W nepalskiej Dolinie Świętych Miast, na murach doskonale wycezylowanych świątyń hinduistycznych, wiszą kolorowe plakaty. Świątyń jest mnóstwo, i to zarówno w samym Kathmandu, jak i w sąsiednich Patanie i Bhaktapurze. Do tego jeszcze trzeba doliczyć dziesiątki, a może i setki świątyń i kapliczek w pobliskich miasteczkach i wioskach. Liczba plakatów jest chyba jednak większa. Bo chociaż część świątyń oszczędzono, na murach innych powieszono plakatów co najmniej kilka, i to tak, żeby widoczne były z każdej strony budynku. Symbole na plakacie są międzynarodowe, niemające do tego żadnego związku z koncepcją hinduistycznego panteonu ani z historią o boskiej małpie Hanumanie, ani z przypowieścią o księciu Ramie czy boskim pasterzu Krysznie. Na plakatach są po prostu sierp i młot. Najczęściej (i to zgodnie z zupełnie inną tradycją, z zupełnie innego kraju) w kolorze żółtym, który uderza dobrze znanym kontrastem z czerwonym tłem. Dużo rzadziej pojawia się twarz towarzysza Praczandy, wodza maoistycznej rewolucji jawiącej się postronnym obserwatorom jako niezwykły anachronizm początku XXI wieku.
Widoczny przymusowy związek symbolicznego plakatu ze świątynią jest za to absolutnie bezprecedensowym coincidentia oppositorum, o którym nie wspominał Mircea Eliade w swoich dziełach o historii religii. Oczywiście tak do końca nie wiadomo, czy maoistowski sierp i młot wiszący na hinduistycznej świątyni to symbol rewolucyjnego zwycięstwa nad tradycją hinduizmu i zapowiedź jakiejś nowej (a raczej całkiem starej i całkowicie zużytej) ideologii, która miałaby zastąpić dotychczasową wiarę w inkarnację bogów Wisznu i Siwy. A może raczej – w myśl globalnej i bliżej niedookreślonej wizji postmodernizmu – to symbol jakiejś przyszłej unii rewolucyjno-religijnej, o której do tej pory świat nie…