Moja licealna polonistka miała pewną teorię: większość ludzi rozpoczyna swoje fascynacje sztuką od impresjonistów (i zatrzymuje się na tym etapie), część z nich dochodzi potem do secesji, a prawdziwi koneserzy kończą na rokoku. Miała chyba rację, choć dodałbym, że jest jeszcze kolejny stopień estetycznego wtajemniczenia: pozornie nudny klasycyzm. Ja sam od początku utknąłem w baroku i nigdy impresjonistów nie zaliczyłem; bynajmniej nie za sprawą jakiegoś szczególnego wyrafinowania, tylko z wrodzonej zachowawczości i miłości do mimesis. Kiedy na szkolnej wycieczce koleżanki i koledzy w zachwycie rozbiegli się po paryskim Musée d’Orsay, usiadłem na sofie i wyciągnąłem książkę z plecaka. Nie miałem ochoty na oglądanie tego krzykliwego paskudztwa. Dopiero po wielu latach pojawił się w moim życiu szary duński odmieniec, Vilhelm Hammershøi – zapatrzony zresztą w XVII-wiecznych Holendrów. Znacznie więcej czasu zajęło mi polubienie szkoły haskiej. To nazwa grupy kilkudziesięciu malarzy tworzących w Hadze w II poł. XIX w. Inspirowali się oni francuskimi pejzażystami z Barbizon, od których wzięli zwyczaj malowania w…
Prof. dr hab., pracownik naukowy Wydziału Polonistyki UJ. Anglista i polonista przekwalifikowany na niderlandystę i historyka sztuki. Znawca dawnej kultury holenderskiej, tłumacz literatury niderlandzkiej, zbieracz fajansów, książek i rupieci. Opublikował 25 książek (w tym 10...