonej liczbie „poczętych”, wzmiankowanych przez Biblię. Zgodnie z tą teorią, mającą ogromny wpływ na jego dziadka Erasmusa Darwina, początek ludzkości dała prymitywna walka o przetrwanie, a nie stworzenie za jednym zamachem w specjalnie do tego celu przygotowanym ogrodzie.

Wczesna egzystencja dominującego gatunku w Księdze Rodzaju jawiła się w sposób prosty i uporządkowany. Nawet koncepcja zakazanego owocu była na swój sposób krzepiąca, ponieważ wskazywała na istnienie w świecie praw oraz ich twórcy. Z kolei ogromny zbiór faktów zebranych przez Darwina i jego teoria ogólna potwierdzały intuicje pogan, mówiące, że nasi najdawniejsi przodkowie nie cieszyli się boską opieką, nie byli pewni przetrwania gatunku, nie mieli żadnych ofiarowanych przez Boga praw ani żadnego wrodzonego poczucia ładu, moralności i sprawiedliwości. Życie społeczne, jakie znamy, regulowane przez gęstą sieć zasad, umów oraz poprzez wzajemne zrozumienie, nie spadło nam z nieba, tylko było osiągane stopniowo.

Lukrecjusz w O naturze wszechrzeczy wyraził podziw dla sposobu, w jaki najwcześniejsi ludzie przystosowali się do surowych warunków świata natury, inicjując przy tej okazji zmianę natury własnej. Jak pisze, gdybyśmy nie nauczyli się modyfikować naszych najbardziej prymitywnych instynktów celem rozwoju technologii obronnych i więzów społecznych, nie przetrwalibyśmy zbyt długo jako gatunek. Wyrób skórzanych ubrań, budowa szałasów oraz panowanie nad ogniem osłabiły naszych przodków fizycznie – „Mogąc już ogień rozniecić, dom ogrzewać, byli już także wrażliwsi, a ciało utraciło dawniejszą na mrozy wytrzymałość” – lecz jednocześnie dało początek życiu we wspólnocie, pozwoliło wychowywać dzieci oraz chronić najbardziej potrzebujących członków grupy. Właśnie na tym etapie powstawania życia społecznego rozwinęliśmy jedną z wyróżniających cech gatunku, mianowicie zdolność mówienia.

Nie miała ona nic wspólnego z właściwą jakiejś postaci mocą tworzenia i obdarowywania świata językiem. Lukrecjusz, pisząc, jakby hebrajski mit był mu przynajmniej po części znany, kategorycznie stwierdza: „Głupio więc byłoby sądzić, że ludziom ktoś udzielił imion rzeczy, i z tego wyrazy rozwinęli”. Choć imponująca, nasza zdolność mówienia jest przedłużeniem dającego się zauważyć u wielu zwierząt zjawiska oznaczania za pomocą dźwięków. Pożądliwe rżenie ogiera różni się od parskania wyrażającego strach. Odgłosy wydawane przez niektóre ptaki zmieniają się wraz z pogodą. Rozdrażnione psy warczą złowrogo, ale „kiedy swoje szczenięta w pieszczotach liżą językiem, łapą je przewracają i w kły chwytając dzikie lekko, łagodnie dyszą z udaniem – jak odmiennie skomli ich głos ściszony pieszczotą i wzruszeniem”.

Obserwacje świata przyrody poczynione przez Lukrecjusza w uderzający sposób antycypują liczne dowody zebrane przez Darwina dla poparcia ogólnej teorii doboru naturalnego: przypadkowe mutacje, bezustanna walka o byt, niezliczona ilość gatunków wymarłych, wspólne życie zwierząt, powolny rozwój poznawczy, dzieje bez celu rozciągające się w trudnym do wyobrażenia przedziale czasu. Dzięki wytrwałej pracy Darwina i jego sprzymierzeńców idee te przestały być postrzegane jako archaiczne spekulacje filozofa, a zaczęły zyskiwać status prawdy naukowej. Wraz z nimi Adam i Ewa, niegdyś tak realni, że wręcz wyczuwało się ich obecność, zredukowani zostali do miana najmętniejszej iluzji.

Odkrycia geologiczne

Co ciekawe, kluczową rolę w tej historii odegrała kreda. Tym bowiem, co sprawiło, że Darwinowska teoria o pochodzeniu człowieka wydała się całkiem wiarygodna – po latach wyśmiewania Lukrecjusza za wysunięcie uderzająco podobnych pomysłów – były osiągnięcia naukowe w dziedzinie geologii, które wniosły nową świadomość niezwykle długiego istnienia Ziemi, a za tym również ramy czasowe pozwalające ewolucji na jej rozliczne eksperymenty.

Angielskim geologom, takim jak Charles Lyell, za główny dowód posłużyły słynne białe klify w Dover. Wskazywano, że ta dobrze znana, miękka i porowata skała jest dziełem sedymentacji trwającej dziesiątki milionów lat. Uważne badania nad układem tego krajobrazu, nad kredą, krzemieniem i marglem, które go tworzą, wreszcie nad skamieniałościami, które można tam odnaleźć, prowadzą do nieuchronnej i niezwykle światoburczej konkluzji: mamy tu do czynienia z następstwem zjawisk geologicznych – sedymentacji, przemieszczeń, wypiętrzeń, powstawania uskoków – z których większość miała miejsce w eocenie, epoce nazwanej tym terminem przez Lyella, a trwającej od 56 do 33,9 mln lat temu.

Jak przekonywał Lyell w latach 30. XIX w. w ciągu niezwykle długich dziejów Ziemi nie da się zauważyć żadnych oznak postępu, żadnych śladów opatrznościowego projektu ani świadectwa wystąpienia wielkiego potopu, który miałby zgładzić wszystkie stworzenia żywe, z wyjątkiem tych, które znalazły schronienie w arce Noego. Mamy dziś do czynienia z tymi samymi procesami, które toczą się od najdawniejszych lat, a ogólny wskaźnik geologicznych zmian był zawsze jednakowy.

Stanąwszy w świetle wniosków, do których doszedł, gorliwy chrześcijanin Lyell usiłował wytrwać przy swej wierze, choć było to nadzwyczaj trudne. Podtrzymywanie wiary w dosłownie rozumiany raj i dokonane w ciągu sześciu dni stworzenie nie wchodziło już w rachubę. Obstawanie przy przekazie biblijnym było i tak wystarczająco trudne w zestawieniu z odkryciami naukowymi, które począwszy od XVI w., ruszyły świat z posad. Kopernik wyrugował Ziemię z centrum wszechświata, teleskop ujawnił istnienie niewyobrażalnej wielości światów, anatomia pokazała, jak wewnętrznie funkcjonuje ciało, a mikroskop odsłonił niedostępne zakamarki materii.

Pogodzenie tego wszystkiego z dotychczasowymi dogmatami wymagało wiele wysiłku, ale to geologia okazała się dla człowieka wierzącego koszmarem. Skamieniałości takie jak muszle znajdowane z dala od morza czy kości należące do nieznanych zwierząt przez długi czas stanowiły zagadkę, którą tłumaczono jako „zabawy” natury. Wyjaśniano, że na szczytach gór i na pustyniach pozostawił je potop, cytowano biblijne doniesienia o gigantach chodzących po Ziemi u jej zarania czy też spekulowano na temat ogromnych rozmiarów pierwszych ludzi.

Denis Henrion, francuski matematyk urodzony pod koniec XVI w., wykorzystał skamieniałe kości do oszacowania wzrostu Adama na 37 m 72 cm, a Ewy na 36 m 19 cm.

Jednakże bezmiar czasu odkryty przez XVIII- i XIX-wieczną geologię uczynił te wyjaśnienia absurdalnymi.

Argument z pępka

W 1857 r. zasłużony angielski przyrodnik Philip Gosse – wynalazca m.in. morskiego akwarium – wydał książkę pt. Omphalos, co po grecku oznacza pępek. Ten fundamentalistyczny świecki kaznodzieja i wykładowca biblijny został poważnie wytrącony z równowagi przez The Principles of Geology (Zasady geologii) Lyella, które to dzieło sprawiło, że ramy czasowe wspominane w Piśmie wyglądały na dziecinadę. Można było zawsze zinterpretować ów schemat na sposób symboliczny, zakładając, że każdy „dzień” w Księdze Rodzaju odpowiadał dużo szerszemu horyzontowi czasowemu, ale Gosse był świadomy zagrożenia, jakie niesie z sobą ścieżką wiodąca ku alegorii. Oddał się, podobnie jak i współcześni fundamentaliści, dosłownej interpretacji Pisma, której pierwszym orędownikiem był św. Augustyn.

Podtytuł książki Gosse’a brzmiał: „Próba rozplątania geologicznego supła”, co oznaczało uznanie mocy faktów geologicznych bez jednoczesnego odstępstwa od wiary. Jego rozwiązanie było proste i, jak mniemał, genialne. Zauważył, że wszystko, co żyje, nosi na sobie oznaki własnej przeszłości i rozwoju. Prawda ta odnosi się do słojów drzewa, pokładów węglanu wapnia tworzącego muszle i nakładających się na siebie rybich łusek. Takie oznaki daje się zauważyć nawet u istot najmłodszych, ledwie wyklutych, i bez wątpienia również u człowieka. Następnie Gosse kieruje uwagę w stronę „naszego pierwszego, dopiero co stworzonego przodka, pierwotnej Głowy Rodu Ludzkiego”. Chcąc odpowiednio go opisać oraz odróżnić od dzikich, śmiertelnych stworzeń, powołuje się – niczym na naocznego świadka – na Johna Miltona: „(…) nad inne szlachetniejsz[y] kształtem, postawę prostą miał i wzrost słuszny na podobieństwo Boże; przystrojon[y] w swą przyrodzoną nagość najgodniejszą (…)”. Przyjrzawszy się uważnie pierwszemu człowiekowi, Gosse drobiazgowo opisał wyniki swoich obserwacji, które stały się podstawą tzw. raportu fizjologa.

Człowiek ten był ponad wszelką wątpliwość wzorcowy, a jego cechy – „doskonałe uzębienie, broda, zniżony głos, wystająca krtań” – w całości wskazywały na mężczyznę pomiędzy 25. a 30. rokiem życia. Chociaż wiadomo nam z niepodważalnych przekazów biblijnych, że Bóg stworzył Adama nie jako dziecko, lecz jako mężczyznę w tym właśnie wieku, Gosse zwrócił uwagę na rzecz niezwykłą: „Czymże jest to osobliwe zagłębienie na środku brzucha i ta pofałdowana wypukłość zajmująca jego wnętrze?”. To jest „Pe˛PEK”, odpowiada z werwą.

Adam musiał mieć pępek, bez niego nie wyglądałby jak trzeba, nie mówiąc już, że nie byłby ideałem. Takim przedstawiali pierwszego człowieka wszyscy wielcy malarze – van Eyck, Michał Anioł, Rafael itp.

Przy czym pępek wskazuje oczywiście na przeszłość, odsyła do matki, której Adam nie miał. Oznacza to, że Bóg stworzył go wraz z doskonale uformowaną i przekonującą od strony naukowej pozostałością po historii, która nigdy nie miała miejsca. Teraz możemy dopiero zrozumieć, oznajmia Gosse niczym prawnik przeświadczony o dowiedzeniu prawdy, analizowane przez geologów skamieniałości, rozległe złoża osadów, ślady dawnych katastrof i powolne transformacje lodowców. Odkrycia naukowców są na swój sposób prawdziwe, przy czym nie są oni w stanie przyjąć do wiadomości, że dowody zostały podsunięte przez Boga pierwszego dnia stworzenia.

Biedny Gosse. Książka spotkała się z kpinami i lekceważeniem, które ciągnęły się za nim aż po kres jego długiego życia. Jemu współcześni zdecydowanie nie byli w stanie uwierzyć, iżby Bóg „zapisał ludziom w skałach wielkie i daremne kłamstwo”, jak to ujął wiktoriański pisarz Charles Kingsley. Pomimo żywionej przez Gosse’a nadziei pępek nie był w stanie utrzymać przy życiu konających Adama i Ewy.

Tacy byli nasi przodkowie”

Zaledwie dwa lata po klęsce Omphalosa Charles Darwin triumfalnie publikuje O powstawaniu gatunków. Autor dobiegł pięćdziesiątki, ale książka rodziła się bardzo długo, co najmniej od chwili gdy jako 26-latek powrócił z trwającego niemal pięć lat rejsu dookoła świata, który odbył jako przyrodnik na pokładzie HMS Beagle, pod dowództwem kapitana Roberta FitzRoya. Darwin zabrał w długi rejs sporo ulubionych książek, na czele z Rajem utraconym. Jednak największy wpływ miały na niego The Principles of Geology, które dostał od FitzRoya przed opuszczeniem portu. Najpierw na archipelagu Wysp Zielonego Przylądka, a następnie na wybrzeżu i w interiorze Ameryki Południowej Darwin co rusz utwierdzał się w przekonaniu o prawdziwości wielu spośród najważniejszych koncepcji Lyella. Zaczął też namiętnie kolekcjonować dowody w postaci skamieniałości i próbek skalnych.

Uderzył go nie tylko wielce zaawansowany wiek Ziemi oraz wynikająca stąd, niemal niewyobrażalna, powolność zmian geologicznych, lecz także wniosek, że istoty żywe również podlegają takim powolnym zmianom. Prześledzenie transformacji przysparzało sporo problemów, jako że materiał dowodowy był trudno osiągalny, fragmentaryczny i niezrozumiały. „Co do mnie zaś – pisze Darwin – to uważam (użyję tu metafory Lyella), że dane geologii przypominają niekompletną historię Ziemi napisaną różnorodnymi narzeczami”. Spośród tej przepastnej historii przetrwał tylko ostatni tom, a z niego „(…) zachował się tylko tu i ówdzie krótki rozdział, a z każdej stronicy pozostały tylko tu i tam pojedyncze wiersze”. Tak czy owak, przetrwało wystarczająco dużo, by wiarę w stworzenie gatunków od zera przez Boga „u początków” uczynić niemożliwą.

Kryzys osiągnął apogeum jeszcze przed dotarciem Darwina na wyspy Galapagos, gdzie natknął się na dowody wiodące ku teorii doboru naturalnego. Beagle odwoził do Ziemi Ognistej troje zakładników, pojmanych ponad rok wcześniej i wyprawionych do Anglii podczas innego rejsu. Zakładnicy ci – nazwani przez załogę Jemmy Button, Fuegia Basket oraz York Minster – teoretycznie byli schrystianizowani. Ubrani w angielskie stroje, stali się dobrymi kompanami podczas wielu miesięcy na morzu. Młody przyrodnik z pewnością wielokrotnie na nich spoglądał, chcąc ukoić zmęczony czytaniem The Principles of Geology wzrok. Rozmawiał z nimi – ulubieńcem wszystkich był niski, otyły i wesoły Jemmy Button – i dowiedział się co nieco o ich przyjęciu w Anglii, gdzie traktowano ich jak celebrytów i goszczono na dworze króla Wilhelma IV i jego żony królowej Adelajdy. Byli żywym dowodem na to, że nawet najprymitywniejsi ludzie podatni są na zmianę przyzwyczajeń.

Stąd pewnie skala zdziwienia, którego doświadczył młody Darwin na widok Jaganów, którym przekazano nawróconych odzianych w rękawiczki i w wypolerowanych butach. Nawet po wielu latach wspomnienie siły tego obrazu przyprawiało go o dreszcze: „Nigdy nie zapomnę zdziwienia, jakiego doznałem na widok hordy mieszkańców Ziemi Ognistej. Czyż tacy byli nasi przodkowie? – zapytałem siebie zdumiony i wstrętem przejęty. Ludzie ci byli zupełnie nadzy i pomalowani rozmaitemi barwami, rozpuszczone zaś i poplątane ich długie włosy, roztwarte usta i dzikie rysy twarzy nadawały tak straszny i szpetny wyraz całej ich fizjonomji, że bez wstrętu nie można było na nich patrzeć. Nie znali oni żadnych rzemiosł i jak dzikie zwierzęta żywili się tylko tem, co upolować mogli; nie mieli żadnego rządu i przeto żyli na łasce i niełasce wszystkich tych, którzy nie należeli do ich pokolenia”. „Tacy byli nasi przodkowie”.

Po spędzeniu trzech lat w niewoli u Anglików Jemmy Button na pierwszy rzut oka wydawał się niepewny, zdezorientowany oraz zawstydzony widokiem swoich rodaków. Jednak po upływie czasu, kiedy to Anglicy zajęci byli poszukiwaniami, tworzeniem map i zbieraniem próbek, świat, z którego został wyrwany, pochłonął go na nowo. Ostatni raz Darwin spotkał Jemmy’ego przed odpłynięciem Beagle i był wielce zdumiony jego wyglądem. Pisał: „Zostawiliśmy go pulchnego, tłustego i dobrze odzianego”, a teraz jawił się jako „(…) suchy i wychudły dzikus, z długim skundlonym włosem i nagi, mający tylko kawałek szmaty naokoło pasa”. Nie mogąc tego znieść, kapitan FitzRoy zabrał go na pokład i zaoferował powrót do Anglii. Jemmy odrzucił propozycję. Wieczorem Darwin i spółka zobaczyli coś, co uznali za powód tej trudnej do wytłumaczenia odmowy. Była nim „(…) jego młoda i przyjemnie wyglądająca żona”.

Darwin przez wiele lat powstrzymywał się przed jawnym wyartykułowaniem pełni konsekwencji tego spotkania. O pochodzeniu człowieka ukazało się dopiero 40 lat po zetknięciu z Fuegianami. Nie dawało mu to jednak spokoju, a przy tym wzmocniło wolę wyciągnięcia logicznej konkluzji z tego, co niosła ze sobą teoria ewolucji. Ową konkluzję – tj., że nasi przodkowie byli podobni do małp – powszechnie uważano za zniewagę dla godności człowieka. Od stuleci ludzie wmawiali sobie, że są potomkami idealnego mężczyzny i idealnej kobiety, stworzonych przez Boga i niegdyś żyjących zgodnie w ziemskim raju. Oczywiście upadek pierwszych ludzi sprowadził na świat grzech i śmierć, ale zawsze można było pomarzyć o ewentualnym odzyskaniu utraconej doskonałości i być dumnym ze wspaniałego pochodzenia. Jednak to, czego Darwin osobiście doświadczył w Patagonii, uczyniło go mniej skłonnym do obstawania przy dumie z pochodzenia, a uznanie właściwej linii potomstwa mniej wstydliwym. „Doprawdy kto raz widział takich dzikich w ich własnym kraju – pisał – ten nie ma się czego oburzać na myśl, że w jego żyłach płynie krew zwierzęca”.

Krytycy Darwina nazywali go „małpoludem” i obdzierali ze skóry za kalanie naszego rodu.

On pozostawał jednak przy swoim: „Bo co do mnie, to zaprawdę wolałbym raczej pochodzić od tej małej bohaterskiej małpy, która z narażeniem życia broniła stróża zoologicznego ogrodu; albo od tego pawiana, który zstąpił z góry i wyratował swego młodego towarzysza zaatakowanego przez zgraję rozwścieklonych psów, aniżeli od dzikiego barbarzyńcy, który znajduje uciechę w męczeniu nieprzyjaciół, który krwawe niesie ofiary wymarzonym bogom, który z czystem sumieniem zabija swe niemowlęta, uważa swe żony jako niewolnice, idzie tylko za popędem swych namiętności i wierzy w tysiące najdzikszych przesądów”. Spuścizna tej reakcji – połączenia nieustępliwości w kwestii ludzkiej schedy po naczelnych z głęboko zakorzenioną wiktoriańską wiarą w hierarchie kulturowe pomiędzy populacjami – do dziś prześladuje biologów ewolucyjnych.

Poszukiwanie sensu w ewolucji

Upadek Adama i Ewy – przynajmniej dla większości naukowców – oznaczał zmianę w podejściu do idei pochodzenia człowieka. Zakwestionowano cały dotychczasowy sposób myślenia oparty na zbiorowym projekcie przypisywania postaciom z Księgi Rodzaju namacalności właściwej istotom żywym. Jednak trwałość przekonania o realnym istnieniu Adama i Ewy wskazuje na coś więcej niż atawistyczne upieranie się przy zdezawuowanych fantazjach. Opowieść o pierwszych ludziach była osadem po bardzo długim i złożonym wyzwaniu twórczym, wytrącanym przez tysiące lat wraz ze wszelkimi jej następstwami przez ludzi, których zmuszała do myślenia, przekonywała i pouczała moralnie. Kierowano się przy tym wyspecjalizowanymi pracami wielce kreatywnych artystów i myślicieli, głęboko oddanych sprawie wyimaginowanych postaci. Wyjaśnienie na podstawie przykładów Lucyczy innych naszych przodków hominidów jest stosunkowo świeże, niejasne i w efekcie prymitywne. Jeśli nawet w świetle najlepszych dostępnych nam badań jest ono prawdziwe, to wcale niełatwo się z nim pogodzić. Przeciwnie, wiążące się z tym trudności, niepewność, kontestowanie spójnej narracji czynią je jednym z największych wyzwań współczesności.

Zdawano sobie z tego sprawę od samego początku, za czym kolejno szły takie czy inne próby wpisania darwinizmu w jakiś satysfakcjonujący plan. Niektórzy wyobrażali sobie dobór naturalny jako triumfalny marsz ku coraz wyższym formom życia, zwieńczony oczywiście przez nasz gatunek. Ewolucja w prosty sposób zastąpiła tu znane z Księgi Rodzaju panowanie przeznaczone ludziom przez Boga. Inni z kolei posługiwali się słynną interpretacją doboru naturalnego autorstwa Herberta Spencera, tj. „przetrwania najlepiej przystosowanych”, dla opisu wolnorynkowej rywalizacji na gruncie gospodarki kapitalistycznej. Jeszcze inni, przewodzeni przez kuzyna Darwina Francisa Galtona, upatrywali w tej teorii uzasadnienia dla eugeniki, czyli próby udoskonalenia rasy ludzkiej drogą eliminacji „niepożądanych”. Ten złowrogi projekt, z którego poglądy na rasę i ewolucję czerpał niemiecki biolog Ernst Haeckel, znalazł swój demoniczny wyraz w działalności nazistów.

Te i powiązane z nimi interpretacje problemów przedstawionych przez Darwina uznano za sprzeniewierzenie się naukowcowi oraz za całkowite wypaczenie wyników badań, które pojawiły się w następstwie jego wnikliwych dociekań. Ewolucja nie jest tożsama z postępem czy też pochodem w kierunku doskonałości. Idea „przystosowania”, na podstawie której ukuto frazę „przetrwanie najlepiej przystosowanych”, wcale nie musi oznaczać rywalizacji, nie mówiąc już o konkretnym systemie gospodarczym czy wojnie. Z kolei genetyka prędzej unieważniła, niżby miała uwypuklić znaczenie „rasy” jako zasady ewolucji.

Próba znalezienia narracji dla ewolucji, jakkolwiek nie wypaczałaby ona dowodów, jest wszak w dużej mierze konsekwencją niepokojącego braku planu, wymiaru estetycznego, w ogólnej teorii Darwina. On sam, będąc już w podeszłym wieku, zastanawiał się nad tym, co go spotkało: „Do trzydziestego roku życia, a nawet nieco później – wspominał w krótkiej autobiografii, którą napisał dla swoich dzieci – wszelkiego rodzaju poezja, jak np. utwory Miltona, Graya, Byrona, Wordwortha, Coleridge’a i Shelleya, sprawiała mi wielką przyjemność, a jeszcze jako uczeń zachwycałem się Szekspirem, zwłaszcza jego dramatami historycznymi”. Autorzy ci, z którymi nie rozstawał się od dzieciństwa, zaliczali się do jego najlepszych towarzyszy w czasie podróży dookoła świata na pokładzie HMS Beagle. Szczególnie bliski był mu Milton, obecny przy nim w trakcie pożegnania z Jemmym Buttonem i Fuegią Basket, podczas przekopywania południowoamerykańskich wapiennych klifów w poszukiwaniu skamieniałości oraz przy mierzeniu dziobów zięb na Galapagos.

Jednak o ile wyobraźnia Darwina mogła się kształtować pod wpływem Raju utraconegoHenryka IV albo za sprawą ulubionych obrazów i muzyki, o tyle niezwykła teoria, którą stopniowo formułował, przemierzając Ocean Spokojny, ostatecznie bez reszty odmieniła świat jego umysłu. „A teraz od wielu już lat – rozmyślał – nie mogę się zmusić do przeczytania jednego wiersza poezji; ostatnio próbowałem czytać Szekspira, lecz okazało się, że to nudne nie do wytrzymania, wręcz przyprawiało mnie o mdłości”.

Darwin nie był dumny z tej reakcji i nie zalecał jej dzieciom. „Utrata tych zamiłowań – mówił im – jest utratą szczęścia i może być szkodliwa dla umysłu, a zapewne i dla moralnych właściwości, bo osłabia uczuciową stronę naszej natury”. Miał jednak odwagę, by się do tego przyznać, i usiłował zrozumieć, jak do tego doszło. Sądził, że pewien wpływ mógł na to mieć szczególny charakter pracy naukowej, której oddawał się przez dziesiątki lat, polegający na bezustannym gromadzeniu danych i ocenie ich znaczenia. Jak pisał: „Umysł mój stał się czymś w rodzaju maszyny, która przerabia wielkie zbiory faktów na ogólne prawa, lecz nie rozumiem, dlaczego spowodowało to atrofię tylko tej części mózgu, od której zależą te wyższe upodobania”.

Nie potrafię znaleźć rozwiązania dla rozterek Darwina, ale problem ten odsyła nas w stronę ciągle żywej opowieści o Adamie i Ewie. Wielu współczesnych, włączając w to mnie samego, uważa ją za mit. Jej długa i zawiła historia, od prastarych spekulacji do dogmatu, od dogmatu do prawdy dosłownej, od dosłowności do realności, od realności do śmiertelności, od śmiertelności do fałszu, kończy się fikcją. Oświecenie zrobiło swoje i nasze rozumienie źródeł ludzkości uwolniło się z oków niegdyś niezwykle silnej iluzji. Nagi mężczyzna i naga kobieta w ogrodzie z tajemniczymi drzewami i gadającym wężem powrócili do sfery imaginacji, która dała im też swój początek. Jednak powrót ten nie czyni ich mniej fascynującymi czy bezwartościowymi. Nasza egzystencja zasadniczo byłaby bez nich uboższa. Wciąż mają ogromne, wręcz kapitalne znaczenie, jeśli chodzi o sposób, w jaki myślimy o niewinności, pokusie, wyborach moralnych, wierności wobec partnera, wysiłku, płci oraz śmierci. Są pamiętani jako żywe wcielenie zarówno ludzkiej odpowiedzialności, jak i słabości. W szczególnie jaskrawy sposób symbolizują możliwość świadomego wyboru wiedzy kosztem nieposłuszeństwa wobec najwyższych władz lub też możliwość bycia skuszonym do popełnienia głupstw, których katastrofalne skutki będziemy odczuwać po wsze czasy. Podtrzymują też marzenie, że któregoś dnia wrócimy do utraconej przez nas wiecznej szczęśliwości. Żyją – w sposób szczególny, intensywny, magiczny – w literaturze.

Tłumaczył Tomasz Sikora

The Rise and Fall of Adam and Eve by Stephen Greenblatt Copyright © 2017 by Stephen Greenblatt. All rights reserved.

Śródtytuły od redakcji

Kup numer