Nie wiem, czy to nudę mamy na myśli, kiedy wyobrażamy sobie, jak pozbawieni zadań i celów, przyglądamy się z uwagą roślinom na brzegu jeziora. Jest to z pewnością marzenie o „nierobieniu rzeczy”. Marzenie o „kiedy wreszcie będę mogła już”, bo „już” oznacza, że zadania zostały wykonane, pranie zostało wyjęte, wniosek został wypełniony, dzieci nakarmione i badania wykonane. Być może kiedy mówimy o pragnieniu nudy, mamy na myśli możliwość wykonywania jednak czynności bez przymusu odrywania się od niej co kilkanaście, a nawet kilka minut. Być może mamy na myśli poczucie bezpieczeństwa. Być może czas wolny: taki, który należy tylko do nas. Błąd polega na tym, że gdy mówimy o tęsknocie za nudą, opisujemy tęsknotę za spokojem. A istotą nudy jest niepokój.
Czas, którego nie chcemy
Największy problem z pojęciem nudy polega na tym, że tym samym słowem opisujemy różne, często przeciwstawne sobie, stany. Nuda to (godna pochwały) bezczynność i (niebezpieczna) apatia. Monotonia. Niemożność rozumiana jako utknięcie w czasie i sytuacji, która może tylko minąć, ale w której z pewnością nie chcemy być. Melancholia. Brak podniet. Beznadzieja. Nuda to irytacja (towarzystwem, książką, debatą). Ale też samotność, mikre obumieranie bez możliwości kontaktu z innymi. To nie jest przyjemny stan.
Leszek Kołakowski nazywa ją doświadczeniem powszechnie znanym, które jest postrzegane na ogół negatywnie, a jednak nie daje się nazwać cierpieniem.
To rodzaj niechęci, delikatnego wstrętu. Tytułowe La Nausée Jeana Paula Sartre’a dają się przetłumaczyć jako „nudności”, a przecież to tekst opowiadający o skrajnej anhedonii, o niemożności znalezienia zadowolenia, to monografia nieokreślonego, a jednocześnie dojmującego dyskomfortu narratora. Dokładnie taką nieokreśloność opisuje definicja nudy w Wielkiej encyklopedii francuskiej. To „rodzaj nieprzyjemności, którego nie da się zdefiniować: nie jest to ani przygnębienie [chagrin], ani smutek [tristesse]; jest to swego rodzaju brak jakiejkolwiek przyjemności spowodowany nie wiedzieć czym w naszych narządach lub przedmiotach z zewnątrz, który miast zajmować naszą duszę, wytwarza w niej jakąś niemoc lub niesmak, do których nie sposób się przyzwyczaić” (podaję za Michałem P. Markowskim). Ja powiedziałabym, że wytwarza w duszy jakąś niemożność. W nudzie zdarzenia się nie łączą – nie istnieje dobrze spędzona ostatnia niedziela ani czekające mnie spotkanie z miłą osobą. Jest wieczne teraz, w którym znajduję się uwięziona w wykonywanym przez siebie zadaniu, z którego nikt i nic wyrwać mnie nie może. Jestem sparaliżowanym trwaniem skazanym na robienie tego, czego robić nie chcę. Język niemiecki, ten który lubi nazywać rzeczy najkonkretniej jak się da, nudę określa jako „czas dłużący się”. Gdyby nosił więcej znamion poezji, mógłby nudę nazwać „czasem, którego nie chcemy”.


