Mikołaj Starzyński styczeń 2020

Przeciw złudzeniom. Antynatalizm i jego argumenty

Czy posiadanie dzieci jest moralnie wskazane, neutralne czy naganne? Są ludzie, którzy udzielają stanowczej i radykalnej odpowiedzi: płodzenie potomstwa jest niedopuszczalne i wszyscy – niezależnie od kontekstu – powinniśmy z niego zrezygnować. Takie poglądy określa się mianem antynatalizmu.

Artykuł z numeru

Jedzenie przyszłości

Jedzenie przyszłości

Tego rodzaju stanowisko filozoficzne budzić może kontrowersje, zwłaszcza wśród osób religijnych, ale nie tylko – powszechnie przecież uważa się egzystencję za raczej znośną, nawet jeśli przeplataną rozmaitymi problemami, bólem czy chorobami. Dla wielu osób stworzenie nowego życia staje się celem, a przynajmniej niezbędnym czy niezwykle ważnym etapem własnego życia. Wynika to nie tylko z biologii, ale i z presji społecznej, zakorzenionej głęboko w kulturze. Negowanie czy choćby podważanie przyjętych powszechnie oczywistości może budzić silne emocje, od oburzenia po agresję. Z tego powodu antynatalistów atakuje się często ad hominem, sugerując nieszczęśliwe dzieciństwo, utajoną homoseksualność, impotencję itp. Mało kto odnosi się natomiast do ich argumentów. A te nie należą wcale do najsłabszych. Wręcz przeciwnie.

Jednym z najbardziej znanych filozofów zajmujących się współcześnie tematyką antynatalizmu jest urodzony w 1966 r. David Benatar, profesor i kierownik Wydziału Filozofii Uniwersytetu Kapsztadzkiego. Swoje poglądy na wartość ludzkiego życia i sprowadzanie kolejnych istot na świat zawarł w kilku książkach, dwie najpopularniejsze to: Better Never To Have Been. The Harm of Coming Into Existence (Lepiej byłoby nie musieć żyć. Ból wywołany powołaniem do istnienia, 2006), The Human Predicament. A Candid Guide to Life’s Biggest Questions (Kłopotliwe położenie człowieka. Szczery przewodnik po najważniejszych pytaniach życia, 2017).

Peter Wessel Zapffe (ur. 18 grudnia 1899 r. w Tromsø, zm. 12 października 1990 r. w Asker), pisarz, prawnik, alpinista i filozof, zainspirowany m.in. Schopenhauerem, to kolejna ważna dla antynatalizmu postać. W 1933 r. napisał istotny dla teorii antynatalistycznej esej pt. Ostatni Mesjasz. Zawarte w nim idee rozwinął później w opublikowanej w 1941 r. rozprawie doktorskiej Om det tragiske (O tragizmie), niestety, do dziś nieprzetłumaczonej nawet na język angielski. Jego wizja człowieka jest bardzo pesymistyczna, ale też moim zdaniem zaskakująco aktualna, mimo że od publikacji Ostatniego Mesjasza minęło już niemal 90 lat. Do tego dzieła jeszcze wrócimy.

Polscy czytelnicy znać mogą też Thomasa Ligottiego (ur. 9 lipca 1953 r. w Detroit), pisarza tzw. weird fiction. Znany jest z licznych opowiadań grozy, jednak dla zagadnienia antynatalizmu bardziej interesująca wydaje się jego niebeletrystyczna książka Spisek przeciwko ludzkiej rasie (tłum. M. Kopacz, Warszawa 2015), w której szkicuje obraz mrocznej rzeczywistości, a ludzi przedstawia jako marionetki rozmaitych instynktów i genów. Amerykanin bardzo wiele uwagi poświęca Zapffemu, uznając go za jednego z guru współczesnego pesymizmu i antynatalizmu.

Warto przypomnieć, że na głównych reprezentantach nie kończą się wyraziciele filozofii antynatalistycznej, wśród których wymienić można jeszcze chociażby: Julia Cabrera, Théophile’a de Girauda, Karima Akermę. Antynatalizm pozostaje więc stanowiskiem, które nie dotyczy wąskiego grona myślicieli.

U źródeł wątpliwości

Antynatalizm nie musi stanowić efektu wielowiekowej ewolucji konkretnej idei. Może opierać się na intuicji, poczuciu, że sprawy tego świata wyglądają o wiele gorzej, niżby mogły, a przynajmniej inaczej, niżbyśmy tego w większości chcieli; świadomości, że powołanie kolejnej istoty do życia nie jest czynem moralnie obojętnym, jeśli nowy człowiek bez wątpienia zazna smutku, samotności, bólu. Mało tego, sam przyczyni się do kolejnych cierpień – czy to swojego potomstwa, czy innych istot. Antynatalizm nigdy nie był (i, ze względu na swój nieintuicyjny charakter, pewnie nigdy nie będzie) dominującym poglądem, można wręcz pewnie założyć, iż w większości przypadków pozostawał w sferze prywatnych czy wręcz intymnych przekonań, niewypowiadanych na głos. W kręgu tzw. cywilizacji zachodniej, opanowanej zasadniczo przez judeochrześcijaństwo, obnoszenie się z tego typu poglądami mogło być ryzykowne. Istnieją jednak tradycje myślowe, które mogły, choćby pośrednio, wpłynąć na kształt dzisiejszego antynatalizmu lub przynajmniej są z nim w wielu punktach styczne.

Paradoksalnie, wątki takie znaleźć można w samym sercu wielkich religii monoteistycznych, czyli w Starym Testamencie. Kohelet we fragmencie o podtytule Ucisk i zazdrość powiększają marność życia stwierdza np.:

„Więc za szczęśliwych uznałem umarłych, którzy dawno już zeszli,

od żyjących, których życie jeszcze trwa;

za szczęśliwego zaś od jednych i drugich uznałem tego,

co jeszcze wcale nie istnieje

ani nie widział spraw niegodziwych,

jakie się dzieją pod słońcem (Koh 4, 2–3)”.

Wizja życia snuta przez Eklezjastę jest zdumiewająco pesymistyczna. Wymienia on kolejne obszary życia, by później pokazać, na czym polega ich marność. W jednym z kolejnych rozdziałów zauważa zaś:

„Gdyby ktoś zrodził nawet stu synów

i żył wiele lat,

i dni jego lat się pomnożyły,

lecz dusza jego nie nasyciła się dobrem

i nawet pogrzebu by nie miał –

powiadam: Szczęśliwszy od niego nieżywy płód,

bo przyszedł jako nicość

i odchodzi w mroku,

a imię jego mrokiem zakryte;

i nawet słońca nie widział,

i nie wie niczego;

on większy ma spokój niż tamten (Koh 6, 3–6)”.

Antynatalizm nie był obcy również starożytnym Grekom. Władysław Tatarkiewicz w książce O szczęściu zauważa, że dostępna nam wiedza o antycznej Grecji wyraźnie wskazuje na pesymistyczne nastawienie do życia u części Helleńczyków. Filozof pisze, że Platon bywał pesymistą, „piętnując wtedy świat realny jako zły i szukając odeń ucieczki w świecie idei”. Sekstus Empiryk twierdzić miał o Trakach, że gdy na świat przychodziło dziecko, siadali wokół niego i płakali nad nim.

Chór w Edypie Sofoklesa powtarza natomiast: „Nie ma drogi dla śmiertelnych, by uniknąć nieszczęścia losu – nie urodzić się, człowieku, to najwyższe, największe słowo. A jeśliś ujrzał światło dzienne, to najlepszą rzeczą wrócić tam, skąd przyszedłeś”.

Wtóruje mu Teognis, twierdząc, że najlepiej w ogóle się nie narodzić „albo po urodzeniu jak najśpieszniej przekroczyć bramę Hadesu”.

Jednym z wątków obecnych w greckiej filozofii i literaturze była tzw. mądrość Sylena, leśnego bożka i wychowawcy Dionizosa. W przytoczonej przez Fryderyka Nietzschego w Narodzinach tragedii opowieści na pytanie króla Midasa o to, co jest dla człowieka najlepsze, Sylen odpowiada: „Nędzny rodzie jednodniowy, dziecię przypadku i znoju, czemuż mnie zmuszasz, bym ci powiedział coś, czego nie słyszeć byłoby dla ciebie największą korzyścią? To, co najlepsze, dla ciebie jest zupełnie nieosiągalne: nie narodzić się, nie być, być niczym. Drugą rzeczą najlepszą jest jednak dla ciebie – wkrótce umrzeć”.

W cyklu cierpienia

W 1788 r. przyszedł na świat być może najsłynniejszy pesymista w historii, Arthur Schopenhauer. W swojej filozofii czerpał garściami z myśli religii Wschodu. W klasycznym hinduizmie, opierającym się na pismach zwanych Upaniszadami, celem wędrówki dusz była moksza, czyli stan jedności z bogiem, przerwanie cyklu reinkarnacji. Sansara, co dosłownie można rozumieć jako nieustanne wędrowanie, wedle Upaniszad, „była, przede wszystkim, bezsensownym i bezkresnym przedłużaniem życia poprzez powtarzające się w kółko narodziny i śmierć”. Reinkarnacja (a więc odrodzenie duszy w kolejnym bycie fizycznym) stanowiła zło, z którego poszukiwano ucieczki. To w wyniku odpowiednich działań i sposobu życia, a więc zebranej karmy, można – wedle tej filozofii – odrodzić się w formie znajdującej się wyżej lub niżej w hierarchii bytów. Egzystencja w kolejnych odsłonach jest jednak nie do pozazdroszczenia. Życie, jak wyczytać można w świętych tekstach, ma charakter radykalnie wadliwy, stanowi wręcz wcielenie zła. Człowiekowi stale towarzyszą: ból, strach, niepewność i śmierć. Przede wszystkim zaś cała rzeczywistość ma naturę przejściową.

Również na buddyzm można patrzeć jak na religię nasyconą pesymizmem. Jedną z kluczowych jego kategorii stanowi dukkha, czyli cierpienie lub udręka. Samo życie jest z nim nierozerwalnie związane, jeśli nie wręcz tożsame. Za podstawową przyczynę cierpienia uznaje się zaś pragnienie czegokolwiek: zdrowia, majątku, szczęścia itp. O pesymizmie obecnym w tej filozofii w dowcipny sposób pisze Thomas Ligotti: „Buddyści zapewniają, że nie są pesymistami, lecz realistami. Pesymiści twierdzą to samo. Buddyści zapewniają, że nie są pesymistami również z tego względu, iż nauki założyciela ich religii pokazały wszystkim czującym istotom, jak uwolnić się od cierpienia. Pesymiści także mają swoje plany w tej kwestii. Spytaj Zapffego. Spytaj Mainländera. Albo spytaj Schopenhauera, jak dążyć do odrzucenia woli, która jest przyczyną dukkha, a której aspekty zidentyfikowali świątobliwy doktor Thanat Inthisan oraz wielu innych buddyjskich mędrców w »niezadowoleniu, niedoskonałości, bólu, nietrwałości, dysharmonii, dyskomforcie, irytacji, wojnie, niekompletności, niedostatku«, jak również w fizycznych i psychicznych cierpieniach »narodzin, rozkładu, choroby i śmierci«”.

Buddyzm przyswoił sobie pojęcie karmy oraz związanego z nią cyklu reinkarnacji. Celem, do którego powinno się dążyć w jej ramach, jest nirwana, czyli oświecenie.

Schopenhauer włączał te rozmaite wątki myśli Wschodu do swojej filozofii. Egzystencja jest według niego pełna cierpienia wynikającego z ciągłych pragnień, których zaspokojenie skutkuje równie uciążliwą nudą. Człowiek jako jednostka stanowi zaś jedynie chwilowe narzędzie woli istnienia gatunku. Życie i śmierć są nieustannym i uzupełniającym się cyklem. To jednak tylko pozornie harmoniczna struktura. Gdy przyjrzeć się im z bliska, ukazuje się horror egzystencji. Filozof zachęca: „Popatrzmy przecież choć raz jeden na ten świat istot wiecznie w potrzebie, które istnieją jakiś czas tylko dzięki temu, że nawzajem się pożerają, które życie pędzą w lęku i nędzy, a nieraz cierpią straszliwe męki, póki nie wpadną wreszcie w objęcia śmierci”. Szczęście okazuje się ułudą, bowiem każde zaspokojenie danej potrzeby generuje kolejną. Wola życia jest nienasycona, nie ma też konkretnego, ostatecznego celu.

W radykalnym pesymizmie Schopenhauera przewijają się też wątki stricte antynatalistyczne. Po pierwsze, jak już wspomniałem, wskazuje on, że szczęście nie jest de facto możliwe, a przynajmniej nie na długo. Pisze na ten temat: „Szczęśliwi w porównaniu z innymi są szczęśliwi tylko pozornie albo są rzadkim wyjątkiem, tak jak długowieczni, taka zaś możliwość pozostać musiała – jako przynęta. Życie okazuje się nieustannym oszustwem tak na małą, jak na wielką skalę”. Niemiecki filozof, zwłaszcza w IV księdze t. II Świata jako woli i przedstawienia, objawia w pełni siłę i skalę swojego pesymizmu. Przytacza antynatalistyczny w wydźwięku fragment z Fausta:

„I słusznie, wszystko bowiem, co powstaje,

Do wytępienia tylko się nadaje,

Więc lepiej niech się nic już nie tworzy…”

Następnie zaś zwraca uwagę na zagadnienie, które w książce Better Never To Have Been rozwinie David Benatar. Mianowicie na to, że odczuwamy ból, a nie bezbolesność, troskę, a nie jej brak, strach, a nie poczucie bezpieczeństwa. Podobnie czas mija szybciej, gdy jest nam przyjemnie, a wolniej, gdy nie. To ból, a nie przyjemność – twierdzi Schopenhauer – jest czymś pozytywnym, czymś, co odczuwamy. „Podobnie uświadamiamy sobie czas, gdy się nudzimy, lecz nie podczas rozrywki. Jedno i drugie dowodzi, że życie nasze jest najprzyjemniejsze wtedy, gdy je najmniej odczuwamy; wynika stąd, że byłoby lepiej, gdyby nie było go wcale” – pisze Niemiec.

Przekleństwo świadomości, przekleństwo poznania

Peter Wessel Zapffe w jednym z najważniejszych antynatalistycznych tekstów XX w. – Ostatnim Mesjaszu – zaprezentował kilka szeroko zakrojonych teorii: społeczną, antropologiczną i psychologiczną. Tekst rozpoczyna się od zdania: „Pewnej nocy, w dawno już minionych czasach, człowiek zbudził się i ujrzał siebie samego [podkreśl. oryg. – przyp. MS]”. Chodzi tu o narodziny samoświadomości, które Zapffe uważa za przekleństwo naszego gatunku. Ludzki mózg wyewoluował w taki sposób, żeby zapewnić sobie względny spokój psychiczny. Tworzy więc rozmaite uproszczenia i ułudy, takie jak poczucie własnego „ja”, poczucie absolutnej wolności woli, ale co najważniejsze w tym kontekście – poczucie, że wszystko będzie dobrze. A to, jak sądzę, jedynie ułuda. Antynataliści twierdzą, że wrzask noworodka tuż po narodzinach jest adekwatną reakcją na to, co czeka go w przyszłości. Choroby, śmierć bliskich, cierpienie, ból, rozpacz, a na końcu własna, nieunikniona śmierć, której świadomość ciąży nad każdą myślącą istotą. Zapffe pisze w Ostatnim Mesjaszu, że radzimy sobie z tym lękiem na cztery sposoby: poprzez izolację (umierających odsyłamy za szpitalny parawan), zakotwiczenie (poświęcamy uwagę, czas i energię czemukolwiek, byle tylko oddalać od siebie „chaos świadomości”: Bogu, ojczyźnie, rodzinie, klubowi piłkarskiemu etc.), rozproszenie (zajmujemy swoją uwagę bodźcami zewnętrznymi – czego świadomość ma każdy właściciel smartfona) oraz sublimację polegającą nie na wypieraniu, lecz na zastępowaniu, przekształcaniu. Jak pisze w przywołanym tekście Norweg: „W niektórych wypadkach, wykorzystując zdolności stylistyczne czy też artystyczne, ból egzystencjalny daje się przetworzyć w doświadczenie warte przeżycia”.

Co decyduje o tym, czy sprowadzimy dziecko na świat? Między innymi nasza ocena jakości życia, które mu prognozujemy. David Benatar zwraca uwagę na liczne, czekające w takich sytuacjach pułapki, które zastawia na nas nasz umysł. Jako pierwszą etyk przywołuje tzw. efekt Pollyanny (od tytułowej bohaterki powieści Pollyanna dorasta Eleanor H. Porter). Jest to naturalna skłonność umysłu ku temu, by lepiej zapamiętywać przyjemne zdarzenia oraz odwoływać się do nich w przyszłości. Wspomnienia, do których wracamy, nieświadomie często również koloryzujemy. Jakby tego było mało, w podobny sposób myślimy o oczekiwanej przyszłości. Większość badanych uważa, że jest szczęśliwsza od przeciętnej osoby.

Spośród licznych rozpoznanych przez psychologów błędów poznawczych, których nieświadomie dokonujemy, by uprościć sobie życie, w kontekście posiadania dzieci można wymienić: potwierdzanie (tendencja do preferowania informacji, które zgadzają się z wcześniejszymi oczekiwaniami i hipotezami, niezależnie od tego, czy te informacje są prawdziwe), zasada podczepienia (wiara w pewne rzeczy jedynie dlatego, że wiele innych osób tak robi), efekt wspierania decyzji (pamiętanie własnych decyzji jako lepszych, niż one rzeczywiście były) czy konformizm. Nie jest więc tak, że adekwatnie postrzegamy i oceniamy otaczającą nas rzeczywistość.

Spór o korzyść

Benatar już we wstępie do Better Never To Have Been pisze: „Rozmnażanie się jest tak oczywistą częścią ludzkiego życia, że rzadko bywa kwestionowane i nie wymaga uzasadnienia. W rzeczy samej, większość osób nie zastanawia się nad tym, czy powinna mieć dzieci czy nie. Po prostu je mają. Innymi słowy, prokreacja jest zazwyczaj wynikiem seksu, a nie świadomej decyzji o powołaniu dziecka do życia. Ci, którzy podejmują taką decyzję, mogą kierować się różnymi pobudkami, ale nie interesem samego dziecka. Nie można mieć dziecka ze względu na jego dobro. (…) Przyjście na świat nie tylko nie jest w interesie dziecka, lecz jest wręcz – zawsze – uczynieniem mu krzywdy”. Poczęcie dziecka nie jest zatem możliwe ze względu na jego dobro, a to dlatego, że istnienie wiąże się z cierpieniem, a nieistnienie – nie. Łatwo tu o błędne zrozumienie – teza ta nie jest równoznaczna z tym, że w takim razie wszyscy powinniśmy się natychmiast zabić. Nic z tych rzeczy. Benatar twierdzi, że żyjący mają interes w tym, by kontynuować życie (oprócz dramatycznych przypadków, w których lepsze rozwiązanie stanowi jego zdaniem np. eutanazja), nie zmienia to jednak faktu, że nie należy powoływać do życia kolejnych świadomych istot. Jego główna teza dotyczy asymetrii pomiędzy przyjemnością a cierpieniem. Dla uproszczenia tworzy tabelkę: W scenariuszu A, dotyczącym istniejącej osoby, (1) obecność bólu jest zła, a (2) obecność przyjemności jest dobra. W scenariuszu B, dotyczącym potencjalnej, nieistniejącej osoby, (3) nieobecność bólu jest dobra (nawet jeśli nie istnieje osoba, która jest go pozbawiona), natomiast – i to jedna z kluczowych kwestii – (4) nieobecność przyjemności nie jest zła, ponieważ nie ma osoby, która byłaby jej pozbawiona. Z tego rodzaju aksjologicznego równania wynika, że zaistnienie po prostu się nie opłaca.

Argumentacja Benatara nie wszystkich jednak przekonuje. W eseju Wartość (nie)istnienia filozofka Joanna Różyńska argumentuje: „Zdecydowana większość filozofów zajmujących się problematyką gen-etyczną [podkreśl. autorki – przyp. MS] stoi na stanowisku, że nie można porównać wartości istnienia z wartością nieistnienia w sposób, którego wymaga kontrfaktyczna koncepcja krzywdy (korzyści)”. Benatar jest doskonale zaznajomiony z powyższym problemem. W drugim rozdziale swojej książki dla klarowności argumentacji rozpisuje go w punktach:

1. „Żeby coś kogoś skrzywdziło, musi sprawić, by ta osoba miała się gorzej.

2. »Gorzej niż« jest relacją między dwoma stanami.

3. Zatem żeby ktoś miał się »gorzej niż« w danym stanie (jak np. istnienia), alternatywą musi być stan, w którym ma się on mniej źle (lub lepiej).

4. Jednakże nieistnienie nie jest stanem, w którym ktokolwiek może być, zatem nie może być porównane z istnieniem.

5. Zatem powołanie do życia nie może być gorsze niż niezaistnienie.

6. W związku z tym powołanie do życia nie może być krzywdą”.

Następnie proponuje kilka sposobów na podważenie tego rozumowania. Zaczyna od zwrócenia uwagi na pierwszą z przesłanek. Żeby coś kogoś skrzywdziło, wcale nie musi (a więc – zawsze, w każdym przypadku) pogorszyć sytuacji. Wystarczy, by było złe dla tej osoby – pod warunkiem że alternatywny stan nie byłby zły. „Jeśli życie powołanej do egzystencji osoby jest złe, a musi takie być, jeśli życie nie jest warte kontynuowania, wtedy przyjście tej osoby na świat jest krzywdą (biorąc pod uwagę, że alternatywa nie byłaby zła)” – pisze etyk.

Nietrudno w tym kontekście zauważyć, że antynatalizm nie jest kompatybilny z większością religii, określających (mimo wspomnianych już wyjątków) zazwyczaj życie jako święte, jako dar od danego boga, od którego jest ono w pełni zależne. Dla myślicieli takich jak Benatar życie nie jest darem, lecz krzywdą dla sprowadzonej na świat istoty.

***

Współcześnie antynatalizm jest stanowiskiem, do którego dojść można także za sprawą argumentów ekologicznych. Najnowsze raporty ONZ i innych specjalizujących się w badaniu zmian klimatycznych instytucji jednoznacznie wskazują, że surowce się wyczerpują, gatunki wymierają na niespotykaną dotąd skalę, a samo istnienie ludzkości również stoi pod dużym znakiem zapytania. Najprawdopodobniej w ciągu najbliższych 100 lat czekają nas gigantyczne migracje z powodu zmian klimatycznych, trudności z dostępem do pitnej wody i zanieczyszczenia powietrza. Czy na taki świat warto sprowadzać dzieci? Niekoniecznie – odpowiadają antynataliści – zwłaszcza że każda kolejna istota ludzka produkuje gigantyczne ilości dwutlenku węgla, nie wspominając, ile wody i jedzenia pochłania oraz ile przedmiotów zużywa i wyrzuca w ciągu swojego życia.

Ważnym wątkiem myśli antynatalistycznej jest też krzywda, jaką ludzie czynią innym gatunkom, szczególnie zwierzętom hodowanym na rzeź. Przemysłowy chów zwierząt przyczynia się nota bene do niekorzystnych zmian klimatycznych. Antynatalizm w tym kontekście przyjmuje stanowisko nieantropocentryczne – zauważa bowiem, że człowiek to jedynie jeden z gatunków o takich samych prawach do życia jak świnia czy krowa.

Być może więc zasadne jest zadanie pytania, czy nie nadszedł już czas na jakieś formy ograniczania liczby ludności na świecie, dla dobra naszego i innych gatunków. Kwestie wymagające od człowieka samoograniczenia się są niezwykle trudne i delikatne, ale prędzej czy później pojawią się one na agendach rządowych. Nie będzie to wówczas antynatalizm wyjęty wprost z książek Benatara (ten bowiem postuluje dobrowolne, stopniowe, acz całkowite wymarcie ludzkości), ale znacznie łagodniejsza jego odmiana. Tym niemniej w obliczu przeludnienia Ziemi potrzebna i racjonalna.

Antynatalizm jest stanowiskiem kontrowersyjnym. Ze względu na czynniki religijne, mechanizmy biologiczno-psychologiczne czy uwarunkowania kulturowe godzi w przekonania większości ludzi. Jednocześnie trudno odmówić mu siły argumentów. Paradoksalnie, jest to postawa wymagająca przenikliwego i samodzielnego umysłu oraz sporej wrażliwości. Również niestandardowej, wymagającej wyobraźni empatii – dotyczącej przecież potencjalnych bytów, które pragnie się uchronić przed cierpieniem. Chodzi więc o aktywne niedziałanie. Rezultaty tej postawy pozostają niewidoczne i nie są w żaden sposób gratyfikowane. Osobiście dostrzegam w tym tragiczne piękno antynatalizmu.

Kup numer