A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Czesław Miłosz, Piosenka o końcu świata
Wiele się wydarzyło, były inwazje i święte wojny, z których jedna, nuklearna, matka wszystkich bitew, spowodowała na świecie największe w całej historii ludzkości rozmnożenie się bandytów i mutantów. Były wielkie rewolucje i olbrzymie represje, które stworzyły miliony szaleńców i tułaczy. Były okresy głodu i ogólnoświatowe epidemie, które zrujnowały całe regiony i wygnały z nich miliony nieszczęśników. I była olbrzymia zmiana klimatyczna, która dokonała reszty, zachwiała geografią świata, już nic nie było na swoim miejscu, morza, lądy, góry i pustynie doznały zmian, jakich nigdy wcześniej nie doświadczały w epokach geologicznych, i to wszystko w ciągu jednego ludzkiego życia”. To właśnie ów koniec świata, którego datą graniczną jest tytułowy rok 2084z powieści Boualema Sansala. Wiadomo jednak, choćby z Ewangelii, że żaden koniec świata niczego nie kończy, a jest tylko jakimś nowym początkiem, powtórnym przetasowaniem i rozdaniem kart, szansą dla tych, którzy, „dziś niczym”, jutro będą „wszystkim” (Mt 19, 27–29). I także tym razem z chaosu wyłania się „nowe niebo” i „nowa Ziemia”. Na tej ostatniej istnieje już tylko jedno państwo: Abistan (czy rzeczywiście tylko jedno, nie jest, jak się potem okaże, takie pewne). W Abistanie panuje ustrój będący czymś w rodzaju totalitarnej teokracji. Dozwolona, czy raczej nakazana, jest wyłącznie jedna religia. Jej Bóg nosi imię Yolah,…