Wszystkim osobom, które zetknęły się z polskim systemem szkolnictwa muzycznego, hasło „kształcenie słuchu” kojarzyć się musi z nauką solfeża oraz rozpoznawaniem na ucho akordów i interwałów. Reszta społeczeństwa, czyli przytłaczająca większość Polaków, na wzmiankę o nauce słyszenia odruchowo odpowiada: „Słoń mi na ucho nadepnął”. Nie o taką naukę, nie o takie dźwięki i nie o taki słuch tym razem chodzi. Gdy mówimy o kulturze w odniesieniu do dźwięku, w pierwszym momencie przychodzi nam na myśl muzyka, najczęściej ta klasyczna, zamknięta w sztywnych ramach systemu dur-moll i stroju równomiernie temperowanego. Od dzieciństwa tresują nas do tego przemysł fonograficzny, radio, telewizja, szkoła, filharmonie, domy kultury. Muzyka współczesna, która wykracza poza te wyuczone schematy, budzi z kolei – poniekąd zrozumiałą – niechęć, jest bowiem obca, „nienaturalna”, niezrozumiała. Stop. W tym miejscu sugeruję, abyśmy zrobili trzy kroki wstecz.
Kultura dźwięku nie ogranicza się bowiem w żadnym wypadku do muzyki (czymkolwiek ona jest) ani nawet do ścieżek dźwiękowych filmów, słuchowisk radiowych, archiwów, domowych nagrań etc., każdy dźwięk codzienności, choćby ten najmniej istotny czy też najbardziej intymny, wart jest uwagi.
Pisząc o „kształceniu słuchu”, mam więc na myśli każde działanie, które czyni nas bardziej świadomymi i uważnymi słuchaczami, inkluzywny trening w duchu ekologii akustycznej i współczesnych nauk o dźwięku (sound studies).
*
Zainteresowanie szeroko pojętym środowiskiem dźwiękowym – wszystkimi brzmieniami natury i cywilizacji, ich znaczeniem w życiu ludzi i organizmów żywych, rolą w kulturze i sztuce – z każdym rokiem wzrasta. Od paru lat pejzaż dźwiękowy (soundscape) stał się modnym przedmiotem badań naukowych, działań artystycznych, projektów edukacyjnych, a nawet sporów politycznych. W Polsce działają prężnie Pracownia Badań Pejzażu Dźwiękowego na Uniwersytecie Wrocławskim oraz rozwijana przez Marcina Barskiego i Marcina Dymitera „Emitera” – projekt pod nazwą Instytut Pejzażu Dźwiękowego IPD;…