Wyczerpana lękiem o utratę wynajmowanego mieszkania i środków do życia Zawadzka decyduje się wyjechać do Berlina, gdzie zatrudnia się jako pomocnica ogrodnika. Do Polski wraca po czterech latach, gdy za sprawą reform Gowina jej zarobki wzrastają o 100%.
Gorycz to autobiograficzna opowieść o wycieńczającej pracy fizycznej i upokorzeniach, których doświadcza gastarbeiterka z Europy Wschodniej. O ubóstwie, dorastaniu w bloku i nienawiści do dzieci z dobrych domów. O ludziach ślepych na swoje przywileje.
Książka ma robić wrażenie do bólu szczerej, bezkompromisowo „walącej w system”. Ale jest taka tylko połowicznie. Autorka pomija fakt, że podczas emigracji była zatrudniona w Polsce jako naukowczyni na umowę o pracę. O wyższym wykształceniu rodziców ledwie wspomina. Opisuje siebie jako osobę z awansu, nie mówiąc jednak, skąd i dokąd awansowała. Otwarcie natomiast demonstruje pogardę dla polskiej „rusofobii” czy „świata tzw. tradycyjnych wartości – [jak] rodzina, heteronorma, homofobia”. Tego, że sytuuje ją to niepokojąco blisko kipiących niechęcią do „pisowskiego ciemnogrodu” elit, zdaje się nie zauważać.
Gorycz mogłaby być poruszającym świadectwem deklasacji. Pokazującym, jak niestabilne są kategorie awansu, biedy i klasy społecznej. Mogłaby, bo o wielu sprawach Zawadzka opowiada z odwagą. Powstała jednak pełna niedomówień klasowa przebieranka, mogąca szokować tylko wąską grupę, do której obawiam się, że autorka – wbrew deklaracjom o niewystarczającym kapitale kulturowym – sama się zalicza.
Anna Zawadzka Gorycz Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025, s. 216

