Ebba Witt-Brattström, autorka kilkunastu książek i wielu artykułów o literaturze, profesorka uniwersytetu w Helsinkach i znana feministka, lubi mówić o Miłosnej wojnie stulecia, czyli o swoim literackim debiucie wydanym w Szwecji w 2016 r., jako o autofikcji. Pisząc powieść-poemat o rozpadzie wieloletniego małżeństwa dwojga inteligentów, nie mogła przecież nie przewidywać, że ich pierwowzory łatwo da się „namierzyć”. Ebba Witt-Brattström i Horace Engdahl – Pan i Pani Kultura (jak złośliwie pisała czasem szwedzka prasa) to przecież „intelektualiści celebryci” (gatunek rzadko w Polsce występujący, ale w Szwecji taki istnieje, i niech będzie, że to dlatego, iż jest tam Akademia Szwedzka).
Jeśli literaturoznawczyni od 40 lat zajmująca się pisaniem o innych wydobywa swój literacki głos, a nawet, chciałoby się rzec, dwa głosy (dwoje bohaterów: Ona i On) i stwarza im literacki „teatr działań wojennych”, sprawa musi być ważna, a ryzyko podwójne. Sama autorka stanie się przedmiotem analiz krytycznych, zaś formalne literackie równouprawnienie, jakim obdarzyła swoich bohaterów w tekście (dialogi, gdzie każda ze stron może się wypowiedzieć na równych prawach), może podzielić czytelników i zachwiać tezę o wyższości racji którejś ze stron.
Lecz Ebba Witt-Brattström nie stawia żadnej tezy. Raczej podejmuje w Miłosnej wojnie stuleciawielowarstwową grę z czytelnikiem, rozpoczynając ją już na poziomie tytułu. To gra pełna odniesień i skojarzeń literackich oraz…