Było tylko kwestią czasu, żeby twórcy teatrów dramatycznych West Endu i Broadwayu zaczęli sięgać po scenariusze filmowe. Zjawisko adaptowania filmów na musicale znane jest tu od lat. To trend podobny temu, który twórcom filmowych superprodukcji każe myśleć raczej o kontynuacjach i różnego rodzaju przeróbkach – prequelach, remake’ach i spin offach – niż o nowych, oryginalnych opowieściach. Zgodnie z logiką inż. Mamonia, dziś tak wiernie wdrażaną przez algorytmy serwisów internetowych, lubimy to, co dobrze znamy. A skoro tak, podobnych treści trzeba nam dostarczać jak najwięcej.
Musicale z filmowym pierwowzorem mają jednak pewną przewagę: zmiana medium sprzyja powstawaniu nowej jakości. Zdarza się więc, że dzieła fabularnie bliskie oryginałom pod względem estetycznym są świeże, a światopoglądowo nawet odważniejsze, choć w granicach musicalowej konwencji. Billy Elliot, Legalna blondynka czy …