Ponieważ pragnę – czemu? – wydobyć je z siebie, układam listy słów, zdań, połączeń, których nigdy nie miałam okazji powiedzieć.
Szyja smukła jak brzoza, z wgłębieniem.
Miej ciastko i zjedz, nie wybieraj.
Szczodre twierdzenie, drastyczna oszczędność.
Pożądam.
Wypluj te słowa.
Obiadokolacja, bistro, francuska, pokusa, kaskada, seks.
Smakowałaś.
Niczyja wina.
Jasny śmiech.
Pierwsze spotkanie?
Patrzyłam: nawet z dala widać było kolor oczu, w nich błyski. Błyski potem Word zmienił na blizny. Blizny w oczach, wyżłobienia w paznokciach. Jakieś teksty inkrustowane pochlebstwem, bo to było spotkanie o książce, potem knajpa, cały ten szum w tle, rytuały (że niby czytali) i cisza na pierwszym planie. Stykanie się kolanami, zapach świeżego prania. Opisałam: wąskie palce zaciśnięte na szklance, siwe naczynia krwionośne pod skórą jak papier ryżowy, paznokcie w kształcie migdałów. Te palce jeszcze tej samej nocy wkładałam pod powiekami do ust i zasypiałam jak wtedy, gdy byłam mała. Smakowały jak gruszka w syropie, jak poire belle Hélène w płatkach migdałów. I tak już co noc; tylko smaki się czasem zmieniały.
A w tych snach cytowałam O’Harę (poetka ze mnie żadna, choć nie przestaję się starać): moje wiersze patrzą na ciebie, ty na nie, może nie? moje wiersze mówią o srebrze twoich oczu, twoje oczy jeszcze tej samej nocy – tak, zapewne w czyimś przekładzie.
Tydzień później dostałam wiadomość, w niej trzy słowa: przetłumaczę tę powieść. Zgodziłam się w ciemno.
Język…
Pierwsze spotkanie?
Dziewczyna w spranych dżinsach z dziurą na kolanie wchodzi grudniowego wieczoru do księgarni, szybko rozgląda się wokół zza powiększających oczy szkieł w szylkretowej oprawie i zajmuje miejsce w środku trzeciego rzędu krzeseł z jasnej sklejki. Sala jest niewielka, więc ustawiono je ciasno. Mimo sporej frekwencji i zapełnienia dwóch pierwszych rzędów jej twarz będzie przez cały czas widoczna dla osób naprzeciw, z kanapy. Spojrzenie będzie miała chłodne i surowe, choć dwa, trzy razy gdzieś z głębi wychyną iskierki rozbawienia i zgasną. Za szybami księgarni nagle zapadnie mrok, jak spuszczona nagle roleta. Bez ostrzeżenia. Nikt w środku nie zauważy.
To wszystko wydarzy się bez ostrzeżenia.
Pierwsze spotkanie?
Weszłam tam, było jasno i ciepło. Miłe schronienie, na dworze wiało. Mogłabym utrzymywać, że to był przypadek, że chciałam się ogrzać wśród książek, ale nie. Kto by uwierzył?
Pachniało papierem, a kolorowe okładki na ścianie naprzeciw drzwi – chyba ktoś zrobił to specjalnie – ułożyły się w malowniczą mozaikę. Chciałam tam podejść, bo zobaczyłam tom amerykańskich poetów, dawno nie do kupienia, poza tym zamierzałam przejechać palcem po grzbietach. Nie lubię mieć niezajętych rąk, gdy nie jestem u siebie. Czekaj, niezgrabnie… Zawsze lubię mieć zajęte ręce. Ale te krzesła ktoś ustawił tak ciasno, prawie jedno na drugim – przeszło mi przez myśl, że jest ich o wiele za dużo, że będą świecić pustkami, a to zawsze przykre, lecz nie. Przyszło dokładnie tyle ludzi, ile miejsc. W każdym razie ruszyłam przed siebie, zahaczyłam nogą o nogę, osoby na kanapie podniosły głowy, opadłam na środkowe krzesło w którymś z pierwszych rzędów, trochę zażenowana, i nie zdejmując kurtki, zastygłam. Nie chciałam już robić hałasu. Czekałam na początek.

