Autobus
Sypnął kurom ziarna, pożegnał się z Riki i Halime, trzasnął metalową furtką i wybiegł na przystanek (pierwszy na trasie, to znaczy ostatni). Autobus tłukł się w kurzu gruntową drogą, która zimą zamienia się w rzeczkę rzadkiego błota. Wjechał wreszcie na asfalt, za oknem straszyły pustostany i pola plastikowych śmieci. Za wzgórzem odsłonił się widok na czerwone miasto. W środku siedział komplet stałych pasażerów. Jeden z nich spojrzał na niego uważnie i zagaił. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
– Widziałem pana wczoraj w telewizji! – oznajmił pasażer.
– Kogo? Mnie? To niemożliwe – odpowiada on.
– Tak, pana, pana! Gratulacje!
Ale on nie ogląda telewizji. Dojechał do centrum, wysiadł, poszedł na uczelnię, a tam – gratulacje kolegów, nalot dziennikarzy. Jest lato 2008 roku.
Marcel Chyrzyński: – Specyficzny facet, jakby bez ojczyzny.
Profesor Zbigniew Bujarski: – Patriota.
Marcel Chyrzyński: – Jadał jajecznicę z pokrzywami.
Wiesław Warwas: – Szkoda go.
OrkiestraPoczątek lat dziewięćdziesiątych, Prisztina, piąta rano. Mendi Mengjiqi wsiada w pociąg do Katowic. Droga długa do zwariowania, przez krainę wielu walut, z przesiadkami w Belgradzie i Budapeszcie. Ma przy sobie swoje kompozycje i trochę pieniędzy na start. Ma też skórzaną kurtkę, a kurtka ma za kołnierzem tajny schowek na pieniądze (na suwak). Zasypia, budzi się, kurtki nie ma. Biegnie do konduktora, krzyczy: „Ukradli mi pieniądze, nie widział pan kurtki jasny brąz?” Nie widział. Idzie załamany do toalety, a tam wisi kurtka z pieniędzmi. Złodziej był głupi albo niestaranny. Być może to dobry znak. No i wreszcie nowa Polska – Wałęsa, ruskie bazary, chodnikowy kapitalizm, chodnikowa muzyka i wcale nie taki inny świat. Trzeba teraz Mengjiqiego zapytać: dlaczego przyjechał akurat do Polski? Dlaczego nie do Rzymu, Paryża, Moskwy? Odpowie pewnie: wiesz co, ja cię przepraszam, ale to jest głupie pytanie. Albo: bo Polacy to myślą, że kojarzą ich w świecie tylko z chlaniem wódy. A to jest wysoka…