Chrześcijaństwo całkowicie oddało pole gry we współczesnym teatrze. W teatralnym mainstreamie praktycznie nie istnieje. Poza Piotrem Cieplakiem nie ma innego reżysera, który odważyłby się wystąpić z pozycji chrześcijańskich i zrobić inspirowane religijnością przedstawienie (choć od Historyi o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim, Historii Jakuba czy Księgi Hiobaminęło już sporo czasu). Jan Klata, który też mierzył się z wiarą i doktryną, teraz interesuje się czym innym i wypowiada się już chyba w całkiem innej sprawie. Pewnie mógłbym wymienić jeszcze dwa lub trzy nazwiska znanych reżyserów, dla których chrześcijaństwo (w porządku wiary) nie jest obojętne, ale w teatrze unikają oni tego tematu jak ognia. Przeglądając tytuły spektakli, które rokrocznie kilkunastu krytyków w miesięczniku „Teatr” uznaje za największe wydarzenia artystyczne, od ponad dziesięciolecia można niezmiennie mówić o dominacji innego trendu. Chrześcijaństwo jest w nominowanych przedstawieniach często obecne, ale raczej jako problem do przezwyciężenia, balast, który trzeba zrzucić, chwast, który należy wyplenić. Kościół katolicki (i szerzej, wiara) jest ukazany przede wszystkim jako ośrodek zniewolenia umysłów, ostoja patriarchalnego ucisku oraz miejsce zboczeń i przestępstw. Każdy, kto śledzi życie teatralne, może odnaleźć na to dziesiątki przykładów. A jeśli nawet spraw wiary czy chrześcijaństwa w wielu spektaklach się nie dotyka, świat pokazany na scenie proponuje wartości będące przeciwieństwem nauki Kościoła. Paradoks polega na tym, że wciąż jeszcze mówi się w takich sytuacjach o łamaniu tabu, tymczasem w środowisku teatralnym, czy szerzej – artystycznym, nie ma już czego łamać. Owszem, następuje „poszerzanie pola”, jednak najbardziej radykalne tematy zagościły już w mainstreamie na stałe. I właściwie to one go ustanawiają. Nie ma w tym głównym nurcie sztuki chrześcijańskiej, nie ma twórców, praktycznie nie ma też krytyki teatralnej, która występowałaby jednoznacznie z tego punktu widzenia….