Bardzo się starałem, by się do Pani nie spóźnić.
A dlaczego? Ja mam akurat sporo czasu, z domu obecnie bardzo rzadko wychodzę, więc nigdzie się nie spieszę.
Umówiliśmy się na rozmowę o Hannie Malewskiej. Wspominając ją w 1993 r., napisała Pani: „Każda wpadka (błąd w korekcie, poślizg w tłumaczeniu) w jej obecności zawstydzały. Były czymś w rodzaju małej zdrady”. Uznałem, że w takim kontekście spóźnienie byłoby niedobrym początkiem.
Nie, dla mnie to nie kłopot, bo jestem innym typem człowieka. Chyba że przyjmiemy, iż Pani Hania jest tu z nami i przysłuchuje się naszej rozmowie.
Podobno Malewska przede wszystkim lubiła słuchać, więc możemy poczynić takie założenie.
Była bardzo ciekawa, co ludzie mają do powiedzenia. W swoim pokoju w krakowskim mieszkaniu przy pl. Axentowicza usadzała gości w fotelu, częstowała herbatą lub winem i z wielką atencją słuchała.
Przywołałem owo zawstydzenie odczuwane w towarzystwie Malewskiej, bo mowa o nim w różnych głosach na jej temat. Pisał o tym w pięknym wspomnieniu choćby Marek Skwarnicki, wyznając, że onieśmielenie ogarniało go niemal przy każdym spotkaniu z nią.
To prawda, ale bywało też od wrotnie. Pamiętam momenty, kiedy ona chciała kogoś poznać i bardzo jakiegoś człowieka wyczekiwała. A potem byłam świadkiem, jak siedzą naprzeciw siebie i nie bardzo są w stanie nawiązać rozmowę, bo owszem ona onieśmielała, ale sama też bywała onieśmielona – np. poetą, którego wiersze…