Jestem na spektaklu Florentiny Holzinger A Year without Summer. Ze sceny bryzgają sztuczne fekalia, tryskają z rurek wystających z pieluch grających seniorki aktorek, po prostu zalewają scenografię, „pielęgniarki” i „pacjentki” są całe w strumieniach brązu. To istna orgia płynów ustrojowych, bo do tego dochodzą wymiociny tych pierwszych. Widok jak z obrazów Hieronima Boscha, 20‑minutowy nur w piekło przyszłości. Austriacka performerka i jej szalona trupa przedstawiają wizję życia sztucznie przedłużanego przez medycynę.
Kto miał do czynienia z biegunką dziadka, ten się „w cyrku” nie śmieje. Choć muszę przyznać, że śmiałam się nerwowo, panicznie, do rytmu kolejnej fali bryzgów, a mam spore doświadczenie w przewijaniu dorosłych ludzi i brałam udział w niejednej awarii. Gwałtowne starzenie się społeczeństwa w krajach rozwiniętych jest powszechnie znanym faktem, wiedzą o tym rządy, media, działy marketingów. Czy ktokolwiek pomyślał, jak przygotować na to rodziny? W naszej przeżyliśmy już: demencję i długie domowe umieranie jednej babci, nieznanego pochodzenia bóle i nagłe szpitalne umieranie drugiej babci oraz długie życie z niesprawnymi nogami i stopniowe, domowe gaśnięcie dziadka. Rozróżniam te stany, bo każdy z nich był inną historią opieki, towarzyszyło mu innego rodzaju zmęczenie wśród najbliższych, a najbardziej u mojej mamy.
Była główną opiekunką całej trójki łącznie przez ok. 10 lat, kiedy to nasi dziadkowie, jedno po drugim, mieszkali pod jej dachem. Mogę nazwać siebie zastępczynią nr 1 – stałam się nią zapewne z powodu elastycznych godzin pracy i braku dzieci.
Czy mama jest ostoją cierpliwości? Nie bardzo. Potrafi zabawiać rozmową? Do czasu. Ma wykształcenie pielęgniarskie? Bynajmniej.
A może jest chociaż kulturystką i przewala tony żelastwa na siłowni, więc dźwiganie 70-kilowego mężczyzny to dla niej pestka? Żadna z nas nie ma kompetencji i cech, które predestynowałyby do pracy opiekuńczej. A jednak na nas to spadło.
Opieka nad osobami starszymi bezustannie kojarzy się z opieką nad dziećmi – analogie nasuwają się same już przez wspomnianą pieluchę, ale przecież i doświadczenia, z którymi muszą mierzyć się młodzi rodzice i dorosłe wnuki są zbieżne: nieprzespane noce, uszczerbek na karierze zawodowej, poczucie utraty własnego życia, radzenie sobie z humorami, niejedzeniem itd. Rodzice małego dziecka w najcięższych momentach mogą jednak uchwycić się myśli, że oto wzrasta nowa osoba i choć płaczemy z frustracji, to za moment łzy przegoni radość z pierwszego kroku, pierwszego słowa. Z seniorem za to może być jedynie gorzej. Postępy nie wywołują radości, tylko przygnębienie,…