Wstęp
Jeszcze nie tak dawno byliśmy przyzwyczajeni do standardowego zestawu argumentów dotyczących miejsca nauk humanistycznych w edukacji[1]. Ludzie o przekonaniach utylitarystycznych zwykle traktowali humanistykę dość chłodno: nieufnie podchodzili do idei poświęcania zbyt dużej ilości czasu na dziedziny wiedzy, które nie mają przełożenia na karierę i przyszłe źródło utrzymania. Prawo, polityka, ekonomia, nauki ścisłe, technologia – to były praktyczne kierunki studiów; odrobina literatury, historii czy filozofii mogła wprawdzie wprowadzić do życia miłe urozmaicenie, w zbyt dużej dawce byłaby jednak słabostką. Standardowa obrona nauk humanistycznych brzmiała z kolei, że wykształcenie humanistyczne przynosi różnego rodzaju pożytki, z których wzbogacenie czasu wolnego poprzez literaturę i sztukę jest akurat najmniej istotne. Argumenty największej wagi głosiły, że nauki humanistyczne pozwalają nam spojrzeć z dystansu na samych siebie, sprawiają, że jesteśmy bardziej oświeconymi obywatelami i w sposób bardziej pogłębiony myślimy o istotnych kwestiach. Społeczeństwo ludzi wykształconych nie tylko do uprawiania konkretnego zawodu, lecz do pełnego, inteligentnego uczestnictwa we współczesnej demokracji byłoby znacznie lepsze i szczęśliwsze od dzisiejszego – tak brzmiał argument – a owa użyteczność społeczna edukacji humanistycznej kompensowałaby to, że nie daje ona bezpośrednio narzędzi do zarobkowania.
Te dwa przeciwstawne zdania padały po wielokroć i choć teoretycznie każdy człowiek mógł wygłaszać jeden bądź drugi pogląd, ich stereotypowy rozkład był częścią naszej codzienności. Przedstawiciele świata biznesu z większym prawdopodobieństwem przyjmowali ów pierwszy punkt widzenia, zaś wykładowcy nauk humanistycznych byli – naturalnie – obrońcami drugiego. Słyszeliśmy zatem, jak ludzie, którzy zarabiają na życie uczeniem trudnych, lecz wyjątkowych dzieł – takich jak Boska komedia, Faust czy Iliada – z żarem przekonują o tym, jak Dante, Goethe czy Homer do głębi rozumieją los człowieka i jak istotne stawiają pytania. Abstrahując od tego, że niewątpliwie argumenty te były w jakiejś mierze interesowne, tego rodzaju logika wystarczała, by nawet większość biznesmenów przekonać, że nauki humanistyczne powinny znajdować się w programie nauczania ich dzieci. Przecież wymienieni pisarze to twórcy takiej klasy, że – przyznawano to jednogłośnie – wybijają się ponad pozostałych; ich myśl jest tak oryginalna, że prawie nikt, kto się z nią zetknął, nie potrafił się oprzeć jej urokowi. Teraz niekiedy wypacza się ten stosunek do wielkich pisarzy i myślicieli, określając go pogardliwie mianem biernego, bezkrytycznego zachłystywania się „prawdami odwiecznymi”. Trudno sobie wyobrazić coś bardziej błędnego: pisarze ci przedstawiali raczej odwieczne dylematy i problemy niż dogmaty, a choć u Szekspira, Dantego, Platona czy Hume’a można znaleźć pewne doktryny czy pouczenia, rozwój myśli i ujmowanie zagadnień z różnych stron zawsze było w ich dziełach znacznie bardziej wyraziste, niż można by było wnioskować z tak karykaturalnego postawienia sprawy. Kanon klasycznych dzieł literackich i filozoficznych tradycji Zachodu nie jest zbiorem idei, w które należy ślepo wierzyć, lecz wyjątkową kolekcją fascynujących zmagań z różnorodnymi problemami. Na poczesnym miejscu zawsze znajduje się konflikt i konkurencja między ideami i wizjami jednego pisarza i innych, często widać też ich znaczny samokrytycyzm. Gdybyśmy mogli wsiąść do wehikułu czasu i przenieść się w przeszłość, kiedy obowiązywał ten klasyczny zestaw argumentów za i przeciw naukom humanistycznym w edukacji, zapewne nie znaleźlibyśmy nikogo, kto byłby skłonny uwierzyć, że w krótkim czasie uczestnicy dyskusji zamienią się stronami: ci, którzy uprzednio orędowali za Dantem, Goethem i Homerem i przeciwko nadmiernie zawężającym postawom utylitarystycznym, teraz będą opowiadać się za tymi właśnie postawami i przeciw wielkimi pisarzom, ci zaś, którzy uprzednio pozostawali wobec literatury sceptyczni, będą najgłośniej lobbować na jej rzecz. Niemniej tak właśnie się stało: profesorowie literatury opowiadają się teraz przeciwko tradycji Zachodu w filozofii i literaturze, a w tej swojej nowej roli posuwają się nawet dalej od swoich poprzedników. Nie twierdzą bowiem tylko, że studiowanie Szekspira i Platona to strata czasu, który powinien być spożytkowany na poważniejsze zajęcia, lecz że może być wręcz szkodliwe. Kultura wysoka pełna jest zgubnych idei i wpływów – nawet w dramatach Szekspira pojawiają się postawy reakcjonistyczne, szowinistyczny imperializm, rasizm, seksizm, homofobia. A ponieważ kultura wysoka ucieleśnia te postawy, to – jak argumentują – odgrywa znaczącą rolę w umacnianiu ich w opinii publicznej, a zatem stanowi narzędzie, za pomocą którego osoby uprzywilejowane społecznie, rasowo i seksualnie utrzymują się przy władzy. Kultura wysoka to część sterowanego przez elity rządzące aparatu kontroli społecznej. Dlatego więc byliśmy w błędzie – według tego nowego poglądu – uważając, że studiowanie wielkich dzieł kultury Zachodu otwiera nam umysły i uczy myśleć krytycznie. Jest bowiem dokładnie odwrotnie: te dzieła zamykają nam umysły, każą nam akceptować bez zastrzeżeń ideologię reakcyjną i sprawiają, że bezkrytycznie przyjmujemy idee uprzywilejowanej grupy białych Europejczyków z klasy wyższej. W rezultacie byli profesorowie i obrońcy wielkich dzieł zachodniej myśli i literatury teraz nimi gardzą, obronę tych dzieł pozostawiając ludziom, którzy nie są wykładowcami literatury i filozofii. Gdy spotykamy się dziś z postulatem, by polityka zyskała bardziej poczesne miejsce w świecie akademickim, naturalne byłoby przypuszczenie, że wysuwają go profesorowie i studenci nauk politycznych, być może chcąc zwiększyć wagę swojej dziedziny nauki. A jednak to nie oni stawiają tego rodzaju żądania, lecz, o dziwo, humaniści, a w szczególności wykładowcy literatury. To oni dążą do tego, by wszystko koncentrowało się wokół polityki, nie zaś naukowcy, którzy się w tej dziedzinie specjalizują. Nasuwa się pytanie, jak profesorowie literatury mogą twierdzić, że wiedzą więcej o polityce niż specjaliści od nauk politycznych? Ale profesorowie literatury są dziś ekspertami od wszystkiego. Autorytatywnie wypowiadają się w swoich publikacjach na tematy socjologiczne, takie jak rasizm i stosunki międzyrasowe; na tematy polityczne i historyczne, takie jak imperializm i socjalizm; tematy z dziedziny psychologii, takie jak seks, zarówno hetero-, jak i homoseksualny; oraz na tematy z dziedziny kryminologii, takie jak gwałt, pornografia i pedofilia. Niektórzy nawet ferują kategoryczne sądy na temat ekonomii. I jasne jest, że we wszystkich tych przypadkach nie tylko nie czują się niepewnie z powodu braku profesjonalnego przygotowania i zbyt wąskiej wiedzy; uważają, że owe braki rekompensuje z nawiązką świetny model teoretyczny, którym się w swoich dociekaniach posługują. Zważywszy na to, jak wiele ostatnio się zmieniło, nie dziwi fakt, że zmiany zaszły także w sposobie nauczania literatury. Są one w istocie najbardziej widoczną oznaką całościowej zmiany w życiu uniwersyteckim. W stosunkowo krótkim czasie zmieniła się akademicka…