W miarę jak coraz lepiej opanowywałem sztukę czytania struktur matematycznych, rosło moje zdziwienie faktem, że niektóre z nich precyzyjnie „pasują” do pewnych obszarów świata. Na przykład równanie, które ktoś wymyślił (Maxwell, Einstein, Schrödinger…), a które ja przyswoiłem sobie z wielkim trudem, i to jedynie w pewnym tylko stopniu, tak się zachowuje, jakby w nim była zapisana – lub wręcz zadana – struktura pewnej części (lub aspektu) świata, z detalami, jakich nie mogli znać ci, którzy to równanie po raz pierwszy napisali. Tę zadziwiającą własność świata (i matematyki!) zwykłem nazywać jego racjonalnością. Przecież matematyka jest wykwitem ludzkiej racjonalności i jeżeli świat jej ulega, to można go nazwać – w tym i tylko w tym sensie – racjonalnym. Oczywiście nie chodzi o matematykę, jaką wyrażamy za pomocą naszych pojęć i symboli, lecz o matematykę, do której nasze pojęcia i symbole jakoś się odnoszą.
Kiedy po raz pierwszy przeczytałem zdanie Leibniza, zapisane przez niego na marginesie tekstu Dialogus: „Gdy Bóg liczy i zamyśla, świat się staje”, uderzyła mnie trafność tej metafory. Rzeczywiście, równania Maxwella, Einsteina, Schrödingera i inne równania fizyki matematycznej zachowują się tak, jakby stanowiły fragmenty programu, według którego Bóg stworzył świat.
Moje zdziwienie skutecznością matematyki stawia nieco szerszy problem: jaka jest rola zdziwienia w argumentacji za istnieniem…