Dorota Kotas fot. Anna Rezulak/KFP/Reporter
Dorota Kotas luty 2021

Co mi zrobił patriarchat?

Bardzo trudno wyrasta się na kogoś, w kim jest siła i pewność siebie. To egzotyczne wartości, które skutecznie eliminuje wychowanie dziewczynek do bycia grzecznymi i ciągłe przywoływanie ich do porządku. Takie wychowanie sprawia, że codziennie chce się wyłącznie zniknąć.

Artykuł z numeru

Zniszczyć patriarchat w sobie

Czytaj także

Justyna Bargielska

Na karuzeli

Dobrochna Kałwa

Emancypacja kobiet po polsku

W dzieciństwie byłam chłopcem. Przynajmniej częściowo. Miałam komplety sportowych ubrań z rysunkami rakiet kosmicznych i rakietek tenisowych, wzory na tyle uniwersalne, żeby pasowały na brata, kiedy z nich wyrosnę. Mój rower miał najwięcej przerzutek ze wszystkich dziecięcych rowerów, a moje ciało miało najwięcej strupków, które można było zdrapywać, i wtedy jak na moje standardy wyglądało to jeszcze bardziej elegancko, jak u prawdziwego wojownika. Miałam typową fryzurę lat 90. przeznaczoną dla dzieci: możliwie krótką i z krzywą grzywką skracaną nożyczkami przez matkę do takiej długości, żeby nie zasłaniała zbyt dużo czoła i żebym od niej nie oślepła. Ojciec mówił do mnie Dorek i z całą pewnością byłam jego ulubionym synem. Zabierał mnie do warsztatu, mogłam budować tam domy lub meble z drewna, używając przy tym wszystkich dostępnych narzędzi, nawet krajzegi, czyli stołowej piły tarczowej, chociaż tej akurat z niewielką pomocą. Wychodziłam sama z domu i nigdy nie miałam wyznaczonej godziny powrotu. Wieczorami poza domem pilnował mnie tylko duży czarny pies rasy seter szkocki (gordon), z którym mieliśmy najwięcej przygód, byliśmy władcami całego świata, nieustraszonymi i pewnymi siebie. Wiedziałam, że umiem dobrze wspinać się na ogrodzenia i że szybko jeżdżę na rowerze, daleko, aż do wielkiej szosy lubelskiej, więc wydawało mi się, że takie talenty wystarczą, żeby poradzić sobie jakoś w życiu. To była dobra perspektywa. Nie czułam się specjalnie ważna dla moich rodziców, ale byłam ważna sama dla siebie i to było dla mnie w sam raz.

Mogłam być, kim chciałam. Kiedy ktoś pytał mnie, kim chcę zostać, jak dorosnę, odpowiadałam, że psem, ale prawdę mówiąc, nigdy do końca nie wierzyłam, że uda mi się dorosnąć. To była odległa koncepcja filozoficzna, poza moim pojęciem, bo ja nie byłam za bardzo zainteresowana transferem z dziecka w prawdziwą dorosłą osobę; sam pomysł, że można zaplanować sobie przyszłość, wydawał mi się co najmniej głupi.

Czułam, że moje ciało to ciasny, ale jednak wystarczający domek zbudowany w odpowiedniej skali. Wszystko się w środku mieściło i działało jak trzeba. Było w nim wygodnie jak u Reksia w budzie. Oczywiście, gdyby nadarzyła się taka okazja, to mogłabym je wymienić na trochę ładniejsze ciało, np. ciało atomówki, która ma długie żółte włosy i może latać oraz uratować świat, ale mój wzrost i wiek wydawały mi się doskonałe, trafione w punkt. Nie chciałam ich gwałtownie zmieniać. Cieszyłam się, że ktoś mnie tak świetnie wymyślił, oraz z tego, że miałam w sobie wielką prędkość i supersiłę. Potrafiłam sama się sobą zaopiekować, wymyślałam wspaniałe historie i umiałam dobrze rysować wilki, a więc dorastanie nie było mi do niczego potrzebne. Nigdy nie uwierzyłam też do końca w to, że moi rodzice byli kiedyś dziećmi podobnymi do mnie. Wcale nie dawali tego po sobie poznać. Fakt, że ja byłam dzieckiem, był moją supermocą. Niestety, szybko się okazało, że nie wszystko układa się w życiu po mojej myśli.

Niezdarna kosmitka

Czytaj także

Na karuzeli

Zmiany przychodziły stopniowo. Przyjmowałam je z dużą zgrozą, bo były niespodziewane i straszne. Wcale mi się nie podobało to, co się ze mną dzieje. Emocjonalnie znajdowałam się w otchłani rozpaczy albo na wyimaginowanym cmentarzysku słoni, gdzie pełno jest walających się kości i chichotliwych hien. Byłam tam całkiem sama, odłączona nawet od własnego ciała, bo to nowe ciało było już inne, nie było tak bardzo moje. Pojawiły się rzeczy, których nie mogłam uniknąć, i to było straszne. Na początku myślałam, że dam radę zatrzymać jeszcze zbliżającą się wstrętną starość, przez niektóre osoby nazywaną też dojrzałością. Wymyśliłam na nią różne sposoby. Miałam nadzieję, że jeśli będę na bieżąco wyrywać pęsetą włosy łonowe i zakrywać pachy, to wszystko będzie dobrze i nie trzeba będzie niczego zmieniać. A jednak było coraz gorzej. Najchętniej spędziłabym cały okres dojrzewania zamknięta w domu. Trwałoby to kilka lat, ale może łatwiej bym go zniosła i nie czułabym się taka zniszczona życiem wśród ludzi, którzy nie przestawali oceniać mnie przez pryzmat wyglądu i niespodzianek zmieniającego się ciała. Niestety, rodzice się nie zgodzili i musiałam chodzić do szkoły. Było to miejsce mało przyjazne do życia. A tak naprawdę to każde miejsce poza moim pokojem było takie samo: najgorsze.

Codziennie konfrontowałam się z osobami, dla których byłam przede wszystkim ciałem, nastoletnim i nie do końca udanym – a więc jeszcze nie prawdziwą osobą – i nie było to dla mnie łatwe. Odkryłam wtedy, że o ile małe dzieci zostały wymyślone w taki sposób, żeby mogły wzbudzać w dorosłych chęć zaopiekowania się sobą i czułej ochrony, o tyle nastolatki wywołują w dorosłych wyłącznie lekki wstręt. Wyglądają jak niezdarni kosmici, mają nieproporcjonalne ciała, ich twarze świecą się od zbyt dużej ilości sebum, ciągle się czerwienią, potykają się o swoje własne nogi, mówią dziwnym głosem, wydają się strasznie głupi i nie ma w nich żadnej słodyczy. Z tych powodów z trudem traktuje się ich z szacunkiem. Szczególnie jeśli są dziewczynami. Czasami ten okres rozciąga się na całe życie albo kończy się, ale pozostają po nim okropna niepewność oraz poczucie wartości na poziomie zero, ciągłe przekonanie, że jest się nieważną i śmieszną. Bardzo trudno wyrasta się na kogoś, w kim jest siła i pewność siebie. To egzotyczne wartości, które skutecznie eliminuje wychowanie dziewczynek do bycia grzecznymi i ciągłe przywoływanie ich do porządku. To wychowanie sprawia, że codziennie chce się wyłącznie zniknąć.

Miałam nowy zapach. Był szczególnie wyraźny po WF-ie, na którym robiłam niewiele więcej poza wstydzeniem się siebie w spodniach odsłaniających nogi albo nóg w leginsach. Każda wersja była najgorsza, a WF był największym koszmarem. Pod warstwą odzieży sportowej z lycry rosły czarne włosy. Była ich cała plantacja! Myślałam, że z takim ciałem wyglądam jak zwierzę. Trudno było o czymś takim zapomnieć i spokojnie ćwiczyć dwutakt, podczas gdy chciało mi się wymiotować ze wstrętu od samego patrzenia na nogi. Moje łydki znacznie różniły się od ciał pań z reklamy, które pozawijane w białe ręczniki, siadają na brzegu wanny w telewizorze i maszynką usuwają niewidzialne włoski z idealnie gładkich nóg po to, żeby były jeszcze bardziej idealne. Matka straszyła mnie, że jeśli zgolę włoski na nogach, to odrośnie ich dwa razy więcej, będą dwa razy dłuższe i dwa razy grubsze, a skóra zrobi się czarna jak na brodzie u mężczyzny i nigdy nie pozbędę się tego zarostu. Kilka razy odważyłam się zaryzykować, ale miałam kłopoty, kiedy matka zauważyła, co zrobiłam, i musiałam przysięgać, że więcej tego nie zrobię. Nie było tak łatwo stać się panią z reklamy.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer