Na pewno żyjemy w czasach antyutopii. Po straszliwych doświadczeniach XX-wieku nie mamy już chyba ochoty dalej majstrować przy przyszłości, bo na własnej skórze poznaliśmy, do jakich nieszczęść prowadzą lekkomyślne eksperymenty. A jednocześnie wiemy – jak nigdy dotąd w dziejach – że możliwości ludzkie są ograniczone, a zasoby bliskie wyczerpania. Dlatego wyobraźnia śpi, a kiedy się obudzi, jest przeganiana do sfery prywatnej. Od spraw zbiorowych jej wara; nie damy się nabrać na kolejną wersję „nowego wspaniałego świata”, gdzie wkrótce zobaczylibyśmy drugą stronę bramy ozdobionej napisem „Arbeit Macht Frei”, a w najkorzystniejszym razie nadzorowany przez tajniaków niedobór i nudę. Nie marzymy już o lepszej przyszłości ani – tym bardziej – o idealnym ustroju. Przyszłość będzie mniej więcej taka jak teraźniejszość, oby nie była gorsza. Na pewno komputery będą szybsze, telefony komórkowe jeszcze zabawniejsze, a samochody wygodniejsze, ale wzbraniamy się pomyśleć o tym, czy nasze życie mogłoby być lepsze? Owszem, człowiek nie potrafi żyć bez marzeń, marzymy więc o forsie, podróżach, eleganckim samochodzie, pięknym domu, ciele ponętnym i sprawnym, bo udoskonalonym przez chirurga plastycznego albo innego szarlatana. Dzisiejsze utopie są płaskie i narcystyczne, marzenia limitowane. Lepszą przyszłość proponuje nam najwyżej reklama pod warunkiem natychmiastowego zakupu polecanego przez nią produktu. Ideologia umarła, a politycy niczego już od…
Pisarz, publicysta, obieżyświat. Wydał między innymi powieść S.O.S., tomy esejów filozoficznych: Wołanie o sens oraz Paradygmat.