Martha Nussbaum. Fot. D. Mariuz
z Marthą Nussbaum rozmawia Claudia Dreifus październik 2021

Rozbrajanie bastionów męskiej pychy

Na uniwersytecie było wielu mężczyzn stwierdzających po prostu: „Och, to tylko flirt w miejscu pracy”. Dzisiaj nikt już tak nie powie. Udało się osiągnąć ten efekt nie przez zawstydzanie, ale dzięki prawu i procedurom.

Artykuł z numeru

Z czego się śmiejemy

Czytaj także

z Marthą Nussbaum rozmawia Julian Evans

Nie zawsze powinniśmy być stoikami

Dorastała Pani w latach 50., na przedmieściach Filadelfii, gdzie oczekiwania względem młodych kobiet były raczej stereotypowe. Co sprawiło, że Pani życie potoczyło się inaczej? 

Zawdzięczam to swojemu ojcu. Chciał, żebym była sobą. Pracował jako prawnik i pisarz, a życie spędzone na refleksji stanowiło dla niego źródło radości i entuzjazmu – to nas łączy. Wspierał mnie w rozwoju akademickim, nigdy nie sugerując nawet w  najdelikatniejszy sposób, że to coś nieodpowiedniego dla kobiet. Dlatego, nawet gdy przydarzały się trudne chwile, takie jak nieprzyznanie mi stałego etatu na Harvardzie, nie poddałam się.

Potem pojawili się inni ludzie, którzy okazywali mi wsparcie – oczywiście w  większości byli także mężczyźni, ponieważ z nich składało się środowisko akademickie.

Gdy zaczynałam studia magisterskie na Uniwersytecie Harvarda, na filozofii wśród kadry nie było żadnej kobiety. Na filologii klasycznej pracowała tylko jedna.

Gdy wkraczała Pani do świata filozofii, poza szczególnymi przypadkami, takimi jak Simone de Beauvoir czy Hannah Arendt, niewiele kobiet posiadało w nim wyrobioną renomę. Czy te myślicielki stanowiły dla Pani wzór do naśladowania?

Cóż, de Beauvoir nie była akademiczką. Nie uważałam, że jest szczególnie dobrą filozofką. Prawdę mówiąc, stanowiła skrajnie zły wzór dla jakiejkolwiek młodej kobiety, ponieważ wraz z  Jeanem-Paulem Sartre’em była zaangażowana w inicjowanie relacji seksualnych opartych na wzajemnej rywalizacji i gierkach, które niszczyły psychikę wielu młodych ludzi.

Z kolei Hannah Arendt reprezentuje inną tradycję filozoficzną od mojej. Z tego względu nie uznawałam jej za szczególny wzór. Ten stanowiła dla mnie bardziej Iris Murdoch, filozofka na Uniwersytecie Oksfordzkim, która łączyła pracę akademicką z powieściopisarstwem. Pisała cudowne rzeczy o filozofii i zyskała uznanie jako bardzo dobra wykładowczyni. Zachęcała swoich studentów do samodzielnego myślenia, wychodzenia poza wąski program nauczania.

Dotarłam do informacji o Pani trudnych doświadczeniach w czasie studiów na Uniwersytecie Harvarda, m.in. o sytuacji, w której podczas jednego ze spotkań promotor złapał Panią za piersi. Jak poradziła sobie Pani z sytuacją molestowania?

Molestowanie to sposób, w  jaki mężczyźni utwierdzają swoją dominację i władzę. W tym konkretnym przypadku promotor był przepełnionym smutkiem alkoholikiem, który nigdy w pełni nie wykorzystał drzemiącego w sobie potencjału. Zaistniała sytuacja stanowiła więc element jakiegoś rytuału wzbudzania litości czy współczucia, którego częścią miałam się stać.

Mimo że zawsze mówiłam „nie”, nigdy mnie za to nie ukarał. Cierpiały te kobiety, które odpowiadały „tak”, wikłając się w jego wyjątkowo smutne życie. Jak w przypadku wszystkich ludzkich dramatów to bardzo specyficzna i skomplikowana sytuacja. W jej wyniku wytwarzała się atmosfera poniżenia, w  której odmawiano kobietom równego statusu.

Był też i inny pracownik instytutu, który pewnego razu zadzwonił do mnie w nocy i powiedział: „Przeczytałem twój artykuł o Uczcie Platona i widzę, że jesteś bardzo namiętną osobą”. Co można zrobić z tego rodzaju napastowaniem?

Czy rozważała Pani zgłoszenie któregokolwiek z tych zachowań władzom uniwersytetu?

Nie w  trakcie studiów. Później, w 1983 r., gdy byłam pracowniczką uczelni i odmówiono mi stałego zatrudnienia, myślałam o  wniesieniu skargi z powodu dyskryminacji ze względu na płeć.

Swoją rolę odegrało tu wiele niewłaściwych zachowań. Jak się potem okazało, ten sam człowiek, który wydzwaniał do mnie w nocy, wpłynął na odrzucenie moich starań o etat. To była czysta dyskryminacja.

Wiedziałam, że na filologii klasycznej strojono sobie żarty ze mnie, z tego, jak się ubieram, i tym podobnych spraw. Rozmawiałam z  wieloma osobami o  tym, czy powinnam na to jakoś stanowczo zareagować. Mój przyjaciel historyk starożytności Glen Bowersock doradził mi następująco: „W tej chwili jesteś obiektem szyderstw ludzi, którzy nigdy nie czytali twoich prac. Jeśli wniesiesz pozew, zmusisz ich do lektury twojego dorobku, tylko w tym celu, żeby wyrazili o nim złą opinię. To może pogorszyć sprawę”.

Ponieważ otrzymałam ofertę etatu z trzech czy czterech innych placówek, pozostawiłam tę sytuację za sobą.

Gdy opowiadam swoim studentom z Uniwersytetu Columbia o tym, jak w latach 70. wyglądała sytuacja ambitnych kobiet w miejscach pracy, nie dowierzają. Pytają, dlaczego się nie skarżyłyśmy. Bo przecież niczego nie zmienisz, jeśli po cichu odsuwasz się w cień. Mają rację?

Cóż, jedna z kobiet z zatrudnionych na uniwersytecie stanęła w swojej obronie i, jak przewidział mój mądry doradca, padło wiele złych słów na temat jej pracy. Zaatakowano ją.

Inna kobieta w harvardzkim Instytucie Filozofii próbowała donieść na mężczyznę, który dopuścił się napastowania. Zgłosiła to dyrektorowi, który nie znalazł lepszego rozwiązania, jak tylko powiedzieć o tym oskarżonemu pracownikowi. Ten z kolei zaczął się na niej mścić, co wpłynęło na całą jej karierę.

To, co zrobiła, budzi mój szacunek. Podjęłam wszelkie stara żeby w swojej pracy odwoływać się do jej dorobku, chcąc w jakiś sposób zrekompensować krzywdę, którą wyrządzono jej pracy.

Myślę, że dla młodych ludzi to doświadczenie jest mniej wszechobecne, chyba że pracują w sektorach, które nazywam „bastionami pychy”. Istnieją takie obszary zatrudnienia, gdzie asymetria władzy wydaje się permanentnie wkomponowana w  sam system. Przykładem są zawody sceniczne, gdzie proceder nadużywania swojej pozycji cały czas trwa.

Najnowsza książka – Citadels of Pride: Sexual Assault, Accountability, and Reconciliation (Bastiony pychy: molestowanie, odpowiedzialność i pojednanie) – jest oparta na Pani doświadczeniach?

Prawdę mówiąc, zaczynałam pisać inną książkę, dotyczącą praw zwierząt. Zadedykowałam ją pamięci mojej zmarłej w 2019 r. córki, która była prawniczką specjalizującą się w tym zagadnieniu.

Jednakże w trakcie tych prac rozpoczęły się przesłuchania Bretta Kavanaugha [obecnie sędzia Sądu Najwyższego; po ogłoszeniu jego kandydatury został oskarżony o  molestowanie seksualne, którego miał dopuścić się w młodości – przyp. red.] przed komisją senacką. Oglądałam je, myśląc nie tylko o okropności sytuacji, lecz także o tym, że część społeczeństwa tak naprawdę nie rozumie tła całej sprawy. Jego pamięć sięga najdalej do zapoczątkowanego w ostatnich latach ruchu #MeToo.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer