Jest w powieści W oczach Zachodu passus, który wykłada wiedzę Conrada o Wschodzie, ujawnia resentymenty i lęki, a zarazem rzuca pewne światło na jego system wartości. Conrad pokazuje tam rosyjskiego terrorystę na tle realiów Szwajcarii. Gdy Razumow przechodzi przez bramkę prowadzącą do podmiejskiej posiadłości, zauważa, że nikt tej bramki nie zamyka. To zdaje mu się wstrętnym: „-Demokratyczna cnota! Widocznie nie ma tu złodziei – mruknął do siebie niechętnie. Lecz zanim wszedł do parku, spojrzał jeszcze kwaśno na jakiegoś robotnika siedzącego bezczynnie na ławce w szerokiej czystej alei. Jegomość ten wysoko zadarł nogi, rękę przewiesił przez niską poręcz publicznej ławki i wypoczywał po królewsku z taką miną, jakby wszystko wokół należało do niego.
– Wyborca! Wybieralny! Oświecony! – mruknął Razumow do siebie. – A z tym wszystkim bydlę”.
Świat, w którym ludzie ufają sobie, świat, w którym jest się u siebie „po królewsku”, nawet będąc kimś z niższych warstw, to coś spoza osobistego doświadczenia Conrada, jemu przecież i na Wschodzie, i na Zachodzie dawano niejeden raz do zrozumienia, że nie jest u siebie. I niejeden raz zawiódł się, gdy zaufał. W tym fragmencie powieści W oczach Zachodu odczytuję nie doświadczenie pisarza, a conradowską utopię, utopię zagrożoną przez to, co ów anarchista Razumow po pierwsze i po drugie „mruknął”. Podłość i rozpacz grożą godnemu porządkowi świata.
Taka utopia jest może silniejsza w nas niż ideały męstwa, obowiązku,…