70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Buczenie po matce

Tak bowiem jak psychologia zna pojęcie wystarczająco dobrych rodziców, tak autorka zdaje się w „Bezmatku” dziękować za „wystarczająco trudną matkę”.

Zacznę od końca. Ab ovo, czyli od jajek, bo właśnie jajka – kinder niespodzianki objedzone z czekolady – znajduje córka w szufladzie przy łóżku matki dwa i pół roku po jej śmierci. W tej ostatniej scenie Bezmatku Miry Marcinów zostały „upakowane” – jak zabawki w plastikowym żółtku – wszystkie najważniejsze sensy książki. Dziesiątki jajek obrazują dziecinny apetyt matki na życie oraz zaspokajanie go „po swojemu” (logiczniej byłoby kupować samą czekoladę, skoro nawet nie rozpakowywała zabawek). Sytuacja zdradza też potransformacyjną biedę rodziny (na takie luksusy kobietę stać było tylko przez trzy miesiące, zanim jej firma nie splajtowała) i problem alkoholowy (ojczym kupował dziewczynce kinder jajko zawsze wtedy, gdy sam przynosił wódkę, a i matka – duże dziecko swojej córki – z piciem sobie nie radziła). Puenta książki jest zresztą pozornym końcem – mimo upływu czasu ból po matce nie zelżał, choć „zdrowa żałoba” według wskazań psychologów powinna trwać nie dłużej niż dwa tygodnie. Wciąż też między kobietami (żywą i martwą, a więc w polu pamięci) trwa cicha rywalizacja, odwieczna jak zagadka, co było pierwsze: jajko czy kura („A na koniec powiedziała »jajko«”).

Bezmatek z matką
Mira Marcinów jest znana jako autorka książek naukowych, w których naszkicowała archeologię psychopatologii w Polsce, m.in. Historii polskiego szaleństwa z 2017 r. i Niezabliźnionej rany Narcyza (dyptyk o polskiej psychoanalizie napisany wraz z Bartłomiejem Dobraczyńskim, 2018). W Bezmatku autorka rezygnuje z naukowości i daje nam ekstremalnie osobisty zapis doświadczenia przedłużonej żałoby (zapis autobiograficzny, choć, jak wyznaje Marcinów w wywiadzie dla „Dwutygodnika”, niekoniecznie w skali „jeden do jednego”).

Książka nie koncentruje się jednak tylko na opłakiwaniu zmarłej matki; przeciwnie – źródło żałoby, czyli przeżywania braku drugiej osoby, wybija już w dzieciństwie, kiedy obie bohaterki są pełne życia i bliskie sobie „na odległość rzęs”, a zarazem rozdziela je chłodny dystans narzucany przez matkę. W pierwszej części książki widzimy, jak córka jest poddawana treningowi bezmateczności: znosi znikanie matki w ciągach alkoholowych i przelotnych romansach [„Od kiedy pamiętam, bałam się, że umrze. (…) Gdy nie wracała przez kilka dni, jej siostra mówiła, że pewnie moja mama leży gdzieś pod śniegiem. Pijana. Bez majtek. Zaśnie. Zamarz nie”]; zdobywa szlify w opiece nad rodzicielką (poruszająca scena, gdy pijana mama zabiera dziewczynki na sanki w środku nocy i łamie rękę, ale na wizytę w szpitalu trzeba czekać do rana, aż wytrzeźwieje); wreszcie uczy się, jak być szczupłą, zadbaną i niezależną od nikogo, zależność bowiem „to najohydniejsze, co może spotkać kobietę”. Matka udziela córce lekcji osobistej wolności w okrutny (albo po prostu szczery) sposób – kiedy uświadamia ją, że najbardziej w życiu wstydzi się własnej kuchni, zębów i tego, że „przerwała studia, a nie ciążę”. Moment, w którym dziecko dowiaduje się, że wtrąciło ukochaną osobę w ohydę zależności, i kiedy samo siebie zaczyna postrzegać jako jej „błędną decyzję” – to zarazem chwila, kiedy w pełnię życia wdziera się żałoba, zaczyna się rozciągnięty na lata bezmatek.

Tytułowe słowo książki Mira Marcinów zaczerpnęła z forum pszczelarskiego[1]. Bezmatek oznacza rodzinę pszczół pozbawioną królowej.

Doświadczeni bartnicy potrafią rozpoznać bezmateczność po odgłosach i zachowaniu owadów. Są to m.in. jednostajne buczenie, niespokojne unoszenie odwłoków, „wypryskiwanie z ula”, „buszowanie po wylotku”, bezcelowe kołowanie albo niewyruszanie „na pożytek”. Nie wiemy, w którym momencie powstawania książki pojawił się tytuł (a zatem w jakim stopniu wpłynął na konstrukcję samej opowieści), ale pewne jest, że trafniejszego autorka nie mogła sobie wymarzyć. O językowej namiętności Marcinów – jej wsłuchiwaniu się w „bzyczenie” polszczyzny – świadczą już wcześniejsze publikacje naukowe, w dużej części poświęcone XIX-wiecznemu słownictwu psychiatrycznemu, jednak dopiero pierwsza stricte literacka książka autorki pozwala w pełni docenić jej lingwistyczny talent. O ile jednak tytuł bierze się z zachwytu słowem, o tyle główna narracja rodzi się tam, gdzie język zawodzi, wybrakowuje się: w okresie choroby matki, w chwili jej śmierci i w czasie żałoby po niej.

Bezmatek przy matce

Jeszcze w odniesieniu do czasu sprzed choroby narratorka stwierdza: „Matka lubiła być moją heroiną”. Uderza dwuznaczność słowa „heroina” – matka jawi się jako główna bohaterka córczynego dramatu, a zarazem jako narkotyk (niezwykle uzależniający, a pamiętajmy, co ona sama mówiła o niezależności!). Pierwsza część książki to ciąg matczynych portretów malowanych przez córkę zarazem z zachwytem i rozczarowaniem. Widzimy matkę szaleńczo beztroską (choć bojącą się obłędu), wirującą w tańcu na kacu przy dźwiękach disco polo, a jednocześnie rozprawiającą o Dostojewskim; malarkę, która z twardą dyscypliną wypracowuje swój piękny wygląd i wizerunek artystki (nawet jeśli jedynym artystycznym zajęciem było szycie torebek na sprzedaż). Ale nie umyka nam też inny obraz: zaharowującej się kobiety, która odpracowuje plajtę swojej firmy na robotach w Reichu i wraca stamtąd poturbowana; która kupuje u rzeźnika resztki niby dla psa, a tak naprawdę na zupę dla rodziny; która piecze dla córki ciastka ze skradzionych jabłek, choć głęboko gardzi „uległymi matkami” zajmującymi się wypiekaniem słodkości. W każdym z tych córczynych szkiców widać matkę jako królową i robotnicę zarazem, uwikłaną w przygodne relacje z trutniami, być może winną rozbiciu rodziny, ale jednocześnie spajającą matrylinearny rój niezwykle silnym, uzależniającym, „heroinicznym” feromonem.

Na te wszystkie portrety „sprzed choroby” zaczynają się nakładać – w drugiej części książki – inne obrazy. Pierwszy z nich to matka gwałtownie chudnąca – objaw, który obie z córką bagatelizują, bo przecież zostały kulturowo wytresowane w imperatywie szczupłości. Później wszystko toczy się szybko – od chwili zapadnięcia wyroku do zgonu z powodu raka mija dokładnie rok. W tym czasie córka nieugięcie trwa przy chorej. Znów musi być matką swojej matki, tak jak bywała w dzieciństwie podczas jej pijackich powrotów, tylko że teraz jest jednocześnie matką własnej córki, którą w tym samym pomieszczeniu karmi piersią i przewija na zmianę z karmieniem i przewijaniem umierającej. Te chwile bliskości kradzione niemowlęciu, śmierć wkradająca się w zaranie życia – to kolejna forma bezmatku, tym razem fundowana własnemu dziecku przez narratorkę, która również z coraz większą mocą doświadcza czerni bezmateczności.

Kiedy królowa jest chora lub umierająca, pszczoły krążą w powietrzu bez celu – podobnie narratorka: „szlaja się” po mieście, pije, flirtuje, kocha się z jednorazowymi partnerami.

Kompulsywny seks, uprawiany pod koniec choroby matki i w trakcie żałoby, zdaje się „najlepszą ripostą na roszczenia śmierci”.

Marcinów uparcie drąży stabuizowany temat związków między śmiercią a seksualnością, zastanawia się też, czy bycie „onkodziwką” jest – jak sugeruje znajoma psychoanalityczka – rodzajem perwersyjnej obrony w psychozie, ale szybko rezygnuje z naukowej podpórki i wyznaje tylko: „To mi się zdarzyło”.

Bezmatek po matce
Zarówno w drugiej, poświęconej chorobie części książki, jak i w kolejnych, skoncentrowanych na chwili śmierci, przygotowywaniu matki do pogrzebu, a w końcu relacjonujących czas „po matce”, Mira Marcinów bez asekuracji wchodzi w ekstremum. Z przywoływanego wywiadu z autorką wynika, że przekraczanie funeralnego tabu interesuje ją tym bardziej, im silniejszy jest – tkwiący u źródeł śródziemnomorskiej kultury – zakaz publicznego przeżywania przez kobiety żałoby. Od czasu starożytnej Grecji – stwierdza Marcinów – emocje kobiet są upolitycznione (o czym świadczy przypadek Antygony), a formy przeżywania żałoby wciąż nie utrwaliły się w kobiecej literaturze (albo raczej – jako zbyt histeryczne, dzikie, dokonujące przekroczeń – nie zmieściły się w uniwersalnych kategoriach i kanonach).

Autorka, która pisała Bezmatek w okresie, gdy miała skupić się na drugim tomie Historii polskiego szaleństwa poświęconym histerii, notuje wszystko to, co w trakcie żałoby zaskoczyło ją ekstremalnością. Niewątpliwie „dzikim”, samiczym, wręcz abiektalnym odruchem jest chęć nakarmienia matki mlekiem z własnej piersi. Trudne w lekturze – bo skazujące odbiorcę na rolę podglądacza – są opisy intymnego leżenia córki przy stygnącym matczynym ciele, sceny przygotowywania „funeralnego outfitu”, czyli „eleganckiego i elegijnego” stroju do trumny, dokonywania tanatokosmetyki (makijażu pogrzebowego), a wreszcie rozważanie, czy taką jak ona artystkę wypada pochować w pieluszce. Stylistycznym przekroczeniem wydaje się też rozdział, w którym Marcinów dowcipnie relacjonuje śmierć bliskiej osoby w formie tabloidowych nagłówków, albo ten, gdzie czekanie na zgon zostaje opisane językiem portali parentingowych. Warto zresztą podkreślić to znaczące odwrócenie: tak jak istnieje rodzicielstwo bliskości, tak może istnieć „córowizna bliskości”.

Narratorka książki Marcinów (sama autorka?) uprawia „córowiznę bliskości” jakby na przekór bezmateczności, która była wpisana od zarania w jej życie. Paradoksalnie, okres żałoby – „pełna abstynencja” od „heroiny” – to czas, kiedy matka uobecnia się bardziej niż za życia. Trwa przy córce we śnie i na jawie, zostawia swoje ślady w odziedziczonych przez nią nawykach, podobieństwach czy skazach, staje się też ważnym punktem w matrylinearnej historii rodziny.

Bezmatek – jak już pisałam – kończy się słowem „jajko”. Nie wiemy, czy było to ostatnie słowo matki, pewne jest natomiast, że tuż przed śmiercią wyznała: „Nigdy siebie nie kochałam”. To zdanie poraża równie mocno jak dopisek, który autorka znalazła obok dedykacji w podarowanej matce swojej debiutanckiej książce. „Dedykacja była szczera i skromna: »Dla najlepszej mamy, którą kocham i podziwiam«”. Dopisek zaś brzmiał: „To kłamstwo, jak wszystko, co mówisz”.

Okrucieństwo tego zdania – dowód trwałości stanu bezmatku – zostaje przez Marcinów wplecione w żałobę, a później literacko przetrawione, prze-pisane w autobiograficznym lamencie. Opłakując matkę, opłakuje też własne skrzywdzone „córectwo”. Ale jest w tym trenie także konsolacja. Tak bowiem jak psychologia zna pojęcie wystarczająco dobrych rodziców, tak autorka zdaje się w Bezmatku dziękować za „wystarczająco trudną matkę”. Dokonuje – opisywanego przez Brunona Bettelheima w książce Cudowne i pożyteczne – rozdzielenia obrazu rodzicielki na zmarłą idealną matkę i pozostałą przy życiu mściwą macochę, a potem, w trudnym procesie pracy żałoby, scala te wizerunki (i inne, mnożone w Bezmatku) w postać, którą można po prostu, bez kłamstwa i na przekór jej samej, pokochać. Zamknąć w sobie matkę jak zabawkę w kinder jajku – i opowiedzieć swoją i jej historię.

Mira Marcinów

Bezmatek

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020, s. 256

 

[1] Czytałam Bezmatek niemal równolegle z dwiema innymi książkami zainspirowanymi motywami pszczelimi. Pierwsza z nich to Rój Laline Paull – tutaj akcja w całości rozgrywa się w społeczności pszczół, co oczywiście stanowi punkt wyjścia do krytycznej analizy społeczeństw ludzkich. Autorka wyzyskuje emancypacyjny potencjał tematu – ukazuje nie tylko klasową organizację pszczelego roju, ale także jego sfeminizowanie (wbrew władzowym zachowaniom trutniów), trudne relacje między samicami, a wreszcie fenomen dzieworództwa, które ratuje owadzią rodzinę w sytuacji choroby lub utraty matki. Druga powieść, w której wątek pszczelarski jest bardzo ważny (począwszy od tytułu oznaczającego czas zimowego snu pszczół), to Zimowla Dominiki Słowik – bliższa Marcinów, bo autorki są w podobnym wieku, a w dodatku obie ukazują dojrzewanie swoich bohaterek na tle polskiej transformacji, Co ciekawe, w Zimowli najważniejszym bohaterem, poza narratorką, jest jej ojciec, w Bezmatku zaś mężczyzn prawie nie ma, są dookreślani przez nieobecność. Analiza porównawcza tych „pszczelich” książek wydaje się nęcąca.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter