W 2011 r. warszawska prokuratura podjęła decyzję, która zajmuje szczególne miejsce w annałach nie tylko polskiego sądownictwa, ale i rodzimej nauki. Umorzono wówczas śledztwo w sprawie Janusza Palikota, który w oświadczeniach majątkowych przeoczył fakt posiadania samolotu, luksusowych aut i spółek w rajach podatkowych. W uzasadnieniu prokuratury powołano się m.in. na jego „filozoficzne wykształcenie i specyficzny stosunek do wartości materialnych”.
Stereotyp filozofa jako istoty oderwanej od rzeczywistości okazał się na tyle potężny, że zdołał uchronić milionera przed odpowiedzialnością za zatajenie majątku. O ile jednak w sądzie ten wizerunek uchodzi za poręczną wymówkę, o tyle w debacie publicznej służy za narzędzie do bezlitosnego pacyfikowania całej dyscypliny. Podobny sentyment ujawnił się bowiem niedawno wśród polskiego komentariatu na portalu X (dawniej Twitterze). Pretekstem była nominacja filozofki nauki Joanny Malinowskiej do zarządu międzynarodowej rady naukowej European Philosophy of Science Association (EPSA). Można od biedy zrozumieć, że zbitka słów „filozofia nauki” może brzmieć dziwnie, bo wiadomo: gdzie nauka, a gdzie dyrdymały. Mnie jednak besserwisserstwo i różnorodność obelg w tym wątku niepokoiły jeszcze długo. „Filozofia nauki? A nie ma filozofii spawalnictwa?” – ironizował jeden z komentujących. Inny wtórował: „W sensie że Chińczycy latają w kosmos, a Polacy filozofują, jak im się to udaje?”.
W gąszczu miażdżących krytyk szczególnie spodobało mi się jednak zdanie emblematyczne dla nieufności wobec filozofii jako czczej gadaniny: „Szybszy internet z tego będzie czy lek na raka?”. A żeby się pan nie zdziwił.
Ornitologia dla rozbitków
Z internetowymi trollami czy ludową mądrością zazwyczaj łatwo się rozprawić. Problem w tym, że podobną pobłażliwość odnajdziemy na szczytach naukowej hierarchii. W grudniu 2015 r. na Uniwersytecie Ludwika i Maksymiliana (LMU) w Monachium odbyła się konferencja zwołana przez fizyków teoretycznych, którzy w obliczu zażartych sporów o fundamenty swojej dziedziny: multiwersum, teorię strun i granice ich falsyfikacji, poczuli, że dotarli do ściany. Zaczęli podejrzewać, że ich problemy przestały być czysto matematyczne i obliczeniowe, a zaczęły dotyczyć definiowania używanych pojęć. Wezwali więc na pomoc filozofów nauki. David Gross, laureat Nagrody Nobla z fizyki, otwierając dyskusję, nie zdołał się jednak powstrzymać. Sięgnął po słynny bon mot (przypisywany Richardowi Feynmanowi): „naukowcy potrzebują filozofów tak jak ptaki ornitologów”. Gross użył go jako retorycznego wytrychu: zazwyczaj was nie potrzebujemy, ale w drodze wyjątku spróbujcie pomóc.
W rzeczywistości sam Feynman używał innej metafory: naukowców widział jako odkrywców, którzy zakładają przyczółki na nowych terytoriach, filozofów natomiast jako turystów, którzy przychodzą na gotowe, włażą do postawionych namiotów i co najwyżej opisują obozowisko. Jednak to z ptasią metaforą wspaniale rozprawił się Tim Maudlin, filozof fizyki. Zauważył on mianowicie, że ornitologia byłaby w sumie niezwykle przydatna dla ptaków – gdyby tylko potrafiłyby ją zrozumieć. Mogłyby np. przestać masowo rozbijać się o okna i ekrany przy autostradach. Fizycy być może stali się ofiarami tego rodzaju szklanej pułapki.

