Ilustracja: Agnieszka Wrzosek
Ilustracja: Agnieszka Wrzosek
Aleksandra Zielińska październik 2025

Mleczne zęby

Zapamiętam tamto popołudnie, wigilię Zielonych Świątek, Tamarę w krótkich spodenkach z dziwnego materiału, który sprawia, że wyglądają jak nadmuchane. Zapamiętam, jak będzie szła przez podwórko lekka, z hełmem gęstych włosów, obcinanych przez mamę od garnka.

Artykuł z numeru

Między słowami. Jak budować głębsze relacje

Między słowami. Jak budować głębsze relacje

Na końcu Tamara przychodzi do mnie z kością w dłoni.

Ale zanim jest koniec, kość jeszcze tkwi na swoim miejscu i Tamara każe mi zajrzeć sobie do buzi i popatrzeć, czy już trzeba wiązać nitkę do klamki w letniej kuchni, bo tamtędy prędzej czy później ktoś wyjdzie, za nitkę pociągnie i skończą się problemy. Buzia Tamary przypomina jaskinię z wilgotnymi ścianami, w której głębi widać dyndający czerwony stalaktyt.

Mówię jej, żeby przesunęła się w stronę słońca, bo tutaj w cieniu stajni nic nie widać, nawet jeśli moja głowa zmieściłaby się cała za zagrodą zębów Tamary.

Ciągnie mnie na środek podwórka, jej dłoń jest ciepła i brudna od białego soku, który wypływa z mleczy, gdy plecie się z nich wianek. Żadna z nas wianka już nie ma, zgubiłyśmy je w zabawie, w biegu między łąką a lasem, pewnie się już rozsypały, dały rozplątać robakom i pszczołom. Nie boję się ani robaków, ani pszczół, choć od żądeł puchną nam gardła, mnie i Tamarze, obu w taki sam sposób. Mama opowiadała, jak kiedyś zostawiła nas w ogrodzie, gdy zbierała ziemniaki, i obie dałyśmy się ukąsić w to samo miejsce, jak gdybyśmy zawsze wszystko musiały robić razem, na jednej nitce zdarzeń, która rozdzieli się wtedy, na końcu, z kością w dłoni.

Kość poróżni nas jak zwierzęta, które uciekając, trafią na różne wyspy i w zależności od tego zaczną różnie dorastać.

Tak bardzo się Tamarze do tego spieszy, że w biegu wznosi kurz spod tenisówek, a z letniej kuchni niesie się zapach drożdżowego ciasta. Wystawione na stół rośnie, aż pochłonie stół, okno, budynek, w końcu podwórko, dom, łąkę, las, ścieżki, drogi, labirynt, cały Santropez, mnie i Tamarę. Jak rodzynki albo jak zakalec.

Potem to ja upiekę ciasto drożdżowe, w przeddzień Zielonych Świątek tak jak wtedy, ale wiele lat po tamtym maju, po tamtym Esfloresie i tamtej Tamarze.

Ta Tamara otwiera buzię, jak gdyby chciała połknąć cały świat, taka jest szczęśliwa. Kaśka, patrz, jak się rusza, bełkocze, rozsuwając wargi palcami i językiem wskazując trzonowiec na dole.

Rzeczywiście, ząb trzyma się tylko na cienkiej nitce dziąsła. To ostatni. Gdy wypadnie, Tamara stanie się już prawie dorosła, a wśród santropeskich dzieci prawie dorosły stoi najwyżej w hierarchii, stoi po drugiej stronie jakiejś tajemniczej granicy, którą wyznacza samodzielnie chodzenie po zakupy i władza nad młodszymi.

Trochę się cieszę, a trochę nie, dolny trzonowiec tkwi dalej na miejscu, mimo moich prób rozhuśtania go. Wszystko wskazuje na to, że Tamara znowu mnie prześcignie – na świat przyszłam druga, różnicą kilku minut, którą Tamara lubi mi wytykać, ale rzadko, bo rzadko się rozdzielamy, przeważnie jesteśmy razem, my kontra świat, kontra Esflores, zadanie z matematyki i pieczątki za dziewięć pierwszych piątków.

Potem spojrzę na Tamarę jak na obcą osobę, która wyrosła z mojego, ale na innej wyspie, przez przypadek. To mogłabym być ja, będę myśleć ciągle i ciągle huśtać językiem ten zastany mleczny trzonowiec.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się