70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Znośna i nieznośna

Drzazga. Kłamstwa silniejsze niż śmierć Mirosława Tryczyka oraz Płuczki. Poszukiwacze żydowskiego złota Pawła Piotra Reszki podejmują pracę nad trudną – najtrudniejszą – polską pamięcią. Wspólny jest ogólny kierunek tej pracy: konfrontacja wspólnoty z niechcianymi, odrzucanymi faktami, jak również niektóre sposoby przeprowadzania tej konfrontacji.

Teksty składające się na Drzazgę Mirosława Try­czyka krążą (podobnie jak jego wcześniejsza praca badawcza) wokół pogromów, w jakich w czasie wojny ginęli z rąk swoich sąsiadów żydowscy Podla­sianie. Temat Płuczek to bulwer­sująca, wręcz niewiarygodna, lecz trwająca latami powojenna prak­tyka: przekopywanie terenów byłych obozów zagłady w Bełżcu i Sobi­borze w poszukiwaniu kosztowności w szczątkach ciał. W pierwszym wypadku chodzi więc o przemoc i śmierć, których sprawcami byli Polacy, przejmujący potem majątki ofiar i latami utrzymujący zmowę milczenia. W drugim – o potrak­towanie miejsca ludobójstwa i ciał zabitych jako materialnego zasobu, z którego można czerpać korzyści. Oba przypadki oświetlają się, ujaw­niając nieznośną prawdę. Skoro coś takiego było możliwe, oznacza to, że żydowscy Polacy, obywatele tego samego przedwojennego państwa i przed­stawiciele tego samego ludzkiego gatunku, zostali radykalnie wyrzuceni poza obręb wspólnoty. Ich życie nie było postrzegane jako wartość, śmierć jako ciężar, ich ciała nie były ciałami ludzkimi, lecz substancją w rodzaju ziemi czy odpadków.

Trudność pamięci
Na czym polega trudność „trudnej pamięci”, skąd się bierze? Nie chodzi tu tylko o proste zatajanie winy, którą dałoby się ujawnić jednora­zowym, przełomowym aktem. Jedna z możliwych odpowiedzi, jaką suflują pamięcioznawcy, wykorzystuje pojęcie bezpieczeństwa mnemonicznego. Zarówno jako pamiętające jednostki, jak i – tym bardziej – jako wspólnoty mamy skłonność do przywiązywania się do pewnego obrazu naszej prze­szłości jako bezpiecznego oraz obiecującego nam poczucie kontroli nad rzeczywistością. Wzmacniamy więc pożądaną wizję przeszłości, a to, co z nią koliduje, budzi odruchowy opór.

Tymczasem jednak im dalej idą usiłowania takiego zabezpieczania się, im bardziej staramy się stabilizować naszą pamięć wokół konkretnego obrazu przeszłości i im mocniejsze środki do tego zaprzęgamy, tym bardziej prowadzi to, paradoksalnie, do utraty stabilności i zwiększenia poczucia zagrożenia. Przykładem takiej sytuacji jest znana sprawa międzynarodowego skandalu zapoczątkowanego w 2018 r. zmianą Ustawy o IPN, ustanawiającą sankcje karne za przypisywanie polskiemu państwu i narodowi współodpo­wiedzialności za zbrodnie wojenne; działanie, którego celem miało być utrwalenie pozytywnego wizerunku Polski i Polaków, wywołało zgoła przeciwne skutki, ukazując Polskę jako kraj odmawiający głosu ofiarom traum historycznych, ukrywający coś ze swojej przeszłości.

Systemy obronne
Obie książki kierują naszą uwagę nie tylko na fakty, ale i na „systemy obronne” (tytuł jednego z roz­działów Drzazgi), niedopuszcza­jące do artykulacji tych faktów w ramach pamięci – i zbiorowej, i indywidualnej. Tryczyk opi­suje wręcz instytucjonalizację oporu wobec pamięci o pogromie w Jedwabnem: powołanie Komitetu Obrony Dobrego Imienia Miasta pokazuje, jak w „działania obronne” wpisują się władza państwowa, Kościół i samorząd. W obu pozy­cjach najciekawsze – i najbardziej obezwładniające – były dla mnie jednak zapisy rozmów pozwalające obserwować, jak system ten nadaje ramy pamięci konkretnym ludziom.

W wypowiedziach mieszkańców podlaskich miejscowości oraz wsi otaczających obozy powtarzają się te same wyrażenia, argumenty, myślowe przeskoki i skojarzenia mające unieważniać trudną prze­szłość, pozwolić poczuć się z własnym sumieniem dobrze – choć nie zawsze się to udaje.

Duża część tekstu Reszki jest zorganizowana przez zestawianie fragmentów wypowiedzi miesz­kańców, co pozwala skupić na nich całą uwagę. W zakończeniu części dotyczącej okolic Bełżca przeplatają się głosy dwóch osób. „Urzędnik” pod wpływem rozmowy z reporterem domyśla się przeszłości swojego wujka, którym, jak się orientujemy, jest drugi bohater tekstu, kopacz. Przez ich wypowiedzi przebija nerwowość, ewidentna świadomość, że coś jest nie tak, która jednak nie będzie wprost wypowiedziana. Urzędnik, bardziej skory do potępienia, póki chodzi o obcych ludzi, znajduje mnóstwo powodów, by się od niego wymówić w przypadku krewnego, „porządnego człowieka” (s. 116). Zestawienie tej oceny z wypowiedziami samego kopacza buduje ironię: ten – w ostatnich słowach reportażu – zamyśla się nad możliwością powrotu do kopania: „podobno (…) w lesie pod drzewami wciąż złoto można znaleźć. Jakby tak pochodzić” (s. 117).

Świadkowie
W obu książkach pojawiają się również informatorzy-świadkowie, którzy, wydawałoby się, szukają możliwości etycznego odniesienia się do sprawy, chcą ocalić twarz nie przez zaprzeczanie przeszłości, ale przez zajęcie „właściwego” stanowiska wobec zbrodni. Często próby te okazują się jednak nieporadne, grzęzną w trudnościach. W kulminacyjnych momentach „system obronny” uaktywnia się ze zdwojoną siłą i ludzie, którzy wcześniej starali się zachować przyzwoicie, wybuchają: zaczynają relatywizować zbrodnie, usprawiedliwiać sprawców, obwiniać ofiary, szukać „bardziej winnych”, na których można by przekierować uwagę. W desperacji przekreślają to, co powiedzieli przedtem, sięgając czasem również po antysemickie klisze.

Przejmujący przykład przynosi Drzazga: Tryczyk opisuje swoje spo­tkanie z przeszło 80-letnim Janem Skrodzkim, który gościnnie go przyjmuje i składa wyczerpujące świadectwo o pogromie w Radziłowie, potwier­dzając, że jego ojciec Zygmunt był wśród sprawców, zgwałcił i zamordował żydowską nastolatkę. A jednak po chwili podejmuje rozpaczliwą, niespójną próbę omówienia winy ojca w taki sposób, żeby ją jakoś złagodzić.

Trudna przeszłość wydaje się nieznośna. Jeśli mamy się z nią skon­frontować, musimy ją jednak jakoś znieść; jednocześnie jeśli staramy się uczynić tę pamięć znośną, pojawia się ryzyko, że zaczynamy nią manipu­lować, ułatwiać sobie tę konfrontację, wmontowując w nią mimochodem „bezpieczniki mnemoniczne”. Żeby dało się o niej pisać i czytać, trudna pamięć musi być przynajmniej minimalnie możliwa do zniesienia; żeby to pisanie i czytanie miało sens, musi pozostać nieznośna. Nie da się wyjść z takiej sytuacji, trzeba ją rozwiązywać wciąż od nowa. Podjęcie próby przełamania tabu może mieć różne skutki; najbardziej przygnębiający wydaje się omawiany w Drzazdze wariant jedwabieński, gdy po ujawnieniu i nagłośnieniu zbrodni nazwa miasta stała się ogólnopolskim symbolem winy (być może odwracając uwagę od powszechności zjawiska), a lokalnie trudna pamięć została kompletnie zablokowana. Czy można było tego jakoś uniknąć? Rozmówca Tryczyka Adam Socha zastanawia się: „Proszę się postawić w takiej sytuacji, w jakiej oni [jedwabnianie] się znaleźli po 2000 roku. (…) Że tam zamieszkał jakiś szczególny, zdegenerowany gatunek ludzki. To jest nie do wytrzymania. Oni potrzebowali pomocy psychologów, kapłanów. (…) Teraz (…) kłamią. Czepiają się wszystkiego, (…) co może dać im alibi” (s. 252–253).

Praca nad trudną pamięcią jest więc wielopoziomowa: żeby ją „odbezpieczyć”, przełamać systemy obronne i zmienić punkt widzenia, nie wystarczy po prostu „powie­dzieć prawdę”, choć oczywiście w pewien podstawowy sposób przede wszystkim o to chodzi. Fakty muszą być ustalone, wypo­wiedziane, nagłośnione; trzeba przełamywać opór, wybierać kon­kretne słowa, przewidywać i powo­dować reakcje, budując żmudnie pamięć, pokazywać równolegle przyczyny i sposoby działania niepamięci. Opowieści wchodzą ze sobą w różne zależności, mogą być wysławiane na wiele sposobów i z wielu perspektyw. Każdy tekst – również Płuczki i Drzazga – jest wypadkową licznych wyborów: kto mówi, w jaki sposób, z jakiego punktu widzenia, kogo włączamy, z kim się utożsamiamy, kogo bie­rzemy za wzór.

Reporterskie praktyki
Podstawowe elementy budujące obie książki są dość podobne. Mamy tu do czynienia z serią spotkań z różnymi osobami – czasem świad­kami przeszłości, częściej współ­czesnymi mieszkańcami Podlasia i okolic obozów, niekiedy także osobami z zewnątrz, ekspertami. Ich wypowiedzi są szeroko cyto­wane i w różnym stopniu komen­towane; reporterski głos dostarcza kontekstów, prezentuje wyniki poszukiwań w archiwach czy pod­powiada swoje oceny, niekiedy zaś na pozór się wycofuje. To naprze­mienne ukrywanie i eksponowanie narratora, usytuowanie autorskiego „ja” wobec trudnej pamięci jest klu­czowym elementem konstrukcji tekstu oraz jego oddziaływania. „Ja”-reporter, podejmując próbę odbezpieczenia polskiej kultury pamięci, staje się przecież niejako naszym przedstawicielem i przewodnikiem w tej konfrontacji z przeszłością, a (względnym) sukcesem pamięciowej pracy byłoby dołączenie do niego czytelników i czytelniczek.

„Ja” reporterskie z Płuczek to postać, która może wydać się neutralna, oszczędna, jej wyraźna obecność ogranicza się do kilku żałobnych gestów. Styl całego tekstu jest lapidarny, opiera się na krótkich, rzeczowych zda­niach, podających fakty, liczby, daty, listy. Nie oznacza to jednak emocjo­nalnej obojętności. Ta oszczędność tworzy raczej efekt porażenia, moralnej zgrozy, która cały czas pozostaje w tle lektury. Nośnikiem tej zgrozy jest właśnie podmiot tekstu. Choć stroni od bezpośredniego wyrażania ocen etycznych, obserwując swoich rozmówców z zewnątrz, notuje często, jak się kompromitują, zestawia cytaty i fakty, które wybrzmiewają jedno­znacznie. Tadeusz S. z Chlewisk załamuje się i zaczyna płakać, gdy mówi o głodzie, który czuł w czasie wojny („małom nie umarł, taki byłem chory. Zaparło się to we mnie. Nie mogę mówić”, s. 37), ale bezemocjonalnie, a nawet energicznie opowiada o śmierci Żydów, o ich ciałach, o kopaniu; jego płacz staje się świadectwem nie nędzy, ale egotyzmu. Pytania Reszki wydobywają przede wszystkim te elementy reakcji i przeżyć, których nie wykazują jego rozmówcy: brak współczucia, solidarności, brak wstrząsu, brak przerażenia, potępienia, wstydu, brak tej zgrozy, którą wraz z pyta­jącym jako czytelnicy odczuwamy.

W przeciwieństwie do dys­kretnej obecności reporterskiej persony Reszki, Mirosław Tryczyk jest w znacznie większym stopniu bohaterem własnej książki, a jego historia rodzinna tworzy jej ramę. Tryczyk inaczej rozgrywa również kwestię usytuowania siebie wobec wydarzeń z przeszłości: ujawnia, że jego ukochany dziadek, Podlasianin, czule zapamiętany z dzieciństwa, był w rzeczywistości prześladowcą własnej rodziny oraz sprawcą i beneficjentem śmierci żydow­skich sąsiadów. To przeraźliwe, wypierane rodzinne dziedzictwo jest tytułową „drzazgą”. Tryczyk staje się więc symbolicznym przy­kładem możliwości przełamania złej tradycji, przekuwającym winę i wstyd nie na milczenie, ale na poświęcenie dla pamięci.

„Ja” Drzazgi wyłania się więc z wyrazistego autoportretu; podmiot jest tu bardziej obecny i w o wiele większym stopniu uka­zuje się nam jako uwikłany w kom­plikacje odbywających się spotkań i rozmów. Drzazga podkreśla aktyw­ność reportera-narratora, który jest nie tylko badaczem i sprawozdawcą, ale też inicjatorem i uczestnikiem wydarzeń, polemistą, ofiarą ataków, pamięciowym aktywistą. To pod­miot działający, i to działający bez­kompromisowo, zdecydowanie.

Trzeba przy tym zauważyć, że w tym performowaniu sprawczości Drzazga stała się bardzo męskim tekstem, w którym do przedsta­wiania mężczyzn i kobiet służą nie­kiedy dość zużyte klisze. Kobiety prawie zawsze opisywane są przez pryzmat wyglądu, a ich niezdecydo­wanie, wrażliwość, lęk czy słabość kontrastują z determinacją repor­tera-narratora. Dotyczy to również jego pamięciowych sojuszniczek, Anny z Radziłowa („w dżinsowej sukience, o długich blond wło­sach”, s. 47) czy Małgorzaty z Gra­jewa, („drobnej blondynki”, s. 81). Zamordowane Żydówki ze Szczu­czyna, których historia szczególnie poruszyła reportera, również stają się przedmiotem opisu podkre­ślającego płeć: na ich zdjęciach odnotowane są „zadziorne” czy „powłóczyste spojrzenia”, „flirciar­skie błyski”, „nieco bezwstydnie podsunięta ponad kolano sukienka” (s. 166–167). Pisząc o tym, czuję się, rzecz jasna, niezręcznie – może się to wydać małostkowe wobec reportera, którego pracę wystar­czająco przecież utrudniają kul­turowe systemy obronne. Sprawa jest jednak istotna – ze względu na to, jaki punkt widzenia i jakie doświadczenie projektuje tekst dla czytelnika-potencjalnego kolejnego podmiotu pamiętającego.

*

Obaj autorzy – choć rzadko – natrafiają też w swojej pracy na osoby, które stają się sojusznikami pamięciowej sprawy. Czasem są to świadkowie, lokalni historycy, często osoby, które wyjechały z badanych miejscowości do miast, niekiedy mieszkańcy tych okolic, jak bohater tekstu Warkocz z Płuczek, który wielokrotnie pracował fizycznie przy badaniach archeolo­gicznych w obozie zagłady, rozwijając w sobie poczucie żalu i obowiązku pamiętania. W tekście Tryczyka pojawiają się też instytucje i jednostki dążące do upamiętnienia zbrodni. O takich sojusznikach mówi w Płuczkach Michał Bilewicz, przypominając, że jednak są też ludzie, którzy „odbiegają od schematu” upiornej obojętności (s. 85). Możemy się przy nich zatrzymać myślą – nie po to, żeby budować usprawiedliwienia, czynić pamięć znośną, ale po to, żeby dołączyć do budowania tej wspólnoty, nawet jeśli w porów­naniu z systemem bezpieczeństwa mnemonicznego jest ona teraz słaba. System ten działa intensywnie, ale nie może być naprawdę skuteczny. Jeśli w ogóle możemy poczuć się (względnie) bezpiecznie, to nie przez budowanie pamięciowych murów, ale przez zmianę postawy: uznanie za wartość innych pamięci, troski, solidarności i rzeczowej krytyki własnej wspólnoty.

Dziękuję Aleksandrze Szczepan za nasze rozmowy o polskiej pamięci i zwłaszcza za „odbezpieczanie”.


Paweł Piotr Reszka

Płuczki. Poszukiwacze żydowskiego złota

Wydawnictwo Agora, Warszawa 2019, s. 240

Mirosław Tryczyk

Drzazga. Kłamstwa silniejsze niż śmierć

Wydawnictwo Znak, Kraków 2020, s. 352


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter