Dzień na transatlantyku zaczyna się od jedzenia i na jedzeniu się kończy: z każdym porankiem i godziną tam spędzoną staje się ono coraz bardziej sensem płynięcia, najpilniej wypełnianym rytuałem, obsesją, tematem rozmów i rozmyślań. Od drugiego dnia głód wśród pasażerów narasta i będzie rósł aż do momentu, gdy wreszcie staną na lądzie. Za każdym razem gdy opuszczam kabinę, zmuszony jestem do podjęcia decyzji, która nigdy nie jest niewinna: czy udać się na lewo długiego korytarza czy na prawo? Jeśli ruszę w lewą stronę, trafię na klatkę schodową, która zaprowadzi mnie trzy piętra w dół, na poziom drugi, gdzie w okrętowej restauracji – naśladującej te z transatlantyków sprzed 100 lat – o ustalonych godzinach serwują najpierw gargantuiczne śniadanie, a następnie wykwintną obiadokolację. To miejsce wymusza podporządkowanie się regułom, zaakceptowanie z góry narzuconego menu, usztywnienie się do ścisłego gorsetu okrętowej etykiety. Skazuje też na obecność innych: zajmuje się miejsce przy nakrytych stolikach, do których, po chwili zawahania – które jest przecież pozorne: to zaledwie odgrywany za każdym razem kelnerski teatr – prowadzi kelner i gdzie wypada prowadzić small talk w jednym z oficjalnych międzynarodowych języków. Wszystko trwa, czas mija, i w tym trwaniu kryje się też tajemnica ceremonii.
Ruch w prawo skazuje na wspinaczkę po schodach: dwa piętra wyżej, prawie na samej górze statku, znajduje się rozległy otwarty bar zajmujący większą część tego pokładu, rodzaj szwedzkiego stołu z kuchnią z całego świata, serwujący poczęstunek 24 godz. na dobę. Panuje tam nieustający ruch, jest tłoczno i przede wszystkim brakuje reguł: można jeść do woli – i są tacy, którzy nadmiarowo wcielają tę możliwość w życie – od rana do późnej nocy jedzą samotnie i nieumiarkowanie, na stojąco, bez sztućców, w piżamie. To miejsce demokratyczne, a jednocześnie dzikie i nieujarzmione. Te dwa światy wiele dzieli i po kilku dniach na pokładzie odległość między drugim a siódmym piętrem zwiększa się wraz z każdym krokiem w górę lub w dół: decyzja ta staje się tak fundamentalna jak wybór kierunku, w którym płyniemy, i powoli zaczynam się orientować w logice poruszania po statku.
Po chwili wahania idę w lewo.
Kto jadł dobrze na Titanicu?
Wśród niewielu rzeczy ocalałych z Titanica zachowało się szczegółowe menu dla każdej z trzech klas odbywającej podróż na najsłynniejszym statku świata. W sklepie z pamiątkami na Ellis Island – w miejscu, do którego ów transatlantyk nigdy nie dopłynął – kupić można (koszt: siedem dolarów) jadłospis, wydrukowany na czerpanym papierze w kolorze écru, przeznaczony jednak tylko dla pasażerów pierwszej klasy. Dziś mogą go nabyć wszyscy. W tym szczególnym dniu, 14 kwietnia 1912 r., bogaci pasażerowie Titanica zjedli po raz ostatni i zjedli bardzo dobrze:
Zestaw przystawek
ostrygi
consommé Olga perski krupnik
łosoś, sos muślinowy, ogórek
polędwiczka Lili
kurczak po lyońsku sauté
faszerowany kabaczek
…