Jak doszło do jego powstania? Przede wszystkim – zaznacza Hochschild – trzeba pamiętać, że, wbrew częstym wyobrażeniom, to nie Ameryka, ale właśnie Anglia była kolebką tego ruchu. Wszystko zaczęło się w jednej z londyńskich drukarni pewnego majowego popołudnia 1787 r. od niepozornego spotkania 12 mężczyzn, którzy postanowili położyć kres niewolnictwu. Do szczegółów tego spotkania i jego konsekwencji autor wraca po przejmującym odmalowaniu świata, w jakim żyli ci, którzy postanowili go tak diametralnie zmienić. I jest to opowieść równie pouczająca jak następująca po niej relacja z kolejnych etapów walki o wyzwolenie niewolników.
Choć autor zastrzega, że – by pojąć doniosłość tego, co dokonało się za sprawą ruchu abolicjonistycznego – trzeba wyobrazić sobie świat, który dziś „byłby nie do pomyślenia” (s. 14), w którym „przeważająca większość ludzi to więźniowie” (s. 13), to zarazem raz po raz albo sam daje wyraz temu, jak tamten świat jest jednak do naszego podobny, albo przez to, co pisze, do takiej refleksji skłania, sprawiając, że opisywane przez niego postaci „z epoki peruk, szpad i powozów wydają się nam zaskakująco współczesne” (s. 18). I ta właśnie ambiwalencja – towarzyszące lekturze kolejnych rozdziałów niewygodne wrażenie, że świat opisywany przez Hochschilda jest nam zarazem obcy i dobrze znany – jest być może najmniej oczywistą, a najważniejszą zaletą tej książki.
Handel niewolnikami Koniec wieku XVIII stanowił apogeum handlu ludźmi. Handel czarnoskórymi niewolnikami, z którego największe zyski czerpała Wielka Brytania, a w ślad za nią nieustannie z nią konkurująca Francja,…