I wtedy zaczynasz się pocieszać, że pisanie to czynność naturalna: przenosisz impulsy z głowy na papier, proste. Tyle że to nigdy nie jest transmisja bez zakłóceń. To raczej nieustanne strojenie anteny, która przez chwilę łapie odgłosy wszech-świata, natomiast potem znowu gubi zasięg.
A jednak wciąż nasłuchujemy. Wciąż siadamy przed ekranami. Klikamy „nowy dokument” i otwiera się cyfrowa nicość, później zaś słyszymy ironiczne wezwanie: no to pisz, mądralo, chociaż zdanie.
I tu pojawia się pierwszy sekret, jeden z tych, które natychmiast chce się zdradzać: pisania wcale nie zaczyna się od zdania.
Pisanie zaczyna się od bohatera.
To nie mój pomysł, podzielają go zarówno akademiccy nudziarze (których kocham), jak i moi ulubieni autorzy (pytałem ich o to). Bohater jest jak żagiel – porządnie dmuchniesz, to cię pociągnie za horyzont (ale może też przewrócić i utopić). Jeśli jest z kartonu, nawet gdy przykleisz do niego wszystkie świecące papierki z bombonierki i pomalujesz na seledynowo, i tak będzie szeleścił, zamiast gadać.
Tylko skąd mamy wiedzieć, że ktoś – ten ktoś w naszej głowie albo ktoś z rzeczywistości, bo przecież non-fiction też zaczyna się zwykle od człowieka – w ogóle nadaje się na bohatera? Czy dlatego, że się w nim – jakoś – zakochaliśmy? A może dlatego, że się nam wydaje, iż go naprawdę dobrze znamy i rozumiemy? Ale może tylko mylimy znajomą twarz z historią? Wiedzę z dramaturgią?
Dlatego zacznijmy od pytania, które nie jest ani wygodne, ani niewinne: co w nim / w niej jest takiego, że chce ci się o nim opowiadać?
Jeżeli odpowiesz szczerze, reszta pójdzie łatwiej.
Krok 1. Pytaj
Ale zaraz. Czy pytanie: „Jak stworzyć atrakcyjnego bohatera literackiego?”, jest na pewno dobrze postawione? Na poziomie warsztatu jak najbardziej. Każdy, kto siada do pisania, raczej prędzej czy później ląduje w jego okolicach. Czasami wszystko się zaczyna od wędrowca, który po latach tułaczki wraca do domu, by zderzyć się z własnym mitem; mężczyzny, który wynosi ojca z płonącego miasta; kobiety, która rusza w pogoń za uczuciem silniejszym niż rozsądek; innej, która rzuca się pod pociąg, bo świat okazał się dla niej zbyt ciasny; urzędnika budzącego się jako oskarżony o winę, której nie potrafi nawet nazwać; chłopca, który odmawia dorastania i ucieka do krainy wiecznego dzieciństwa; bohatera wojennego, który za dobrze zna cenę bohaterstwa, by grać z wdziękiem rolę, jaką mu narzucono.
Problem w tym, że pytanie o bohatera jest – jak to często bywa z praktycznymi pytaniami – trochę spóźnione. Powinno je poprzedzać inne, z pozoru abstrakcyjne i absolutnie nie na nasze czasy: kim jest człowiek?
Wiem, zapowiada się jak wstęp do wykładu z filozofii przed poranną kawą. Pomysły się już gotują, chcesz napisać pierwsze zdanie, a tu ktoś nagle wyciąga Rousseau, Kanta i Heideggera. Tyle że bohater – w ogromnej większości przypadków – jest przecież po prostu jakąś figurą człowieczeństwa. Jeśli nią nie jest – po co nim w ogóle zawracać głowę innym? Poza tym jeżeli nie odpowiemy sobie, co dla nas znaczy „człowiek”, będziemy budować bohatera zgodnie z jakąś prywatną, intuicyjną antropologią – przy tym nieświadomie. Wtedy – choć nie jest to absolutna reguła – łatwo osunąć się w schemat i banał.

