70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Natalia Bloch

Momo z Nutellą i spotkanie z ofiarą tortur. O solidarnej turystyce

Co przyciąga turystów do obozu uchodźców? I co uchodźcom daje bycie turystyczną atrakcją? Przykład Tybetańczyków pokazuje, że takie spotkanie nie musi kończyć się na banalnej rekreacji ani służyć neokolonialnemu wyzyskowi lokalnych społeczności. Może za to okazać się przestrzenią „odzyskiwania głosu”, sprawczości i podmiotowości.

Poniedziałek: pokaz filmu dokumentalnego Morderstwo w śniegumomo nadziewane Nutellą. Wtorek: spotkanie z byłym więźniem politycznym i miska zupy thukpa. Środa: pogadanka uświadamiająca albo jam session w klubokawiarni Black Tent. Czwartek: wieczór z filmem (Siedem lat w Tybecie) i pizzą tybetańską. Piątek: open mic, czyli »śpiewać każdy może« w klubie Seeds”. To oferta atrakcji dla turystów odwiedzających Dharamsalę – zamieszkaną przez uchodźców tybetańskich osadę w północnych Indiach, umiejętnie przekształconą w popularny cel turystycznych podróży. W sklepikach i na straganach zaangażowane pamiątki: kubki, koszulki, parasolki i pokrowce na smartfony z logo Free Tibet. Dla bardziej zaawansowanych tzw. polityczne wycieczki w codzienność: „Jeśli chcesz zgłębić aktualną sytuację polityczną Tybetu i doświadczyć tybetańskiego dziedzictwa społeczno-kulturowego, program Little Lhasa [Mała Lhasa] będzie dla ciebie doskonałą okazją ku temu. Podczas tygodnia spędzonego w pięknym McLeod Ganj zyskasz wiedzę o różnych organizacjach działających w ramach tybetańskiego ruchu wolnościowego, poznasz aktywistów, członków rządu uchodźczego, mnichów i mniszki. Będziesz mieć również czas na odkrywanie zachwycającej himalajskiej natury, na odwiedzenie buddyjskich klasztorów i skosztowanie tradycyjnej kuchni tybetańskiej”.

 

Obóz uchodźców, hippisi i Dalajlama Superstar
Dharamsala – a właściwie jej górna część, czyli McLeod Ganj – stała się domem dla uchodźców tybetańskich w roku 1960, gdy rząd indyjski ulokował tu zbiegłego z zajętego przez Chińską Republikę Ludową Tybetu XIV Dalajlamę i towarzyszących mu Tybetańczyków. Wcześniej, w poł. XIX w., brytyjscy kolonizatorzy założyli tu letnią miejscowość wypoczynkową dla swoich żołnierzy i ich rodzin, ściągając jako specjalistów od zaopatrzenia zoroastrańską rodzinę Parsów, których sklep do dziś istnieje w centrum osady. Propozycja osiedlenia uchodźców w opuszczonej w następstwie dekolonizacji miejscowości wyszła właśnie od tej rodziny. W ten sposób Dharamsala stała się stolicą prawie stutysięcznej diaspory tybetańskiej w Indiach, siedzibą rządu uchodźczego i wszystkich najważniejszych instytucji.

W latach 70. do McLeod Ganj zaczęli docierać hippisi. Niektórzy z nich, dziś często 70-latkowie, wciąż żyją w miasteczku. Jednymi z nich są Gavin z Wielkiej Brytanii, obecnie tłumacz literatury tybetańskiej (wówczas gitarzysta w zespole Vajra Band), i jego żona Jacquie, psychoterapeutka łącząca konwencjonalną psychologię z buddyzmem, która kiedyś, żeby przeżyć, piekła ciasta dla pierwszych w osadzie kawiarni i restauracji (dwóch z ich trzech synów przyszło na świat w chatce w lesie – ojciec odebrał oba porody). Gavin wspomina: „Sami byliśmy wtedy uchodźcami ze świata zachodniego establishmentu, chcieliśmy od tego uciec. A Indie były lądem wolności”. W każdą niedzielę na placu w McLeod Ganj, gdzie dziś znajduje się postój i Europie Zachodniej. Byli wśród nich zarówno turyści egzystencjalni, którzy w buddyzmie znaleźli swoje nowe duchowe centrum, jak i ci eksperymentujący – zgodnie z rozróżnieniem poczynionym przez Erica Cohena – wciąż poszukujący siebie w odległych kulturowo miejscach. Momentem przełomowym w przemianie miasta uchodźców w popularny punkt turystyczny było przyznanie XIV Dalajlamie Pokojowej Nagrody Nobla w roku 1989. Dzięki temu wydarzeniu przywódca Tybetańczyków stał się globalnie rozpoznawalnym „duchowym celebrytą”, jak to określił autor jego biografii Pico Iyer, i główną atrakcją turystyczną Dharamsali (w podobnym duchu antropolodzy pisali o Nelsonie Mandeli jako atrakcji turystycznej RPA).

Otwarcie Indii na międzynarodową turystykę w latach 90. i olbrzymia popularność backpackingu dopełniły dzieła – Dharamsala stała się obowiązkowym punktem na turystycznej mapie północnych Indii. Miejscowość funkcjonuje głównie w obszarze sektora nieformalnego, obsługując przede wszystkim turystów indywidualnych o ograniczonym budżecie. Uchodźcy tybetańscy (i kolejne pokolenia urodzone już w diasporze) prowadzą rodzinne pensjonaty, restauracje, sklepy z pamiątkami i uliczne stragany. Ich sukces przyciągnął sezonowych migrantów – drobnych sklepikarzy, rzemieślników i usługodawców – z innych stanów Indii i z Nepalu.

Poza tym, że Dharamsala oferuje turystom piękne widoki i łagodny klimat (położona na przedgórzu Himalajów, otoczona lasami sosnowymi i rododendronowymi) oraz kulturę tybetańską w dużej mierze utożsamianą z buddyzmem i symbolizowaną przez Dalajlamę, to w pakiecie turysta otrzymuje jeszcze jeden „produkt”: przekaz polityczny.

Tybetańczycy bardzo umiejętnie przekuli bowiem swój kapitał kulturowy w polityczny, angażując turystów do roli sojuszników w toczonej przez siebie walce o międzynarodowe uznanie i prawo do samostanowienia. Odbywa się to na kilku poziomach: produkcji zaangażowanych pamiątek turystycznych, tworzenia atrakcji edukacyjnych dla turystów oraz organizowania politycznych wycieczek w codzienność.

Zaangażowane pamiątki turystyczne
Turyście odwiedzającemu Dharamsalę – poza klasycznymi suwenirami – oferuje się pamiątki w rozmaity sposób nawiązujące do hasła „Free Tibet”. W rezultacie turyści paradują po wąskich uliczkach McLeod Ganj wystrojeni w koszulki nawołujące: „Stand for Tibet” (Opowiedz się za Tybetem) czy ogłaszające: „Proud to be a Tibetan” (Dumny z bycia Tybetańczykiem). W chłodne wieczory można narzucić bluzę dresową z naszywką z flagą tybetańską i napisem: „Tibet is not part of China” (Tybet nie jest częścią Chin), a w czasie monsunowego deszczu schronić się pod parasolem z flagą tybetańską i hasłem „Tibet will be free” (Tybet będzie wolny). Zakupy wrzuca się do płóciennej torby z wizerunkiem rzędu jaków i podpisem: „Let’s come back to Tibet” (Wróćmy do Tybetu). Tybetańska symbolika narodowa jest umieszczana na czapkach (z daszkiem w wersji letniej i wełnianych na zimę), szalach (jak w Europie barwy klubów sportowych), kurtkach, kubkach, zawieszkach na klucze, smyczach i pokrowcach na smartfony i tablety. Kreatywność w tym względzie nie zna granic.

Każdy kolejny pobyt w Dharamsali rozpoczynam od rundy po sklepikach i straganach, sprawdzając, jakie nowe motywy i reinterpretacje wykorzystano. Kiedyś hasło „Free Tibet” wkomponowano w globalne znaki firmowe, w rezultacie czego The North Face i Coca-Cola nawoływały, żeby Tybet był wolny.

Innym razem na T-shirtach i torbach pojawił się kod kreskowy z napisem „Made in Tibet”, wpisując walkę diaspory w globalny ruch przeciwko produktom wytwarzanym w Chinach z naruszaniem praw pracowniczych. W czasie igrzysk olimpijskich w Pekinie w 2008 r. popularne było hasło: „Team Tibet” (Drużyna Tybetu) z numerem 08, nawiązujące do braku tybetańskiej reprezentacji na olimpiadzie.

Turyści, nabywając takie pamiątki, nosząc je czy obdarowując nimi znajomych, czynią polityczne cele diaspory widocznymi (i słyszalnymi), tym bardziej że przedmioty te mają charakter użytkowy. Jak tłumaczył turystom Kunsang podczas co środowej pogadanki odbywającej się w kawiarni organizacji Tybetańskie Centrum Nadziei (Tibet Hope Centre): „Jeśli nalepisz taką naklejkę na swój laptop, samochód lub umieścisz ją w autobusie, wówczas ludzie, którzy to zobaczą, może pewnego dnia usiądą przed komputerem i wpiszą w wyszukiwarkę hasło »Wolny Tybet«”. Poza pozyskiwaniem nowych sympatyków zwracał uwagę na rolę zaangażowanych pamiątek w budowaniu ponadnarodowej solidarności z osobami wspierającymi sprawę tybetańską: „Wielu ludzi jest zmęczonych pomaganiem Tybetańczykom. Gdy jednak zobaczą nowe osoby noszące koszulkę z napisem »Wolny Tybet«, poczują się zachęceni, dacie im nową energię do działania; to jest jak uścisk dłoni z tymi, którzy wspierają Tybetańczyków”.

Nawet jeśli turyści nie kupują takich pamiątek, to i tak są odbiorcami ich przekazów, gdyż przestrzeń Dharamsali jest przesycona politycznymi deklaracjami. Hasła do wi-fi, bez którego współcześni turyści – uzbrojeni w smartfony, tablety i netbooki – nie mogą się obyć, nawołują: gototibet (jedźdotybetu), savetibet (ocaltybet) czy tibetwillbefree (tybetbedziewolny). Narodowe symbole są używane w wystroju sklepów, restauracji i hotelowych recepcji. Zdobią rolety sklepów i przyjmują postać murali – jak duże malowidło przy jednej z głównych uliczek McLeod Ganj upamiętniające ofiary samospaleń dokonywanych przez Tybetańczyków w proteście przeciwko chińskim rządom. Młodzi uchodźcy umieszczają naszywki i wlepki z motywem flagi tybetańskiej i hasłem „Wolny Tybet” na ubraniach, smartfonach, motocyklach, a ostatnio wypisują je nawet na ciele w postaci tatuaży. Jednocześnie fakt, że zaangażowane pamiątki są również użytkowane przez Tybetańczyków, zwiększa ich atrakcyjność dla turystów. Zaspokaja bowiem ich potrzebę autentyczności, czyli poszukiwania przedmiotów kupowanych i używanych przez miejscowych.

Autoprzedstawienia tworzone dla turystów wpisują się idealnie w uchodźczą politykę tożsamości i wytwarzanie tybetańskości w diasporze – Tybetańczycy faktycznie są „dumni z bycia Tybetańczykami”. W klasycznych koncepcjach turystyka czyniła z „gospodarza” bierny przedmiot spojrzenia uprzywilejowanego „przybysza”. W tym ujęciu ma potencjał, by stać się platformą dla „odzyskiwania głosu przez społeczności podporządkowane”, nawiązując do fundamentalnego dla studiów postkolonialnych pytania postawionego przez Gayatri Spivak w tekście Can the Subaltern Speak? (Czy podporządkowani inni mogą przemówić?).

 

Mówienie własnym głosem
Wśród atrakcji edukacyjnych kierowanych do turystów w Dharamasali, mających na celu szerzenie wiedzy o sytuacji okupowanego Tybetu i diaspory tybetańskiej, znajdują się m.in. spotkania z byłymi więźniami politycznymi, podczas których opowiadają oni o swoich doświadczeniach (wraz z demonstrowaniem sposobów użycia pałek elektrycznych podczas przesłuchań). W stałym repertuarze znajdują się też pokazy filmów. Są to zarówno popularne produkcje fabularne (Siedem lat w Tybecie, Kundun czy Puchar Himalajów), jak i dokumenty (o łamaniu praw człowieka w Tybecie, więzieniach, torturach, ale też buddyzmie i Dalajlamie). W trakcie projekcji Morderstwa w śniegu – dokumentu o tym, jak chiński patrol graniczny strzelał do uciekających przez ośnieżoną przełęcz uchodźców, zabijając 17-letnią mniszkę, co przypadkowo sfilmowali zachodni himalaiści – można zjeść chocolate momo, czyli tybetańskie pierogi nadziewane Nutellą; fabułom z kolei towarzyszy serwowana pizza. Udział w takich pokazach jest bezpłatny, każdy jest częstowany darmową herbatą, a podawane w trakcie posiłki (dla chętnych płatne dodatkowo) zasilają budżet organizacji pozarządowej, w której siedzibie projekcje się odbywają. To jednocześnie przestrzeń dla kreatywnych reinterpretacji tzw. tradycyjnej kuchni tybetańskiej (Nutella jest zresztą produkowana w Indiach, w których włoski producent kremu, Ferrero, zatrudnia trzecią pod względem wielkości liczbę pracowników po Włoszech i Niemczech).

Projekcje często prowadzą zagraniczni wolontariusze. Jeden z nich, Australijczyk James, inicjuje dyskusję po filmie Morderstwo w śniegu, mówiąc: „Nic nie wiedziałem o tych szokujących rzeczach, jakie dzieją się w Tybecie, dopóki koleżanka, która wróciła stąd z wakacji, nie przywiozła ze sobą filmu”. Po pokazach można bowiem nabyć kopie filmów, żeby potem pokazywać je znajomym. James, nawiązując do spotkań z uchodźcami i ich historii, zwraca turystom uwagę na zobowiązania wynikające z zasady wzajemności: „To, co dostajemy od tych ludzi tutaj, powinniśmy spłacić, gdy już wrócimy do domu”. Tym samym odwołuje się do ich poczucia moralności, sięgając do popularnych haseł pojawiających się na zaangażowanych pamiątkach: „Tibet needs you” (Tybet cię potrzebuje) i „Time is running out for Tibet” (Czas dla Tybetu się kończy).

Regina Scheyvens, która ukuła pojęcie turystyki na rzecz sprawiedliwości (justice tourism), wymienia jako jedną z jej form „opowiadanie przez »gospodarzy« historii o doznanym ucisku”. W tym ujęciu turystyka staje się przestrzenią, w której społeczności politycznie zmarginalizowane – takie jak uchodźcy – mają możliwość mówienia w swoim imieniu, a to, co mówią, znajduje pozytywny odbiór u postrzeganych jako przedstawiciele potężnego „Zachodu” podróżnych. Z kolei dla turystów zaangażowanie we wzmocnienie tych społeczności i tym samym próby przeciwdziałania globalnym niesprawiedliwościom wpisują się w projekt postępującego według Jima Butchera od ponad dwóch dekad „umoralniania turystyki”. Projekt ten jest próbą nadania praktykom turystycznym głębszego znaczenia, sprawienia, by były użyteczne w szerszym sensie niż tylko jako źródło materialnych korzyści dla indywidualnych usługodawców.

Inną formą „opowiadania historii o doznanym ucisku” są wykłady organizowane przez Tybetańskie Centrum Nadziei i nazywane wprost „pogadankami uświadamiającymi” (the awareness talks) o historii Tybetu jako niepodległego państwa i o chińskiej okupacji. Prowadzący je Kunsang, absolwent nauk politycznych z indyjskiej Doliny Krzemowej, Bangalore, jest świetnie przygotowany – wielu wykładowców akademickich mogłoby dużo się od niego nauczyć. Wtrąca dowcipy, gdy jest potrzeba, żeby rozładować atmosferę po bardziej drastycznych momentach, przytacza osobiste wątki (sam jako sześciolatek pokonał Himalaje, uciekając z Tybetu), odnosi realia tybetańsko-indyjskie do tych znanych turystom. Wzbudza w ten sposób empatię i poczucie solidarności z Tybetańczykami. Opisując trudy i niebezpieczeństwa ucieczki z Tybetu, tłumaczy: „Gdy podróżujecie samolotem i musicie się przesiąść, jesteście trochę zestresowani. Podobnie zdenerwowani i zirytowani bywacie, gdy wymaga się od was wyrobienia wizy. My nie możemy dostać wizy. Musimy podróżować nielegalnie, pieszo, przez góry. Himalaiści zdobywają wysokie szczyty przy pomocy profesjonalnego sprzętu i odzieży; my mamy lekkie kurtki i tanie podróbki adidasów”. Gdy mówi o instalowaniu przez Chiny wyrzutni rakietowych na Wyżynie Tybetańskiej, żartuje: „Jeśli odzyskamy niepodległość, nie zadzierajcie z nami! Oczywiście niektóre z nich [wyrzutni] mogą nie działać, bo są made in China”.

Kunsang nie zostawia jednak turystów tylko z tą myślą. Na ostatnim slajdzie zadaje pytanie: „Jak ja mogę wesprzeć Tybet?”, na które podsuwa odpowiedzi: zacznij działać w organizacji pozarządowej (odsyła np. do Students for Free Tibet, skupiającego młodych ludzi i mającego ponad 650 oddziałów na całym świecie); dawaj w prezencie rzeczy związane z Tybetem („Jeśli chcecie kupić jakiś upominek dla krewnych albo przyjaciół, kupcie właśnie coś takiego. To bardzo proste”); noś koszulki, szale, wszystko, co jest tybetańskie; pisz artykuły o Tybecie na swoim blogu, Facebooku, do lokalnej gazety czy szkolnego czasopisma; organizuj wydarzenia, takie jak pokazy filmów dokumentalnych, dyskusje, spotkania (na koniec pogadanki można sobie zgrać wyświetlaną prezentację w Power Point – zgłaszają się chętni); umieszczaj wlepki, gdziekolwiek możesz; poświęć swój czas, pieniądze i pomysły; zostań wolontariuszem.

Dla turystów mniej zainteresowanych oglądaniem filmów o torturach i słuchaniem pogadanek uświadamiających jest oferta lżejsza: wspólne muzykowanie, otwarte mikrofony (open mics), slamy poetyckie. Z jednej strony służy ona wymianie kulturowej (pewnego razu miałam okazję wysłuchać Snu o Warszawie Czesława Niemena w wykonaniu polskiej backpackerki) i komunikacji (to w końcu nie występ zespołu prezentującego tradycyjne tańce i pieśni przed grupą turystów zasiadających na widowni). Z drugiej – oferta zawsze zawiera polityczny przekaz. Na przykład popularne w trakcie moich badań jam sessions w klubokawiarni Black Tent, prowadzonej przez grupę młodych uchodźców z rodzin nomadycznych, odbywały się co środę w ramach Lhakar. Lhakar, po tybetańsku „biała środa”, to nowa forma kulturowego oporu, powstała w Tybecie po stłumieniu protestów z 2008 r. (wywołanych m.in. organizacją igrzysk w Pekinie), gdy restrykcje nakładane na wszelką działalność polityczną Tybetańczyków stały się jeszcze bardziej surowe. Polega ona na tym, aby w każdą środę – uważaną za pomyślny dzień dla XIV Dalajlamy, gdyż to w nim urodził się w obecnym wcieleniu – robić coś tybetańskiego. Można ubrać tradycyjny strój, mówić po tybetańsku, posłuchać tybetańskiej muzyki. Ale też, jeśli jest się turystą w Dharamsali, można zrobić zakupy w tybetańskim sklepie, włożyć koszulkę z flagą Tybetu czy zjeść kolację w tybetańskiej restauracji. Oczywiście turyści – którzy być może trafiali do lokalu tylko z chęci posłuchania i pogrania muzyki – byli informowani o idei Lhakar, zresztą mogli kupić na rynku koszulki z tym napisem. Podczas slamów poetyckich, organizowanych też najczęściej w klubach lub kawiarniach, młodzi Tybetańczycy czytają swoje teksty – pisane zwykle po angielsku – mówiące o doświadczeniu bycia urodzonym na uchodźstwie, o złożonych tożsamościach, o poczuciu tęsknoty.

Do tego dochodzą liczne wystawy fotograficzne organizowane przez sektor pozarządowy, Muzeum Tybetu czy właścicieli restauracji i kawiarni oraz księgarnie z literaturą dotyczącą nie tylko buddyzmu, ale też sytuacji politycznej w Tybecie. Najnowszy projekt to S.O.S. Stories of Our Students (S.O.S. Historie naszych studentów), w ramach którego spisano wybrane historie ucieczek z Tybetu uczestników zajęć językowych prowadzonych z udziałem zagranicznych wolontariuszy. Ilustracje do nich wykonał w ramach wolontariatu koreański turysta grafik Sinmo (również projektant okładki mojej książki Bliscy nieznajomi). Podobne wydarzenia były organizowane w Dharamsali już w latach 90. Odbywały się wówczas pokazy filmów dokumentalnych o chińskiej inwazji na Tybet, rozmowy z byłymi więźniami politycznymi czy wieloetniczne jam sessions. Z tą różnicą, że były one wówczas skoncentrowane w tzw. centrum społecznościowym prowadzonym przez tybetańskie władze obozu. Jak stwierdził jeden z lokalnych aktywistów, gdyby takich działań nie podejmowano, wyjeżdżający z Dharamsali turyści „jedyne, co wiedzieliby o Tybecie, to momo”.

Ta swoista wymiana i inspiracja do działania może zresztą działać w odwrotną stronę. W McLeod Ganj odbywały się czasem spotkania, podczas których to turyści odwiedzający Tybet opowiadali o tym doświadczeniu Tybetańczykom urodzonym na uchodźstwie, którzy Tybetu nigdy nie widzieli.

 

Polityczne wycieczki w codzienność
Wycieczki, które dają możliwość zajrzenia za kulisy diaspory tybetańskiej, są organizowane zarówno przez sektor pozarządowy, jak i rząd uchodźczy. Ich odbiorcami są zagraniczni i indyjscy studenci i uczniowie college‚ów. Udział w nich jest nieodpłatny, trzeba jedynie uzasadnić chęć uczestnictwa (np. zamiarem podjęcia działań na rzecz sprawy tybetańskiej). W ofercie tej umiejętnie łączone są klasyczne atrakcje Dharamsali (klasztory, świątynia Dalajlamy, instytut rzemiosła i sztuki tybetańskiej, biblioteka, pokaz tradycyjnego tańca i śpiewu) z „atrakcjami” politycznymi.

Uczestnicy wycieczki, podczas której prowadziłam obserwację uczestniczącą – głównie indyjscy studenci – podkreślali, że taka forma turystyki umożliwia im „interakcję z lokalnymi mieszkańcami, czego nie dają zwykłe wyjazdy”, „zyskanie wewnętrznej perspektywy”, „zobaczenie, jak jest naprawdę”.

Zdawali sobie sprawę z oczekiwań, jakie mieli wobec nich organizatorzy, z ciążącego na nich moralnego zobowiązania. Madhu przyznała wprost: „Oni chcą, żebyśmy szerzyli świadomość o tym, co spotkało Tybetańczyków, na świecie”.

Pierwszym punktem programu było wprowadzenie do sprawy tybetańskiej, czyli pokaz filmu The Sun beyond Clouds. Tibet’s Struggle for Freedom (Słońce za chmurami. Walka Tybetu o wolność) w siedzibie organizacji. To bardzo emocjonalny dokument, nakręcony w roku 2008, kiedy doszło do pierwszych od 20 lat masowych protestów przeciwko chińskim rządom w Tybecie, w tym do dziesiątek samospaleń. Film zawiera sceny tłumienia demonstracji, opowiada też o powszechnej wśród uchodźców tybetańskich politycznej mobilizacji. Po pokazie uczestnicy zostali zaproszeni do dyskusji moderowanej przez opiekunkę grupy – indyjską działaczkę z ramienia organizatora wycieczki, która dokonywała umiejętnego przekładu kulturowego i sama stanowiła przykład zaangażowania, jakiego oczekiwano od uczestników. Również pierwszego dnia miała miejsce wizyta w Muzeum Tybetu prowadzonym przez rząd uchodźczy, którego ekspozycja jednoznacznie wskazuje, jakie cele przypisuje on turystyce. Instytucja ta za pomocą szeregu ilustrowanych plansz opowiada historię niezależności polityczno-kulturowej Tybetu i brutalnej chińskiej okupacji. Jedyne „artefakty”, jakie można tam obejrzeć, to zakrwawiona koszula skatowanego więźnia politycznego i narzędzia tortur wykorzystywane w chińskich więzieniach.

W programie znalazły się spotkania z lokalnymi aktywistami (w tym z ikonami tybetańskiego ruchu wolnościowego, takimi jak Tenzin Tsundue), działaczami wszystkich ważniejszych organizacji pozarządowych, w których turyści zostali ugoszczeni, ale też z byłymi więźniami politycznymi, a nawet z samym szefem rządu na uchodźstwie. Dwa takie spotkania zrobiły szczególnie duże wrażenie na uczestnikach wycieczki. Pierwszym z nich była wizyta u byłej więźniarki politycznej Ama Adhe, ponad 80-letniej Tybetanki, która w chińskich więzieniach spędziła 27 lat. Ama Adhe, pogodna, spokojna, ale i zaangażowana, opowiadała o tym, jak otruto jej męża, jak publicznie poniżono i stracono jej siostrę i jak ona sama została aresztowana za udział w demonstracji (jej wówczas czteroletni synek uczepił się nogi matki, płacząc, po czym został kopnięty przez żołnierza; wtedy widziała go po raz ostatni). Większość wycieczki chlipała, a Ama Adhe obejmowała uczestników, poklepywała ich po ramieniu, brała za ręce. Drugie takie wydarzenie stanowi półtoragodzinna wizyta w siedzibie przywódcy rządu uchodźczego Lobsanga Sangaya. Urodzony w Indiach doktor prawa po Harvardzie wiedział, jak rozmawiać z młodzieżą z indyjskiej klasy średniej. Zwłaszcza odwoływanie się do zagrożenia ze strony Chin, których ekonomiczna dominacja w Indiach jest coraz bardziej widoczna, oraz nawiązywanie do indyjskiej kultury popularnej zyskały mu sympatię słuchaczy. Towarzyszyło temu wymuszanie” osobistych zobowiązań, jak pytania skierowane do uczestników, czy uczą się już tybetańskiego, na które padały odpowiedzi: „Nie, ale będę!”.

Dużym przeżyciem była też wizyta w Tybetańskiej Wiosce Dziecięcej (Tibetan Children’s Village) – najstarszej i największej tybetańskiej szkole z internatem w Indiach. Setki maluchów, którym „Dalajlama kazał się uczyć angielskiego i nauk ścisłych”, nie pozwalały pozostać obojętnym. Fale zachwytu wywołały zwłaszcza odwiedziny w żłobku, gdzie wszyscy rozczulali się nad słodkością tybetańskich dzieci, które w dodatku – przywykłe do wizyt sponsorów i innych zagranicznych gości – wręcz rzucały się gościom na szyje. Co więcej, przewodnikiem po wiosce był jej wychowanek, a jednocześnie wolontariusz w instytucji organizatora. Większość uczestników zdążyła się już z nim zżyć podczas wieczornych wyjść na piwo, co z jednej strony nadawało wizycie bardzo osobisty charakter, a z drugiej strony otwierało nam wiele drzwi, w tym do domu, w którym chłopak dorastał – jego czułe powitanie z kobietą prowadzącą dom zostało uwiecznione na wielu zdjęciach.

Od uczestników wymagano też bezpośredniego zaangażowania. Na zakończenie dostali za zadanie wypromowanie przygotowywanej właśnie przez organizację akcji czytania patriotycznej poezji tybetańskiej. Musieli wyjść na uliczki McLeod Ganj uzbrojeni w transparenty, flagi, megafony czy ulotki i zachęcać innych turystów do wzięcia udziału w wydarzeniu. Ponadto zostali poproszeni o wypowiedzenie się przed kamerami na temat tego, co dał im ten wyjazd i jak zamierzają wykorzystać to w przyszłości (nagrania te wykorzystywano następnie w celu dalszego promowania turystyki politycznej). Każde spotkanie w ramach wycieczki zostało udokumentowane licznymi fotografiami przez obie strony. Dla uczestników wspólne zdjęcie z byłą więźniarką polityczną było nie tylko pamiątką, ale i swoistym wyróżnikiem w świecie masowej turystyki, za pomocą którego mogli konstruować własne wyjątkowe autoprzedstawienia, np. na forach społecznościowych. Dla organizatorów – i stowarzyszeń partnerskich, które współtworzyły poszczególne spotkania – było to z kolei narzędzie upowszechniania wiedzy o własnych działaniach i pozyskiwania kolejnych zaangażowanych turystów. Uczestnicy wycieczki zostali obdarowani zaangażowanymi pamiątkami – T-shirtami, przypinkami, naklejkami (dwie turystki zdecydowały się na bardziej trwałe pamiątki i wyjechały z Dharamsali z tatuażami), a całość zwieńczyła impreza, która stała się okazją do „bratania się z tubylcami” już w mniej poważnej atmosferze, którą współtworzyły piwo i wspólne muzykowanie. Zawarłam nowe znajomości na Facebooku, dzięki czemu mogłam śledzić dalsze losy poznanych na wycieczce osób. Michael mocno zaangażował się w akcje na rzecz Tybetu organizowane w Delhi, Richa otworzyła na swojej uczelni w Pune lokalny oddział Students for Free Tibet, inni lajkowali różne inicjatywy protybetańskie w sieci.

 

Solidarna turystyka
Z podobnie sprawczym upolitycznianiem turystyki przez grupy szukające międzynarodowej sprawiedliwości można się spotkać również w innych miejscach. Analogicznie do uchodźców tybetańskich używają turystyki organizacje palestyńskie również oferujące wycieczki w codzienność.

Niektóre, jak Alternative Tourism Group, koncentrują się na uświadamianiu turystom, jak wygląda życie osób pozbawionych prawa do ziemi poprzez spotkania z mieszkańcami terytoriów znajdujących się pod izraelską kontrolą. Organizacja tak przedstawia swoją ofertę na popularnym portalu podróżniczym TripAdvisor: „Odkryj turystykę na rzecz sprawiedliwości w tętniącej życiem kulturze w otoczeniu przyjaznych ludzi. Przetrwanie pod izraelską okupacją. Przyjedź i zobacz to na własne oczy”.

Inne organizacje, takie jak International Solidarity Movement, bezpośrednio angażują turystów w akcje biernego oporu, m.in. przy blokadach wyburzeń domów czy podczas demonstracji. Z jednej strony obecność obcokrajowców daje palestyńskim aktywistom poczucie bezpieczeństwa, gdyż obserwowani przez obiektywy turystycznych kamer izraelscy żołnierze są bardziej powściągliwi w tłumieniu protestów. Z drugiej strony tacy turyści użyczają Palestyńczykom głosu, nagłaśniając ich postulaty. Niektórzy badacze, jak Gada Mahrouse, piszą wprost o wycieczkach solidarności (solidarity tours). Freya Higgins-Desbiolles w artykule o wymownym tytule Usprawiedliwiając turystykę. Turystyka na rzecz sprawiedliwości przytacza fragment wywiadu ze współzałożycielem organizacji: „Widok przyjeżdżających tu cudzoziemców daje Palestyńczykom nadzieję, [dowodzi,] że chcą oni dzielić z nimi ich niedolę. Nadzieja jest bardzo ważna dla ludzi, którzy czują, że ich ból jest ignorowany, ich głos niesłyszany, ich ziemia zabierana każdego dnia”. W cytacie tym wybrzmiewa nadzieja, że poprzez turystykę możliwe jest budowanie ponadnarodowej solidarności. Turystyka zostaje tu więc niejako zawłaszczona przez społeczności będące przedmiotem zainteresowania turystów – jak pisze Marie-Françoise Lanfant – jako środek komunikacji służący do pokazywania ich istnienia i domagania się uznania.

Czasem takie wycieczki organizują międzynarodowe stowarzyszenia wywodzące się z krajów tzw. globalnej Północy i zajmujące się działalnością na rzecz praw człowieka. Jedną z nich jest Global Exchange ze Stanów Zjednoczonych, które tak reklamuje swoją ofertę: „Reality Tours mają na celu edukowanie o tym, w jaki sposób my, indywidualnie i zbiorowo, przyczyniamy się do globalnych problemów, a następnie sugerowanie sposobów, w jakie możemy współtworzyć pozytywne zmiany na poziomie lokalnym i międzynarodowym. Oferujemy uczestnikom możliwość wyjazdu do innych krajów tak, by mogli bezpośrednio zbadać sytuację [na miejscu], zobaczyć, co kryje się poza przekazem kształtowanym przez masowe media”. Turyści mogą wziąć udział w wycieczkach poświęconych sytuacji kobiet w Afganistanie, militaryzacji granicy amerykańsko-meksykańskiej, ruchowi LGTBQ na Kubie czy sprawiedliwemu handlowi i alternatywnym ekonomiom w Palestynie. Niektóre organizacje wręcz odwracają ten wektor, koncentrując się na tym, czego turyści mogą nauczyć się od mieszkańców danego regionu. Na przykład australijski oddział Oxfamu organizuje wyjazdy do Indii, podczas których uczestnicy z Australii, przyszli lokalni liderzy, poznają różne oddolne inicjatywy – dotyczące społecznej sprawiedliwości czy zrównoważonego rozwoju – które mają następnie wdrażać we własnych społecznościach. Jednocześnie trzeba pamiętać, że turystyka może być wykorzystywana również przez stronę dominującą w celu wzmacniania jej dyskursu. Agencje turystyczne w Chińskiej Republice Ludowej nie tylko starają się ukazywać Chiny zagranicznym turystom jako konglomerat harmonijnie koegzystujących mniejszości etnicznych (w tym Tybetańczyków), ale też podobną ofertę turystyki politycznej kierują pod adresem samych mniejszości, których liderzy byli w przeszłości zapraszani na wycieczki po „prawdziwych, wspaniałych Chinach”.

_

O emancypacyjnym potencjale turystyki – historiach politycznego angażowania turystów, wolontariatu, sponsoringu, wspierania lokalnej przedsiębiorczości i miłości w czasach turystyki – Autorka pisze w swojej najnowszej książce Bliscy nieznajomi. Turystyka i przezwyciężanie podporządkowania w postkolonialnych Indiach (Poznań 2018).

Podczas pracy nad tekstem korzystałam m.in. z:
• J. Butcher, The Moralisation of Tourism. Sun, Sand… and Saving the World?, London, New York 2003.
• E. Cohen, A Phenomenology of Touristic Experiences, „Sociology” 1979, nr 2, s. 179–201.
• P. Iyer, Otwarta droga. Globalna podróż XIV Dalajlamy, tłum. J. Halbersztat, Warszawa 2008.
• F. Higgins-Desbiolles, Justifying Tourism: Justice through Tourism, w: Tourism and Inequality. Problems and Prospects, red. S. Cole, N. Morgan, Oxford 2010, s.195–212.
• M.-F. Lanfant, International Tourism, Internationalization and the Challenge to Identity, w: International Tourism: Identity and Change, red. M.-F. Lanfant, J.B. Allcock, E.M. Bruner, London 1995, s. 24–43.
• G. Mahrouse, Race-conscious Transnational Activists with Cameras: Mediators of Compassion, „International Journal of Cultural Studies” 2008, nr 1, s. 87–105.
• R. Scheyvens, Tourism for Development: Empowering Communities, Harlow 2002.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter